Ex Libris

#81 Wrzesień 1995 [stron 24]



Henryk Dasko

NARCYZ Z BARYKADY

Grupy na wolnym
powietrzu
 

Eli Barbur 
ŚWIAT LITERACKI 
Izabelin 1995 
Nie ma nic piękniejszego od powrotów do dni młodośći. Pokolenie, do którego nalezę, wstępowało w życie w niechętnie dziś wspominanych w Polsce latach sześćdziesiątych. Maturę zdawałem w warszawskim liceum im. D., gdzie w młodszych klasach wprowadzono na zasadzie eksperymentu wykładowy język rosyjski. Pozytywną stroną eksperymentu stało się zaopatrzenie owych klas w aparaturę dzwiękową: klawiszowe radioodbiorniki marki “Bolero”, mrugające zielonym okiem magicznym ze skrzynki z jasnego drewna. Miały one umożliwić młodzieży dostęp do audycji w języku rosyjskim, nadawanych w godzinach szkolnych, co uważane było za nowoczesną technikę nauczania.

Życie szkolne rzadko dawało się sterować w myśl z góry założonego planu. W czasie przerw międzylekcyjnych rozsuwano ławki, a radioodbiorniki “Bolero” nastawiano na Radiostację Harcerską, skąd prezenterzy Marek Gaszyński i Witold Pograniczny nadawali muzykę, znacznie różniącą się do pieśni narodów radzieckich. Przodująca klasa zmieniała się w tancbudę, gdzie o godzinie jedenastej rano jawnie palono papierosy i pieszczono dziewczęta. Ponieważ akt podarowania szkole radioodbiorników odnotowała prasa, dyrekcja bała się je usunąć, wybierając oczywistą rozpustę, czyli mniejsze zło. Dekada lat sześćdziesiątych była dekadą paradoksów.

Lata te odeszły w przeszłość, choć literatura lubi się karmić młodościa; o ileż uboższy byłby dorobek Bunina, Zweiga czy Nabokova, pozbawiony utworow o “pierwszych przeżyciach”. U nas z tym krucho. Poza Pawłem Huelle, którego uważam za pisarza wielkiego talentu, w polskiej prozie współczesnej nie jest to tematyka pierwszoplanowa, ale przecież pokolenie, które wydało Barańczaka, Kornhausera i Zagajewskiego, prozaikami jakoś nam nie obrodziło.

Eli Barbur, autor powieści “Grupy na wolnym powietrzu”, jest izraelskim dziennikarzem. Pisze po polsku, a jego korespondencję znane są w kraju z “Gazety Wyborczej” i telewizji. Urodził się w roku 1948, z Polski wyemigrował w następstwie wydarzeń marcowych, kilka lat spędził w Danii, po czym osiadł na stałe w Izraelu. W tych dwóch krajach, a także w Polsce późnych lat sześćdziesiątych, toczy się akcja jego powieści.

Jest to sytuacja obiecująca literacko. Lata sześćdziesiąte na świecie to dla dorastającej wówczas generacji lata wielkiego przełomu, dekada Johna Lennona i Daniela Cohn-Bendita. Jerzy Sosnowski, autor entuzjastycznego posłowia do “Grup na wolnym powietrzu” i wywiadu z Barburem, widzi w książce coś więcej niż opis rzeczywistości marca 1968 i doświadczeń emigracyjnych. Doszukuje się w niej manifestu, jeśli nie pokolenia, to przynajmniej środowiska. Rozumiem tę potrzebę. Luka pokoleniowa w naszej literaturze jest aż nadto wyraźna, a głosu twórców w wieku Eli Barbura prawie nie słychać. Moi rowieśnicy dorastali na książkach Hłaski i Iredyńskiego, starszych od nas od dziesięć czy piętnaście lat, i taka jest też różnica wieku pomiędzy Barburem i Sosnowskim, ale gdzie dziś szukać następcow Iredyńskiego?

Powieść Barbura jest pod każdym względem niekonwencjonalna, a najlepszym sposobem uświadomienia czytelnikowi, z jakimż to manifestem ma do czynienia, jest garść cytatow. Można te cytaty uszeregować tematycznie, w spodob z grubsza odpowiadający wątkom powieści.

Wątek pierwszy: Narrator, czyli Rozbuchane Playboyostwo. Głównym bohaterem książki nie jest, jak można się było spodziewać, cherlawy inteligent żydowski, szykanowany przez nieprzyjazny reżim. Bezimienny protagonista Barbura już na pierwszej stronie przedstawia się czytelnikom jako rozbuchane warszawskie playboyostwo. Ta sama definicja obejmuje kilku jego kolegów, później towarzyszy emigranckich niedoli. Cechą identyfikująca playboyostwo są rozpięte kożuchy furmańskie na pasiaste T-shirty. Playboyostwo porusza się po Polsce za pomocą poniemieckiego kabrioletu, do którego wsiada się w biegu, skacząc “nożycami” przez burtę (żeby nie zażynać wozu). Ów motyw posłuży autorowi tak zwaną klamrą literacką: jako tułacz w Kopenhadze bohater usłyszy ryk zażynanego silnika. Playboyostwo ma nie tylko dramatyczną ortografię, ale i styl jazdy: lecieliśmy na krótkich z rajdowymi luzami na kierownicy; ruszyłem rajdowo na długich; w poślizgu kontrolowanym odbijał mocno kierownicą w kierunku jazdy (co osobom nie zaliczającym się do playboyostwa grozi śmiercią, albowiem kontrę w poślizgu wykonuje się w kierunku przeciwnym). W sezonie wakacyjnym playboyostwo oddaje się sportom egzotycznym, to znaczy leci w ślizgu (zimą na bojerach, latem na łodziach żaglowych), bądź też sciga się, stojąc na nartach, przywiązanych do dachów samochodow.

Wątek drugi: Rozrywka Główna czyli Piweczko. Odgrywa ono wiodacą rolę w powieści i występuje na każdej niemal stronie książki. Spożywanie skrupulatnie wymienionego z nazwy (Tuborg, Calsberg, Elephant, Radeberger etc.) piweczka o każdej porze (pięc litrowych butelek na głowę na noc) i w każdej formie (w tym picie łyżeczką i przez słomkę) stanowi główne zajęcie bohaterów książki, wliczając sytuacje romantyczne: ...nie będziemy się więcej kochać – powiedziała – mam obiecane piweczko. Przez “bohaterów” rozumiem nie tylko mężczyzn i kobiety. Na stronie 227 czytamy, że wielbłąd z perskim dywanikiem na garbie, pełniący w Izraelu rolę zakopiańskiego niedźwiedzia, nie chciał klękać jak mu nie dałeś piweczka.

Piweczku towarzyszą: wineczko, koniaczek, wódeczka, szampan, gorzała, sprit, likier perfumowany, woda brzozowa, calvados, wiskacz (w galonowych flachach), parujące bełty, alpaga, “Przemysławka”, węgierski “kwach”, bimber z sokiem truskawkowym i cała gama innych płynów, spożywanych w imponujących ilościach (zjawiłem się na poligonie w Rembertowie z litrem spirytusu w każdej ręce). Esencją watku alkoholowego powieści jest mądre zdanie: Ile myśmy tam piweczek wypili, to się we łbie nie mieści. Autor nie zapomina jednak o tych czytelnikach, którzy piweczko oraz środki pochodne mogą uznać za niewystarczająco efektywne, dodając do asortymentu hasz, który po wyjeździe z Polski bohaterowie caly czas jarają jak opętani.

Wątek trzeci: Przewagi Fizyczne. Playboyostwo nie pozwala sobie dmuchać w kaszę, a sceny konfliktów swoim autentyzmem mogą równać się jedynie ze scenami spożywania alkoholu: nad ranem schlastaliśmy pijanych ormowców harapami; trzasnąłem dwa razy po uszach; rozwalił z kopa szynkwas, etc. Oficera dyżurnego w wojsku bohater informuje, że zajebie go przedterminowo ślepymi kulami, zaś zagraniczengo pedała strzela kantem dłoni niezbyt mocno, ale i tak poszła mu przegroda w nosie. Podczas wypadków marcowych na Uniwersytecie Warszawskim nasi protagonisci wykopują szybciej niż wchodzili ormowców z pałami w rękawach, a jeden z bohaterów nie tracąc rozbawienia wyrywa płytę z chodnika. Opis masakrowania służb porządkowych przez rozbuchane playboyostwo na Krakowskim Przedmieściu tchnie prawdą historyczną, co łatwo zweryfikować, przeglądając prasę krajową z wiosny 1968.

Wątek czwarty: Płeć Piękna. Tężyzna płciowa playboyostwa nie ustępuje tężyźnie ogólnej. Seks, a także opisy partnerek seksualnych, zajmują w powieści poczesne miejsce. Stosunek autora – przepraszam, narratora – do kobiet jest wypadkową jego stosunku do piweczka i przewag fizycznych, i zostaje zsyntetyzowany w kilku zwięzłych słowach już na początku książki: okład z ciepłych piersi, rano zwalałeś pijane gówno... Obraz ten, z niewielkimi tylko wariacjami, powtarza się konsekwentnie w całej powieści: miała kiłę i deskę rysunkową na cegłach...; całą noc deflorował kucharę i rano niewyżyty w centkach we krwi meldował, ze wpadł normalnie w szał seksualny...; przygwoździł córeczkę... aż zgodziła się wziąć w buziunię...; odspermiał się... odstawiając Szwedki w ciągłym szczytowaniu erotycznym; wskoczyła mi pijana do łazienki, gdzie siedziałem na koszu z bielizną i waliłem konia...; dziewczyny były mokre między nogami i jechało od nich spermą, etc. Jakikolwiek komentarz wydaje się tu zbyteczny.

Wątek piąty: Formalny. Semantyka “Grup na wolnym powietrzu” odpowiada ich przesłaniu moralno-duchowemu. Książka Barbura pisana jest mową potoczną, a przynajmniej tym, co się Barburowi mową potoczną wydaje: wuj gorzałkowal jak kto głupi w sixpensowie...; niech się niania odpierdoli bo się bachor z góry spierdoli i też mu się w główce wszystko dokumentnie popierdoli...; - Facet — powiedziała — skąd masz to opalenie? etc.

Podobne cytaty można przytaczać do woli, albowiem “Grupy na wolnym powietrzu” składają się z trzystu stron, napisanych homogenicznym stylem i językiem. W zestawieniu z powyższymi fragmentami bezsensowna wydaje mi się próba dokonania jakiejkolwiek analizy literackiej utworu. Jakie bowiem znaczenie może mieć fakt, że w powieści występują kolorowi, mówiacy volapükiem (Have you mather? – spytał Murzyn...)? Że na widok głównego bohatera wszystkie kobiety reagują podobnie (z tajemniczym uśmiechem na twarzach przesuwały rękami po piersiach...; gadając z tobą wkładała rękę pod samodział i macała się po cyckach...; zobaczyłem, że głaszcze się po piersi reką pod swetrem...)? Że każdy dzień rozpoczyna się propozycją wypicia śniadania, trwa haszowaniem, a kończy Szwedką, ktora nie chce się rżnąć, ale robi wszystko inne?

Czy warto więc — zapyta ktoś mądry — poświęcac książce, od której recenzenta najwyraźniej odrzuca, całe ryzy papieru? Wylewać kałamarze żółci? Otóż – warto.

“Grupy na wolnym powietrzu” to nie tylko zła literatura. To – jak sądzę – coś znacznie gorszego, zła literatura z ambicjami, a intencją autora jest przydanie jej znaczenia, jakiego nie posiada. Jerzy Sosnowski pisze w posłowiu: ...opowiesc o latach 60-tych chłonąłem z prawdziwym przęjeciem... w  Marcu miałem 6 lat... W Elim Barburze... znalazłem sojusznika... bohater tej powieści stara się bowiem od chwili, gdy go poznajemy w szkole, wymknąć się Historii. W pisarstwie autora “Grup na wolnym powietrzu” Sosnowski znajduje kontynuację literackiej tradycji małego realizmu Hłaski, Nowakowskiego, Białoszewskiego nawet; sam Barbur widzi się raczej uczniem Hemingwaya, Faulknera, Czechów. Jakiekolwiek paralele z drapieżną narracją Hłaski czy oszczędnym stylem wczesnego Nowakowskiego uważam za nieporozumienie; talent Białoszewskiego objawiał się nie w tym że pisał niegramatycznie, ale raczej pomimo tego. Mam na książkę Barbura pogląd diametralnie odmienny. Kojarzy mi się ona raczej z emigracyjną twórczością Andrzeja Brychta, w której rozpacz życiowej i artystycznej klęski zaowocowała pogardą dla świata i ksenofobią. Jednak nie o akademickie spory nad literacką metoda tu chodzi, choć powieść Barbura, a także posłowie Sosnowskiego, z groźną jasnością ilustrują, co naprawdę stało się z polską prozą w ostatnim dwudziestoleciu.

Polska Władysława Gomułki była krajem równi pochyłej. Przyświadcza temu jej niesławny koniec w marcu 1968 i grudniu 1970, logiczna kontynuacja biegu wydarzeń, zapoczątkowanego przez szefa kompartii już w momencie objęcia władzy. Ale przecież był to kraj, gdzie w każdym mieście i w każdym środowisku istniały niekwestionowane autorytety intelektualne i moralne. Pamiętam owych ludzi z  własnego domu, ze szkoly, nawet z uczelni, okrytej szczególną hańbą w tymże marcu 1968. To dzięki tym autorytetom wyrosło w komunistycznej Polsce pokolenie, które potrafiło obalić totalitarny system bez przelewu krwi.

Zmierzch rządów Gomułki był czasem rozpaczy i ostatecznie utraconych nadziei, ale nie był czasem nihilizmu. Fałszywa jest przeto wizja Barburowskiej pustyni, gdzie na próżno by szukać nie tylko jakichkolwiek wartości, ale nawet człowieka zasługujacego na to miano. Fałszywy jest obraz rozbuchanego warszawskiego playboyostwa, pokrywający się w najdrobniejszych szczegółach ze zmitologizowanym wizerunkiem tychże “Grup na wolnym powietrzu” rozpowszechnianym przez propagandę marcową, od Ryszarda Gontarza po Zdzisława Andruszkiewicza. Nie tak wyglądały środowiska inteligenckiej młodzieży warszawskiej lat sześćdziesiątych; Barburowi proponuję, by dobrze rozejrzał się po własnym pokoleniu w kraju i na emigracji, Jerzemu Sosnowskiemu – po macierzystej redakcji.

Fałszywa jest wreszcie teza, iż winę za duchową kondycję bohatera ponosi Historia. To nie z konfliktów moralnych z “komuchem domowym” i ćwierćwieczem realnego socjalizmu wywodzi się jego rzekomy rozbrat z otoczeniem. Jest to — jak sądzę — pustka stworzona dla efektu, uwodząca łatwym, manierycznym estetyzmem, a bohater książki ma cechy nie tyle nihilisty, co kabotyna.

W każdym kontestatorze jest coś z narcyza, zafascynowanego własnym odbiciem w oczach innych. To prawda. Ale kontestatorzy pragną zmienić świat i za to gotowi są zapłacić każdą cenę. Tylko tak osiąga się nieśmiertelność. W “Grupach na wolnym powietrzu” nieśmiertelności nie szuka nikt.

Klasy maturalne znajdowały się na najwyższym piętrze szkoły. W czasie dużej przerwy schodziliśmy o piętro niżej: już z drugiego końca sześćdziesięciometrowego korytarza słychać było, jak Gene Pitney (Gene Pitney-Orłowski – mówili Gaszyński i Pograniczny) spiewał „Man who shoot Liberty Valance” Pamiętam dobrze niewysokiego, nerwowego chlopca z młodszej klasy, który zawsze uprzejmie robił nam miejsce na zaimprowizowanym parkiecie. Chłopcem tym byl Eli Barbur.

Przeglądam jeszcze raz “Grupy na wolnym powietrzu”, czytam setki narracyjnych migawek, znajduję słowa o dziewczynie, która w tancu całowala cię w pierś przez koszulę. Powiadają, że diabeł mieszka w szczegółach; uświadamiam sobie, że kobieta, która mogła w tańcu całować Barbura w pierś — musiała być karlicą...
 

a w3eb by  r a n d o m  design .  feedback ? spis 16  III  2007