Ex Libris |
#48, 17 Marca 1994 |
|||||
Henryk Dasko TRUCIZNA |
||||||
| Czarny Ptasior Joanna Siedlecka Wydawnictwo MARABUT Gdańsk 1994 |
Joannę Siedlecką zainteresowały wojenne losy Jerzego Kosińskiego; to w nich właśnie widziała klucz do jego skomplikowanej osobowości, do dręczących go wiecznie koszmarów. Trudno znaleźć pisarkę bardziej kwalifikowaną do podjęcia tego tematu: Siedlecka to reporterka o bogatym dorobku, autorka książek o Gombrowiczu i Witkacym, obeznana z kanonami gatunku "literatury faktu".
Kosińskiemu okupacyjne przeżycia posłużyły za materiał do ‘Malowanego ptaka’, powieści, która przyniosła mu międzynarodową sławę. Pomysł Siedleckiej był więc znakomity: odtworzenie wojennych losów pisarza stwarzało możliwość skonfrontowania rzeczywistości z literacką fikcją, prześledzenie skomplikowanych mechanizmów zamieniających własne doświadczenie w artystyczne dzieło. Ale autorkę ‘Czarnego ptasiora’ interesowało coś zgoła innego: pragnęła, jak pisze we wstępie, "dowiedzieć się, co go tak na całe życie naznaczyło?" Szczególne to pytanie, albowiem wydawać by się mogło, że w Polsce wiedza o wojennej zagładzie Żydów jest obszerna aż do bólu: wiedza o gettach, krematoriach i obozach śmierci, o akcjach, likwidacjach i transportach, o "Żegocie" i o klasztorach. Wiedza o piwnicach, szafach i ziemiankach. Wiedza o szmalcownikach i o karuzeli, wirującej na Placu Krasińskich. W Polsce, bardziej niż w jakimkolwiek innym kraju, słowo "holocaust" odmawia odejścia w przeszłość, pozostaje wielowymiarowym, pulsującym obrazem, któremu nie dane zagasnąć. W Polsce zbitka pojęć "Żyd" i "okupacja" nieuchronnie i bez wyjątku wciąż jeszcze przywołuje wizję indywidualnej tragedii, jednej wśród trzech milionów. Rodzina Kosińskich - Lewinkopfów przed wojną uciekła z Łodzi w kilka miesięcy po wejściu Niemców, zanim utworzono łódzkie getto. Byli ludźmi dobrze sytuowanymi i aryjskie papiery opiewające na nazwisko Kosińskich kupili zapewne jeszcze przed wyjazdem z rodzinnego miasta, wywieźli też ze sobą pieniądze i kosztowności. Okupację przeżyli w południowo-wschodniej Polsce, początkowo w Sandomierzu, a następnie w niedalekiej Dąbrowie Rzeczyckiej, wiosce położonej pomiędzy Puszczą Solską a lasami janowskimi. Ich dokumenty okazały się wystarczająco solidne, by ojciec Kosińskiego, odznaczający się tak zwanym "niezłym wyglądem", mógł przepracować znaczną część tego okresu w wiejskim punkcie skupu. Historia okupacyjnych przeżyć rodziny Kosińskich wypłynęła po raz pierwszy w prasie - nie tylko polskiej, ale także amerykańskiej i izraelskiej - po ukazaniu się ‘Malowanego ptaka’, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. W Polsce, na rosnącej fali nacjonal-komunizmu, mającego wkrótce zaowocować marcem sześćdziesiątego ósmego roku, Kosińskiego oskarżano o świadome i celowe szkalowanie narodu. Choć ‘Malowany ptak’ nie jest dokumentem, lecz powieścią, której uniwersalny i symboliczny charakter nigdy nie podlegał dyskusji, pisarz potwierdzał, że kanwą losów bohatera - Chłopca o oliwkowej cerze i czarnych oczach - były jego własne doświadczenia. Ludzie, którzy znali młodego Kosińskiego w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych przyświadczają zgodnym chórem, że historię ‘Malowanego ptaka’ opowiadał wielokrotnie, z obsesyjną niemal intensywnością. W początkach lat osiemdziesiątych, przy okazji głośnego ataku na Jerzego Kosińskiego w nowojorskim tygodniku Village Voice, sprawa powróciła na łamy gazet. W Polsce pojawiła się raz jeszcze, pod koniec tamtej dekady, przy okazji polskiego wydania ‘Malowanego ptaka’ i tymi właśnie tropami poszła Joanna Siedlecka. Warszawska POLITYKA zamieściła wówczas listy od osób, pamiętających w jakich okolicznościach Kosińscy przetrwali wojnę, raz jeszcze protestujących przeciwko "spaczonej fantazji" pisarza. Jak zwykle w takich wypadkach, sprawę rozstrzygnął czas: kilkaset tysięcy egzemplarzy ‘Malowanego ptaka’ sprzedanych w Polsce i nieprawdopodobna wręcz popularność Jerzego Kosińskiego stanowią prawdziwą społeczną ocenę tego, co rzeczywiście w swojej książce napisał. Udając się tropem rodziny Kosińskich, Joanna Siedlecka postanowiła dowiedzieć się także, dlaczego to wszystko napisał, a obraz, jaki prezentuje w ‘Czarnym ptasiorze’ istotnie wyjaśnia czytelnikowi wszystko. Jest to przy tym obraz nowy, nieznany dotychczas w dostępnej w Polsce literaturze na temat holocaustu. I tak, ‘Czarny ptasior’ rzuca odkrywcze światło na warunki, w jakich żyli Żydzi zaopatrzeni w aryjskie papiery w czasie okupacji hitlerowskiej. Żyli - wszystkie poniższe stwierdzenia są dosłownie przepisane z książki Joanny Siedleckiej - jak król, jak pleban, jak królowa. W dobrobycie. Prawie car i Bah! Otoczeni szacunkiem wsi. Mieli układy. Interesy. W warunkach egzystencji niemal idealnej. Jak u Pana Boga za drzwiami. Wstawali późno. Wygodnie sobie żyli, choć inni się narażali. Staremu Kosińskiemu zawsze ładowano pełną torbę masła, sera, śmietany. Kiedy chodził na zakupy, wszyscy oddawali mu taniej. Niczego im nie brakowało. Synek Kosińskich - jak elegancki, mały lord, obsługiwany, karmiony przez służące, wyjeżdżający latem na letnisko. Wychuchany. Zadbany. Zawsze pięknie przystrojony, obuty w sandałki, pantofelki, półbuciki. Robione na drutach sweterki. Za nim i za jego kolegą - też oczywiście Żydem - biegały ciągle służące, podtykając zagraniczne frykasy. Siedział sobie na ganeczku, jadł kiełbaskę, pił kakao. Charakterek też, pisze Siedlecka, miał. Rówieśnikami gardził. Wywyższał się. Przysięgał, że nazywa się Jurek Kosiński, a nie Josek Lewinkopf, na dowód czego recytował nawet cały pacierz! Poprawną polszczyzną! Uważano powszechnie, że się "wyrodził". Kiedy się pobrudził, zaraz się otrzepywał. Młodszym dokuczał. Małych współrodaków bił i kopał. Raz kopnął i opluł Rebekę Blusztajn. Małemu Bermanowi przyłożył. Małą Marysię wsadzili ze Stefkiem Salamonowiczem w dziecinny wózek, zepchnęli z całej siły z góry! Wózek poleciał w dół jak strzała! Na szczęście zahamował o drzewo i nic jej się nie stało, choć mogło. Stefan nawet żałował, Jurek natomiast śmiał się. Kiedy grali w "Piotrusia", musiał zawsze wygrywać. Wściekał się. Złościł. Jak i rodzice, nie nosił gwiazdy Dawida. Mając dziewięć lat opowiadał świńskie kawały. Kiedy kolega z Sandomierza, mały Adaś Justyński, spotkał go po wojnie w Łodzi, Kosiński doprowadził do spięcia podczas gry w karty, chciał decydować, dominować. Być - jak kiedyś w Sandomierzu, podczas dziecięcej zabawy w konie - wyłącznie woźnicą (tu Joannie Siedleckiej coś się pomyliło, bo w opisie tej zabawy o parę stron wcześniej to właśnie Kosiński i Salamonowicz są końmi, a Henryk i Adaś Justyńscy - woźnicami, której to scenie ze zrozumiałym oburzeniem przypatruje się miejscowy plutokrata żydowski, niejaki Spiro). Ale wszystko jedno. Adam Justyński - pisze dumnie Siedlecka - nie musiał już jednak tego znosić, choć dla czytelnika nie do końca jest jasne, dlaczegóż to podczas wojny musiał. Autorka wyjawia też, w kogo to ten potwór się wrodził. W mamusię. Mówiącą do Polaków nieprzyjemnym tonem, pełnym nakazów i zakazów. Miała dwie lewe ręce. Chłodny, pozbawiony serdeczności stosunek do adoptowanego dziecka żydowskiego (choć nie bardzo wiadomo, po co je w takim razie trzymała). Zazdrosna o ładną i młodą sąsiadkę, odmawiająca jej sąsiedzkiej pomocy. Z umalowanymi ustami, lakierowanymi paznokciami. W krótkim kostiumie. Zatrudniająca służące. Należy tu zauważyć, że negatywny stosunek do zatrudniania pomocy domowych i stosowania makijażu jest nowością w pisarstwie Joanny Siedleckiej. W jej poprzedniej książce, ‘Mahatma Witkac’, traktującej o kobietach w życiu Witkacego, fakt dbania o siebie i posiadania gosposi w najcięższych nawet warunkach przedstawiony był jako element pozytywny. Rzecz jasna, że o inne kobiety tam chodziło. Sporą część książki poświęca autorka sielskiemu dzieciństwu Jerzego Kosińskiego, przytaczając liczne fakty zadające kłam jego oszczerczym twierdzeniom. Wiemy więc, że już jako sześcioletnie dziecko pragnął ukryć swą prawdziwą tożsamość, nie przyznając się do tego, że jest Żydem i nalegając, iż nazywa się Kosiński, a nie Lewinkopf. Wprawdzie Jaś Chołody przechodząc obok baraku, w którym mieszkali, darł się głośno: Jude raus! - ale, jak zapewnia Joanna Siedlecka, Jaś Chołody był głupi. Wprawdzie dzieciaki wołały na Jurka i jego przybranego brata, Henia: Żydy, Żydki! - ale, dziwi się Siedlecka, cóż to w końcu takiego? Wprawdzie raz udało mu się ubłagać nie pozwalającą mu oddalać się matkę, by pozwoliła mu pójść na łyżwy na zamarznięty staw, ale wrócili bardzo szybko, bo inni chłopcy wołali za nim: Żydek, Żydziok! - ale, pociesza autorka, chyba szybko o tym zapomniał. Poszedł znowu. Wprawdzie tym razem gonili go starsi chłopcy, domagając się, aby spuścił spodnie i udowodnił, że nie jest obrzezany - ale pisarka nie omieszkuje podkreślić, że hersztem bandy był mieszkający dziś w Stanach Zjednoczonych przechrzta. Ten dopadł Kosińskiego, przewrócił na lód i zaczął mu ściągać spodnie. Sam Kosiński bronił się i szarpał, skowycząc przy tym rozdzierająco: mame, mame! (Odkrywczy to szczegół biograficzny w historii Jerzego Kosińskiego, albowiem w domu Lewinkopfów mówiono wyłącznie po polsku, a sam Kosiński nie rozumiał po żydowsku ani słowa. Niewykluczone jednak, że w owym dramatycznym momencie już wtedy odezwały się w nim więzy krwi. Po tym incydencie był naprawdę roztrzęsiony, ale - pociesza Joanna Siedlecka - w końcu jednak doszedł jakoś do siebie. Wprawdzie, kiedy szedł do wychodka, ciskano za nim puszkami po konserwach, wypełnionymi płonącym karbidem, licząc, że przerażony hukiem i ogniem wybiegnie ze spuszczonymi spodniami, a im uda się zobaczyć jego, jak to ładnie nazywa autorka, obrzezanego ptaka, wprawdzie dopadli go kiedyś na pastwisku, ściągnęli spodnie - wyłącznie jednak z ciekawości, zaznacza Siedlecka - ale i wtedy udało mu się uciec. W czasie nabożeństwa, podczas którego służył jako ministrant, upadł nagle i upuścił mszał, ale nieprawdą jest, aby go - jak Chłopca z Malowanego ptaka wrzucono za to do kloaki, nieprawdą też jest, by stracił mowę. Dobry ksiądz Sebastiański, który go zawsze wyróżniał, nawet go nie zbeształ, nie zwrócił uwagi. Swojej najbliższej przyjaciółce, Ewie Migdałek, powiedział kiedyś, że naprawdę nazywa się Lewinkopf i jest obrzezany, ale gdy powtórzyła rodzicom, zapierał się, szlochając, że to wymyśliła. Zemścił się na niej po latach, każąc jej w ‘Malowanym ptaku’ kopulować z własnym ojcem, bratem, tudzież kozłem, tak, jak zemścił się na całej wsi. I na tym właściwie można by zakończyć. Założyć, że ‘Czarny ptasior’ jest taki, jaki jest z powodu ignorancji autorki, a nie jej złej woli, poprzeć to przykładami: to nie Kazimierz nad Wisłą pragnął Kosiński odbudowywać, ale żydowską dzielnicę Krakowa o tej samej nazwie; cytowana w słowie wstępnym Eva Hoffman nie jest pisarką kanadyjską, a jej tom ‘Utracone w tłumaczeniu’ nie traktuje o adaptacji polskich emigrantów w USA. Uwierzyć, że choć ‘Jaśniepanicz’ Siedleckiej to książka nagradzana, dobra warsztatowo, bogata różnorodnością dokumentacji - nie potrafiła znaleźć nikogo, kto mógłby na owe lata rzucić inne światło, przydać dodatkowego wymiaru. Że nie wiedziała, jak dotrzeć do kolegów Kosińskiego z lat najwcześniejszego dzieciństwa, ze szkoły i uniwersytetu, nie umiała odnaleźć żyjących wciąż ludzi, pamiętających rodzinę Lewinkopfów sprzed wojny, choć bez trudu dotarła do przyjaciółek urodzonego przed ponad stuleciem Witkacego. Dać się przekonać, że ta hiperdziennikarka, jak ją sarkastycznie nazwał Jan Walc w recenzji wytykającej niezliczone błędy w jej poprzedniej książce, ‘Mahatma Witkac’, że ta hiperdziennikarka więc w dobrej wierze opisała melodramatyczny incydent w księgarni wydawnictwa Czytelnik, gdzie Kosiński miał raz jeszcze odżegnać się od swych dawnych zbawców, a jego amerykańska żona ofiarować jedyne dobre słowo. Przyjąć to za dobrą monetę, choć trzy osoby, towarzyszące wówczas Kosińskiemu, wliczając jego żonę, twierdzą, że opis Siedleckiej jest wyssany z palca, podobnie jak demonicznie czarna limuzyna z amerykańską flagą, którą miał podróżować po Polsce (przez cały okres pobytu Kosińskich warszawski taksówkarz woził ich najzwyczajniejszym fiatem). Przymknąć oko na idylliczny opis wsi, prześcigającej się w tuczeniu Kosińskich śmietaną i masłem, choć na sąsiedniej stronie książki żona kapitana AK uskarża się na tych samych chłopów bez serca, żądających złotego pierścionka za garnek masła, obrączki za kawałek mięsa, sukienek, biżuterii i złotych rubli za ziemniaki i mleko. I może nawet dałoby się uwierzyć, że Joanna Siedlecka, autorka dokumentalnych książek o dwóch najbardziej surrealistycznych pisarzach w historii polskiej literatury nie rozumie różnicy pomiędzy wątkiem powieściowym a doświadczeniem ów wątek wspierającym. Że nigdy nie czytała już nie tylko Philipa Rotha, który z wariacji na temat własnego życiorysu stworzył całą bibliotekę, ale nawet Marka Hłaski. Że czytając wczesne nowele Marka Nowakowskiego, wydawane z grubsza wtedy, gdy Kosiński pisał ‘Malowanego ptaka’, uwierzyła, iż Koślawy Karol z Włoch pod Warszawą, które Nowakowski opisywał z miłością i precyzją kartografa i geodety, że ów Koślawy Karol naprawdę spółkował z kozą. Ale o tym Joanna Siedlecka może nie wiedzieć, bo mieszkańcy Włoch pod Warszawą nie pisali w tej sprawie protestacyjnych listów do Polityki. To wszystko można by jeszcze przełknąć, nawet fakt, że Siedlecka, jak się zdaje, nie wie nic o survivor syndrome, urazach psychicznych tych, którzy pozostali przy życiu, choć to właśnie w Polsce przechowano więcej żydowskich dzieci, niż we wszystkich inych krajach razem wziętych. Nie rozumie poczucia winy wobec tych, którzy zginęli, jaka jest ich udziałem przez całe życie, i świadomości, że przebyte cierpienia były w gruncie rzeczy główną wygraną na loterii losu. Nie zdaje sobie sprawy z niemożliwej do zasklepienia rany, spowodowanej odpowiedzialnością za utrzymanie tajemnicy, skrywaniem i odrzuceniem własnej tożsamości, najsurowszym zakazem okazywania jakichkolwiek potrzeb emocjonalnych. Nie chce wiedzieć, że do Sandomierza i Dąbrowy nie powracał nigdy dlatego, że były mu tylko piekłem, a domem rodzinnym pozostała na zawsze Łódź. I gdyby w to wszystko uwierzyć - to książka Joanny Siedleckiej byłaby tylko książką głupią. Ale tak nie jest, albowiem ‘Czarny ptasior’ to książka nikczemna. W książce Siedleckiej wielekroć jest mowa o przechowywaniu Kosińskich, o bezinteresownym ich trzymaniu. Jak niemal cała książka, jest to półprawda, której zaprzecza każda strona ‘Czarnego ptasiora’. Kosińscy nie przeżyli wojny w czyjejś szafie, piecu czy piwnicy. Przeżyli ją na oczach ludzi, jak podkreśla Siedlecka, nie ukrywając się wcale. Pomimo wybitnie semickiego wyglądu matki i syna, z lubością i często zaznaczanego przez autorkę, bez kłopotu przetrwali niejednokrotne zetknięcia z Niemcami. Ojciec pracował. Legitymowali się papierami, stwierdzającymi ich polskość, chodzili do kościoła, syn przystąpił do komunii. Nieprawdziwe są twierdzenia Siedleckiej, że przechowywano ich bezinteresownie, że ich wykarmili, wypaśli. Były takie wypadki, i było ich wiele, a każdy z nich był aktem najwyższego bohaterstwa. Ale Kosińscy ocalili duże zasoby finansowe i płacili za wszystko: za mieszkania i pokoje, które wynajmowali, za masło i śmietanę, za mięso z nielegalnego uboju, za sprzątanie, gotowanie i szycie. Płacili dobrze i często, nowiutkimi banknotami, obrączkami, pierścionkami, złotymi monetami. Zapłacili nawet księdzu, który wynalazł im wiejskie lokum. Wiedziano, że są Żydami. Pomagano im, zapewne niejednokrotnie uratowano życie. Trudno znaleźć żydowską rodzinę, która przeżyła okupację - nawet na najlepszych papierach - bez ludzkiego poświęcenia, bez narażania innych. Ale przez książkę Siedleckiej raz za razem przewija się złowrogi refren: nie wydali! Nie donieśli! Nie sprzedali! Nie szantażowali, nie zadenuncjowali! Wystarczyłoby jedno ich słówko i nie byłoby dziś Kosińskiego! To prawda. Wystarczyłoby. Nie ma jednak dotychczas w polskiej literaturze świadectwa ludzi, domagających się uznania za to, że nie wydali Niemcom Żydów. Są to słowa nikczemne - albowiem uwłaczają one wszystkim Polakom, którzy przyczynili się do uratowania przed zagładą tych kilkudziesięciu tysięcy Żydów, jakim udało się przeżyć wojnę na ziemiach polskich. Przez stronice ‘Czarnego ptasiora’ przewijają się także epizody zetknięcia Kosińskich z Niemcami. Jest ich kilka, i żaden z nich nie kończy się tragicznie. I fakt, że przeżyli, że Niemcy, patrząc na ich fatalny wygląd nie potrafili rozpoznać w nich Żydów, choć żaden z wieśniaków nie miał wątpliwości - ten właśnie fakt prowokuje Siedlecką do zapytania: jak to możliwe? Dlaczego właściwie udało im się uratować? Przypuszczano, pisze Siedlecka, że Mieczysław Kosiński przekupywał Niemców, był z nimi za pan brat. Ale to nie dlatego chronili go i tolerowali. Tu autorka stawia pytanie: czy przypadkiem nie opłacał się innymi informacjami, na których Niemcom bardziej zależało? Czy wpadłoby inaczej tylu partyzantów, komunistów i chłopów za nielegalny ubój? Innymi słowy - czy aby nie sprzedawał swoich dobroczyńców, którzy ryzykowali za niego życiem? Nie na tym pytaniu koniec. Kilkanaście stron dalej Siedlecka proponuje kolejną tezę: oto Mieczysław Kosiński, członek PPR-u, blisko związany z Rosjanami, wydawał w ręce NKWD Polaków, którzy ocalili mu życie. I choć na oskarżeniach i donosach widniały podpisy miejscowych chłopów, choć wyciągnął z rąk NKWD miejscowego chłopaka aresztowanego za posiadanie broni, zaręczając za niego, choć w książce nie ma cienia nie tylko dowodu, ale nawet poszlaki - uporczywie wraca do postawionego oskarżenia. Podejrzanym wydaje się jej nagła ucieczka i późniejsze milczenie Kosińskich, choć na ojca podziemie wydało i usiłowało wykonać wyrok śmierci za komunizm. A może i ‘Malowany ptak’ jest tylko kontynuacją tego, co zapoczątkował ojciec? Nie wiem, czy znalezienie odpowiedzi na te pytania jest możliwe. Ale szukanie tej odpowiedzi to pierwszy i najbardziej elementarny obowiązek reportera, który pragnie takie pytania zadać. i choć w Polsce otwarto już wiele teczek i szaf, choć historycy i pisarze mają dostęp do dawnych archiwów partyjnych - a Mieczysław Kosiński był członkiem partii - choć znaleziono dokumenty Katynia, procesów, tortur i wyroków, to Siedlecka nie podjęła żadnego, najmniejszego nawet kroku, aby sprawę wyjaśnić. I te wielokrotnie powtarzane przez nią słowa nieudowodnionych i nieuzasadnionych oskarżeń w stosunku do człowieka, który już nie może się bronić, to także słowa nikczemne. Odrzucam twierdzenie, że książka Joanny Siedleckiej nie jest wyrazem poglądów autorki, że zapisała tylko słowa swoich rozmówców. Przyjąłbym ową tezę bez reszty, gdyby w książce dał się odnaleźć bodaj cień próby przedstawienia odwrotnej strony medalu, ślad kroku, wiodącego w innym kierunku. Ale takich tropów w ‘Czarnym ptasiorze’ nie ma - i to, może bardziej niż przytoczone powyżej słowa, uważam za nieuczciwość. Joanna Siedlecka jest reporterką o nieprzeciętnym słuchu, a głos jej rozmówców dźwięczy na każdej stronie Czarnego ptasiora. Tak niewiele brakowało, aby ze świetnego pomysłu zrobić książkę prawdziwą, o dokumentarnej wartości. Ale teza, z którą Siedlecka zasiadła do pisania jest eksponowana w sposób tak natrętny i prymitywny, że niemal każdy akapit niesie w sobie ładunek skrajnej niechęci do bohaterów, niechęci nieraz popadającej w nienawiść. Obraz, jaki ta książka przedstawia nie jest obrazem nowym. To tylko dalszy ciąg tego samego, wulgarnego i kłamliwego schematu, w którym z jednej strony widnieją zawsze Polacy - naród antysemitów, z mlekiem matki wysysający etc, z drugiej zaś - Żydzi, którzy jako żydokomuna w kazamatach UB etc. O tej książce można by jeszcze więcej. O judaszowych srebrnikach, które wziął za ‘Ptaka’, i o tym, że pewnie skończył ze sobą ze strachu, iż pewnego dnia pojawią się na Manhattanie i tam staną przed nim, zarzucą mu, że nikt go w przerębli nie topił, nikt łyżką oczu nie wydłubywał. O klątwie, jaką rzucili na starego - aby mu Bóg w dzieciach odpłacił. Ale już dość. Wystarczy. Polecam więc Czytelnikom ‘Czarnego ptasiora’. To już dziś curiosum, należące do czasu przeszłego, i w Polsce będzie takich książek coraz mniej. Na mojej półce stoi pomiędzy Pawlikiem Morozowem i ‘Głupią sprawą’ Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego. Pasuje jak ulał. |
|||||
|
||||||