powrót do D a s k o g r a f i i 

Refleksje nad grobem nieznanego przyjaciela


Człowiek się rodzi, żyje, umiera. Dobrze jeśli
 
między kołyską a trumną dane jest mu choć 
raz przejrzeć się w zwierciadle przyjaźni.

 Lucjan Feldman 

Czując że werdykt historii nie będzie dlań zbyt łaskawy, i pewnie woląc powierzyć zadanie komuś spoza rodziny, pół roku przed śmiercią na raka jeden polski azylant w Kanadzie zwrócił się do drugiego z prośbą o zmówienie zań kadyszu, tradycyjnej żydowskiej modlitwy, po jego zgonie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że petentem był tu antyklerykalny, niewierzący w jakiekolwiek zaświaty pisarz Andrzej Brycht, niegdyś benjaminek wydziału kultury KC PZPR, nagabywanym zaś o post-mortem posługę młodszy o pokolenie żydowski ateista, emigrant marcowy Henryk Dasko, potomek łódzkiej inteligencji, warszawskiej nomenklatury, i wpierw beneficjant, a potem parias Peerelu; on też jest podmiotem niniejszej hiper-bibliografii.

Dla pełności obrazu do epitetów Brychta należałoby dodać lumpenproletariusz i “papierowy antysemita”; po stronie Daski literat i “budowniczy mostów polsko-żydowskich”. Znali się ćwierć wieku, ale, pomimo czasowo bliskich kontaktów, nie byli przyjaciółmi. Niemniej, coś ich w tym kraju łosiów łączyło, a tym cosiem była automobilizacja, i znajomość oraz uznanie młodszego z nich dla niegdysiejszej twórczości literackiej starszego. W drugą zaś stronę, nie można wykluczyć, bardzo ludzkie zazdrość i zawiść —przez uczucia te ewidentnie dotkniętego Brychta— o nierówny “przydział” dóbr ziemskich wedle jakiegoś ponadnaturalnego klucza rozdzielczego, jeśli wręcz nie “żydowsko-kapitalistycznego”. Tego wątku nie sposób bowiem niewywnioskować z późniejszej tfu!rczości Brychta, kiedy, nie spotkawszy się z uznaniem wydawców, ni czytelników na Zachodzie, począł szukać przyczyn swych niepowodzeń w żydożerczych teoriach spiskowych. Teoriach prowadzących na coraz to dalsze ideozoficzne manowce, nijak jednocześnie nie przybliżających go do tak należnych mu syjamskich bliźniąt Sławy i Mamony. Podczas gdy Dasce, relegowanemu po Marcu '68 ze Szkoły Głównej Planowania i Statystyki [SGPiS] za czelność istnienia równolegle z dyspozycyjnymi aparatczykami aparycji “aryjskiej”, w sumie nie potrzebny był dyplom owej instytucji, by umieć ułożyć sobie życie, i zarabiać niemałe pieniądze. O jakie jednak, jak wiemy, zawsze jest ambaras, żeby (ach żeby) wszyscy mieli tyle samo na raz.

Zostawmy jednak Brychta. Stanąwszy na solidnych finansnogach, Henryk też zaczął pisać, i, gdyby zdążył zrealizować plan powrotu do Polski w stanie spoczynku zarobkowego, bez wątpienia oddałby się w pełni literaturze. Uniemożliwił to rak mózgu, który wykryto u niego na wiosnę 2005 r., z prognozą przeżycia do dwóch lat. Nie miejsce tu na spekulacje jakim dziełom przedwczesna jego śmierć położyła kres, ale nie ja jeden zdawałem sobie sprawe z tego, że, choćby z racji więzów osobistej zażyłości, byłby on oczywistym, autorytatywnym, acz bynajmniej-hagiografem-in-spe Jerzego Kosińskiego. Pisarza przez całe lata samotnie reprezentującego współczesną polską prozę za Atlantykiem, który, 15+ lat od zagadkowej śmierci, nie doczekał się jeszcze rzetelnej polskiej biografii (koncept, który Henryk rozważał: “Münchhausen w czasie Zagłady”). Nie mówiąc już o planowanej takowej Adama Michnika, na którą Henryk zbierał materiały do ostatniej chwili.

Zamiary swoją drogą, ale w literaturze liczą się zdania już sklecone i dostarczone pod strzechy. Publicystyka Henryka w demokratycznej Polsce datuje się od 1990 roku, kiedy znalazł sobie wirtualny kąt w redakcji Ex Librisa, nowopowstałego miesięcznego dodatku o książkach do wysokonakładowego wtenczas, witalnego Życia Warszawy. Tam publikował recenzje i szkice literackie. Był tym, któremu przyszło opowiedzieć polskiemu czytelnikowi o odlocie “malowanego ptaka” Kosińskiego (zm. 1991); przypomnieć nieobecnego od trzydziestu lat “złego” Tyrmanda (zm. 1985); zdać raport nad trumną Brychta (zm. 1997). Prócz tego, jak każdy literat, pisał tam, gdzie chciano go drukować, i na frapujące go tematy (17 pozycji w Gazecie Wyborczej m.in.).

Henryk pisał, redagował, polemizował... – na miejscu byłaby więc ocena literackiego jego dorobku. Pozycji sensu stricte epickich tam właściwie nie ma, jedynie takie o charakterze polemicznym. Do prac o wymiarze ponadczasowym zaliczyć trzeba przede wszystkim jego rekonstrukcję pełnego wydania “Dziennika 1954” Leopolda Tyrmanda, dokumentu epoki socrealizmu par excellence nie mającego równego sobie w literaturze ‘demoludów’ (wyd. 19951999), odtworzonego mozolnie na bazie zeszytów oryginalnych i —przez ich autora i innych wcześniej redagowanych, acz wydawanych jako pełne— okrojonych wersji jego uprzednich. Bogato ilustrowane wydanie to poprzedzone zostało potężnym wstępem Henryka wprowadzającym młodszych i przyszłych czytelnikow w kontekst czasu. Tej syzyfowej pracy nad unikatowym dla epoki materiałem nie sposób niedocenić.

Prócz tego, wcześniej wspomniany pośmiertny esej o Kosińskim w Ex Librisie 1992 (zamieszczony również w odcinkach w nowojorskim Przeglądzie Polskim); kadysz za Brychta w trzech częściach w sobotnio-niedzielnym Magazynie  GW 1999 r.; kolejny wstęp do zbioru esejów Tyrmanda Porachunki Osobiste (2002), oraz długą recenzję-polemikę z angielskojęzyczną biografią Kosińskiego w PIASA Polish Review 2004. Wszystkie 'czytają się' wartko, bez dłużyzn czy łamigłówek frazeologicznych. Cechuje je precyzja refleksji nad podmiotami wywodu, refleksji zakotwiczonych w encyklopedycznej niemal wiedzy Henryka o epoce młodego i średniego PRL (parę razy sugerowałem mu napisanie “Alfabetu” czy “Abecadła Daski”, miałoby spore wzięcie; przykłady haseł osobowych, jakie mogłyby tam wejść, znajdują się w Daskografii).

Po stronie ujemnej publicystyki "celulozowej" chciałoby się poznać Henryka-pamflecistę, -furiata, nawet dwu-groszołoma, nie tylko takiego komiwojażera zawsze wyważonych opinii. W publicystyce internetowej, medium rządzącym się własnymi prawami i czytanym przez bardzo wysofistykowwwaną publikę, widać natomiast okazyjną płytkość argumentów, jak np. w kwestii (domniemanego zagrożenia dla polskiej racji stanu —czy ja wiem?— ze strony tzw.) "antypolonizmu" Tam udało mu się nawet kiedyś zająć pozycję niedaleką od typowego Kolektywu Robotniczego Fabryki Podzespołów Traktorowych Nr. 47 w Uljanowsku protestującego na łamach Prawdy przeciwko wtorkowemu wstępniakowi w New York Timesie. Henryk nie był jednak dogmatykiem, potrafił więc zmienić zdanie i przyznawać rację; cenił też sobie krytykę, i obiecacywał poprawę na przyszłość.

Poza w/w obszernymi “nekrobiogramami” Henryk pisał recenzje, noty literackie, polemiki; kultywował znajomości i przyjaźnie z innymi, głównie emigracyjnymi, piśmiennymi. Zawsze bardzo dużo czytał; potrafił cytować z pamięci całe połacie interesującej go prozy i poezji. Aczkolwiek można założyć, że ten gatunek literacki, którym się parał —biografistyka współczesnych pisarzy emigracyjnych— narzucił mu się niejako naturalnie przez geografię, “oś Toronto–Nowy Jork” na której kursował, nie wolno tu wykluczać potencjału genre-kontaminacji ze strony pisarki, także biografistki, Agaty Tuszyńskiej, z która Henryk związał się w końcowej dekadzie swego życia.

Nie łamy prasy jednak były głównym jego medium.... faktograficzna twórczość literacka z trudem daje się łączyć z trybem życia konsultanta marketingowego, zawodem wymagającym częstych podróży transoceanicznych, i 200%-go skupienia uwagi na problematyce klientów. Tym samym periodycznego odstawiania wszelkiej działalności literackiej na bok, niezbyt dla tego pies-i-kot-zajęcia optymalnej taktyki (kto znika z koterii, znika z pamięci). Na dodatek, po siedmiu latach istnienia, Ex Libris przegrał potyczkę z rynkiem, tym samym likwidując literacką dlań odskocznię. Akukurat wtedy jednak nastała era powszechnego dostępu do Internetu. I tam właśnie, na internetowych fora diaspory marcowej, wnet skupiających też gros jego znajomych z Warszawy lat szczenięcych, oraz grupie “literackich rozbitków” z listy Poland-L, przyszło mu kontynuować szermierko-szlifierkę swego pióra.

A miał co szlifować. Każdy pisarz. a co dopiero emigrant, na co dzień pozbawiony stymulacji kolokwializmami wiecznie rozwijającej się mowy, potrzebuje warsztatu, czy trybuny, na której mógłby trenować i odświeżać swój fach. Dla Henryka, dla wszystkich “diaspirantow” sztuk literackich, te możliwości zaistniały szerzej dopiero dzięki Internetowi po dwudziestu-dwudziestu pięciu latach od naszego wyjazdu. Wcześniej nie wpuszczano nas do Polski, a raczej trudno nam było obcować z zagranicznymi Polonusami en masse, bynajmniej z braku chęci – wspólnota językowo-narodowa Polonii definiowana jest paradygmatem religii rzymsko-katolickiej, narodowości tożsamej z jedną wiarą, polskości podporządkowanej kościołowi, samo przez się nie do przyjęcia dla Polaków-Żydow, a co dopiero (the horror, the horror) -ateistow.

Emigracja zarobkowa, nawet taka wymuszona beznadzieją i trwająca długie lata, nie odbiera prawa powrotu do kraju. W porównaniu z innymi falami polskich migracji ostatnich dwustu lat nasza niezbyt liczebna diaspora marcowa wyróżnia się pod jednym tylko względem: wbrew stereotypom, nie jest nim “żydowskie pochodzenie”, czy nie-katolickie wyznanie części tego ogółu, a charakter emigracji jako odgórnie sankcjonowanej banicji (analogicznie do takowej po Powstaniu Listopadowym). Pojęcie “czystka etniczna” nie było jeszcze wtedy w użyciu, dopiero w trakcie rozpadu Jugosławii, ale Marzec był taką właśnie socjalistyczną, bezkrwawą tego odmianą. Czy raczej “jak-go-zwał-socjalistyczną”, skoro przeczącą podstawowym dogmatom domniemanego braterstwa klasy robotniczej, moralnego drogowskazu wszechczasów.

Polskojęzyczni do apelu

Wyjeżdzaliśmy dobrowolnie, ale, w zamyśle ówczesnych władców Polski, na gwałt szukających płaszczyzn wspólnoty z antysemicką częścią elektoratu, ten wyjazd miał być ostateczny i bezpowrotny na wieki wieków. Wolność za bezdomność. Bez zbytniego dramatyzowania sprawy można śmiało mówic o dwóch dla władz(y) pozytywnych efektach tego “upustu krwi” 1968-(c:a) 1971:
  • punktowego “odżydzenia” w miejscach pracy, miłego wątrobom wszystkich tych, którym każde “odżydzenie” jest miłe ; oraz
     
  • nagłego zwolnienia się kilku milionów kwaterunkowego metrażu .
To ostatnie wręcz prosi się być nazwanym jedynym w dziejach PRL udanym “planem trzyletnim” budowy kilku/nastu tysięcy mieszkań w kraju, w którym przez wszystkie lata budowano “fabryki domów”, ale z samymi domami było gorzej. Ten bezpośredni skutek Marca nie przeszedł oczywiście bez echa – zaraz potem PZPR odnotowała najwyższy w czasach PRL punktowy przyrost członków, acz można by się oczywiście spierać, czy była to ‘dywidenda’ za Marzec, czy za jakieś inne namacalne osiągnięcia socjalizmu.

W wydawanych nam tzw. “Dokumentach Podróży”, jak się później okazało bezprawnie negujących nasze polskie obywatelstwo, wyraźnie zaznaczono, że legitymujący się nimi bezpaństwowcy nie mają więcej prawa wjazdu do kraju. Potem, po kilku latach, kiedy zaczęliśmy otrzymywać zachodnie obywatelstwa, właściciele PRLu nadal nas nie wpuszczali, potrafiąc widać rozróżnić, wedle najlepszych okupacyjnych wzorców, między "niearyjskimi" i pozostałymi posiadaczami obcych paszportów. Tym samym więź, i stopień utożsamiania się z ojczyzną-warts-n-all, bez perspektyw możliwości choćby krótkich odwiedzin i pielęgnacji wspomnień ("czy liście nadal kręcą się na dziedzińcu przed budą?") stawały się kwestiami raczej akademickimi. Ojczyzna nas nie chciała, należalo znaleźć sobie inną, zastępczą. Pod tym względem Henryk był uprzywilejowany, ponieważ nie tylko nadal miał rodziców w Warszawie, i przyjaciół troszczących się o niego z oddali, ale też w epoce ‘liberalizacji’ Gierka, na długo zanim pierwsi z nas otrzymali jakiekolwiek zachodnie paszporty, zdołał kilka razy odwiedzić Polskę. Wizyty-zastrzyki krajowej atmosfery utrwalały jego związek z krajem.

Pokutująca wizja emigracji jako jednych nieprzerwanych “saksów”, których materialne korzyści usprawiedliwiają każdy koszt osobisty (zobacz Szczuropolacy Redlińskiego; Szczęśliwego Nowego Jorku Zaorskiego) nie zawiera, a przynajmniej dawniej nie obejmowała, postaw odmiennych, tym bardziej u tych, którym “udało się” wyjechać wtedy, kiedy wyjazdy nie należały do codzienności. Wśród emigrantow marcowych młodszego pokolenia byli oczywiście tacy, którzy bardzo chcieli “gdzieś wybyć”, pooddychać światem, podobnie jak większość Polaków — co stało się możliwe dla szerokich mas dopiero ostatnimi laty. Byli też tacy, ciekawi swych żydowskich korzeni, którym Izrael majaczył się być wszystkim tym, czym nie był PRL (istotnie, nie był); ci mieszkaja teraz głównie w New Jersey. Było też sporo (dzieci) repatriantów, którzy wojnę/młode lata przeżyli w ZSRR, a w Polsce nie czuli się do końca u siebie. Ale większość z nas, Polaków, a Żydow tylko w imię definicji Himmlera i Sarte'a (Żydow przez asocjację, nominację lub kontaminację!), nie kontemplowała takiego wyjazdu —de facto banicji— przed Marcem...

Henryk też nie snuł takich planów, tym bardziej o Izraelu; jego racjonalna osobowość, a od rodzicow przejęta i przez się kultywowana miłość do literatury wyrażanej alfabetem łacińskim kapiącym samogłoskami z ogonkami, nie jakimiś w ząbek czesanymi kulfonami bez, wykluczała ten kraj jako punkt docelowy. Gdyby nie wilczy bilet ze studiów w kieszeni, i wiszący nad nim miecz Damoklesa LWP, nie opuściłby wtedy Polski. A już na pewno nie bez prawa powrotu.

Ile cię trzeba cenić....

Na kilku zachowanych fotografiach z Dworca Gdańskiego widać Henryka pełnego dziarskiej werwy, ale mało prawdopodobnym jest, że tak czuł się wewnątrz. Obietnica Przygody Życia, wyjazdu w Nieznane, musiala kolidować u niego z jakimś poczuciem, że tu nagle kończy się codzienność, młodość?, a zaczyna równia pochyła. Czy miał jakieś godne naśladowania wzorce dorosłości na obcej glebie poza postaciami Jamesa Dean'a i Marka Hłaski, jednego szofera gorszego od drugiego? Pozwalam sobie wątpic; sam wyjeżdzałem parę tygodni później podbudowany dowodami z filmu “Blow Up” Antonioniego: fotograf na Zachodzie ma własne studio, kociaki-modelki i groupies, a w przerwach między rozwiązywaniem zagadek kryminalnych oddaje się fotografowaniu ukradkiem po nocach w przytułku dla bezdomnych – że sam mógłbym tam trafić w charakterze podmiotu nie przychodziło mi na myśl (aha! do przytułku przyjechał otwartym Rolls-Royce'm, nie uszło mej uwadze). Nawet jeśli Henryk miał trzeźwiejsze wyobrażenia o świecie ode mnie, szok kulturowy towarzyszący wszystkim banitom przez pierwsze lata odnajdywania się w nowej rzeczywistości szybko zaćmiewa takie wyidealizowane wizje Zachodu. Który młody człowiek zresztą, bez bagażu doświadczeń, ma większe pojęcie, co może go czekać...
 

 foto 1+3: Siostra Sputnika 1963-64

Po kilku miesiącach pobytu w Danii Henryk wylądował w Kanadzie, gdzie przez następne dwie dekady mozolnie budował podwaliny swego dobrobytu, na samym początku w istnie “dickensowskich” warunkach. Pracował też m.in. w sklepie z elektroniką w Chicago; z czasem założył firmę marketingową. Przez te lata czytał, ale nie pisał, w każdym razie nic ponad poziom okazyjnych listów do redakcji gazet polonijnych, reagując głównie na prostackie wydzieliny o Żydach jako odwiecznych wrogach Polski – w Kanadzie, miejscu osiedlenia się wielu rodakow, którym nie dane były wizy USA, latwiej niż gdzie indziej znaleźć można frustratów przekonanych, że to też za sprawą “Żydów”.

Pod koniec lat osiemdziesiątych zainspirowała go działalność Jerzego Kosińskiego na polu tzw. "dialogu polsko-żydowskiego" w USA, co zaowocowało powołaniem do życia, wraz z przyjaciółmi, Kanadyjskiej Fundacji Dziedzictwa Polsko-Żydowskiego. Za cel postawiono sobie organizowanie pokazów filmowych, odczytow, i innych imprez oświatowych umożliwiających kontakty Polakom ponad podziałami wiary i martyrologii. Procesy demokratyzacji Polski uwieńczone wyborami do Sejmu kontraktowego, pierwsze rządy dawnej opozycji, i liberalizacja rynku wydawniczego, uświadomiły mu jednocześnie, że najwyższy czas zacząć pisać i publikować.

Literat do pióra

Zaczynał skromnie, od przekładu na język polski mało znanej powieści Kosińskiego Kroki i listu do redakcji  GW (powieść przeszła bez echa, ludzie mieli wtedy inne kłopoty; list miał co najmniej jednego uważnego czytelnika). Wnet odnalazł jednak swoje métier w ramach popularnoliterackiej wokandy Ex Librisa, ambitnego periodyka skłonnego zwać rzeczy po imieniu. Tu Henryk miał jak najbardziej coś do powiedzenia. Długoletnia fizyczna jego nieobecność w Polsce nie znaczyła bowiem braku orientacji w jej literaturze i publicystyce dnia powszedniego - te zwykł śledzić na gorąco przez wszystkie lata emigracji (równolegle z publicystyką amerykańską i KULTURĄ paryską - bynajmniej proste zadanie, dzień nie ma tylu godzin.) Ponad to był Henryk chodzącym pojemnikiem wiedzy może nie tyle tajemnej, co reglamentowanej, o ludziach i procesach byłych epok co raz to nowszych błędów i wypaczeń. Koneserem, jak mało kto - bez wątpienia po części dzięki temu, że, wyrastając w cieplarnianych warunkach drugiego eszelonu nomenklatury PRL (“władza się wyżywi” Jerzego Urbana), wraz z rowieśnikami-latoroślą tej samej klasy, miał bezpośrednie doświadczenia jak podziały sił partia/ naród/ społeczeństwo wyglądały “od podszewki”, jak układały się w praktyce.

Bardzo przezeń ceniony John Le Carré wyraził kiedyś opinię ustami jednej ze swych postaci, że “dzieciństwo jest kapitałem życiowym pisarza”. Tak, myślę, było też z Henrykiem, człowiekiem o fenomenalnej pamięci i łatwości skojarzeń (...gdyby tylko dane nam było doczekać etapu jego wspomnień...). Rzetelnej wiedzy o środowisku nomenklatury nie sposób bowiem nabyć inaczej niż empirycznie, przez bezpośrednie, wieloletnie obserwacje starszego pokolenia niezbielmionymi jeszcze oczami młodego. Nie podlegając zasadom żadnego znanego zbioru praw natury czy logiki, a na co dzień depcząc oficjalną jej marksistowską teozofię, rzeczywistość ta bowiem źle nadaje się do syntezy literackiej wyłącznie na bazie oczytania, czy przekazu z drugiej ręki - żeby ją rzetelnie ocenić, trzeba jej wpierw doświadczyć od wewnątrz. Tak, jak przez kilka kluczowych lat dojrzewania dane było Henrykowi. Rzeczywistość często zarówno bardziej smutna, jak i wiele nudniejsza, od populistycznie imaginowanego jej obrazu “sklepów za żółtymi firankami”.

Przesłanki tej —dla ogółu “spozaukładowych” czytelników— fascynującej wiedzy i refleksji manifestują się tu i ówdzie w listach Henryka publikowanych na kilku internetowych grupach dyskusyjnych. Latem-jesienią 1997 roku, 29 lat od pierwszych wyjazdów marcowych, powstają listy wysyłkowe FORUM, SERIO, WAŻNE, i wwwitryna Reunion '68 - całość zwana też “Świetlicą” lub “Sztetlicą” (kochamy się, o tak! sama Sielanka™). Półtora roku później konflikt administrywialny, rozłam; wykluwa się grupa TZADIKIM potocznie zwana “Wysepką” (spokoju). Potem dwie konkurencyjne listy wysyłkowe o identycznej nazwie CHAWERIM (heb. ‘Koledzy’), żeby łatwiej zmylić antysemitów. Z kolei z Wysepki odpływa TRATWA, z owej zaś OPONA, itd. Zdaje się. Tyle o żydowskim monolicie.

Na listach tych Henryk był od początku ich działania. Jak ważnymi były dla niego, świadczy choćby wstępny jego entuzjazm, wkład do Statutu (PIERWSZE: nie pisz bliźniemu Twemu co Tobie niemiłe; DRUGIE: nie cudzołoż; itd), i wachlarz prezentowanych tu opinii. Dla wszystkich nas, uchodźców, taka możliwość codziennego powrotu do mamełoszn-polszczyzny stanowiła niesamowitą, nieoczekiwaną szansę odwiedzin Arkadii lat młodości. Dzisiejsze młode pokolenia, zblazowane środkami globalnego przekazu od kolebki, nie jest w stanie zrozumieć tej nadziei, jaką pokładaliśmy w nagle po latach zaistniałej szansie konwersacji, nawiązywaniu znajomości, czy budowania mostów do kraju. Niech będzie, że bez “ogonków”, czy “z krzaczkami”; i że nadzieje te nie ziszczały się często.

Tematycznie, grupy Reunion (1997-2001, nie wiem jak teraz) nie różniły się wiele od innych publicznych polskich fora - i tu, i tam dyskutowało się głównie o procentach Żydów w UB, bo takie to przecież interesujące, z tą tylko różnicą, że na SERIO odbywało się to raczej bez endeckich plwocin. I tu i tam grasowało plotkarstwo, ignorancja i szczebełkiot, być może jednak elementy przeciwdziałające stagnacji wewnętrznej dynamiki tego medium. Główną cechą grup Reunion i Wysypki odróżniajacą je od ogółu (znanych mi) polskich fora, była ewidentna znajomość i frekwencja tematów społeczności żydowskiej w Polsce, mało zwykle interesujące dla tzw. “Sarmatów” gdzie indziej, raczej też niekwapiących się ryzykować kontaminacji filozofią żydowską – która, nb., jak wynika z samej definicji, góruje zawsze nad wszelką “przaśno-piastowską” (a nóż, a widelec; ryzyko kontaminacji nie tyczy Kosher-Vodki, oraz wyrobów spółdzielni “Żydowska Cepelia” spod Barbakanu). Zwolennicy/ promotorzy/ animatorzy lustracji z zazdrością odnotują jednak, że Świetlica rozliczyła swych rodziców “za komunizm” sama, i o dekadę wcześniej od reszty Polaków. “ŻYDZI ZAWSZE PIERWSI!!!” 

Redaktor do klawiatury

Zestawiwszy wstępną wersję bibliografii tekstów Henryka, wpierw ExLibrisowych, potem też części tych “cyfrowych”, zdałem sobie sprawę z tego, że suchy spis, czy nawet publikacja tylko jego własnych kontrybucji, nie miałaby większego sensu - Henryk nie polemizował bowiem w vacuum, a w określonych, jeśli płynnych, konstelacjach osobowych. Tym samym projekt natury czysto bibliograficznej —o jaką, nb. indagowałem go już w 1998 roku, kiedy wykręcił się bałaganem na harddysku— przeobraził się w epistografię stanowiącą też selektywny “odcisk pamięci” kluczowych lat Świetlicy i grupy ExLibris (nie mylić z Ex Librisem), reprezentowanych przez dodatkowe 400 listów 62. kontrybutorów.

Do zbioru włączylem trochę zachowanych pozycji z CADYKÓW, jak i kilkadziesiąt konwersacji w różnym stopniu prywatnych z Henrykiem, rozmów prowadzonych często równolegle, więc nierozłącznie związanych z resztą materiału. Obok tego, kilka postów nie komentowanych wprawdzie przez żadnego z nas, ale zbyt dokumentalnie cennych, żeby przejść nad nimi do porządku dziennego. W sumie 883 bogato poindeksowanych listów, 483 z nich Henryka (podział 60 : 40%), ok. 3.5 MB wielkości, spośród 30+ MB niekompletnych zresztą prywatnych archiwów. UWAGA: część pozycji została zrekonstruowana z “ogonów” innych listów, ich daty są więc “syntetyczne”; inne daty skorygowane i ujednolicone gdzie było to potrzebne. Nurt konwersacji uproszczony przenosinami wybranych akapitów, edycją powtórzeń, wklejek, itp. elementów rzadko jednowątkowych rozmów elektro, całość zaś przeformatowana dla zwiększenia czytelności (z wyjatkiem listów jednego kolegi, którego wwwysofistykowana interpunkcja okazała się wykraczać poza granice moich kompetencji “rozsupławczych”). Nie muszę chyba podkreślać, że większości hiperlinków od początku tam nie było, dodałem je w trakcie pracy; nierzadko więc wskazują na źródła, publikacje, które w chwili pisania listów jeszcze nie istniały (co same w sobie nie pomniejsza waż/kn/ości referowanych argumentów). Prawie roczny odstęp między początkiem, a publikacją, projektu oznacza też w praktyce, że część odsyłaczy prowadzi obecnie do nikąd... taka jego natura, Internetu. Umyślnie nie wzbogaciłem tekstu w ogonki, żeby zachować odpowiedni “ascii-smaczek” oryginału.

Krótko o sobie: aczkolwiek wychowałem się w Warszawie, nie znałem tam Henryka, ani nikogo innego z wirtualnie tu występujących. Gros nastolatczości spędziłem na Grochowie, gdzie wszyscy byli znikąd i tam podążali; Henryk na Mokotowie pod murami Łazienek w przedwojennym jeszcze osiedlu pełnym powiewu historii, wojska, nomenklatury. Ale przede wszystkim z rodzicami aktywnie troszczącymi się o jego rozwój, oczytanie (moi ograniczali się do papu, czegoś na grzbiet, i wyra). Wątpię więc, że, nawet gdybyśmy wtedy się poznali, zaowocowałoby to jakimś trwalszym kontaktem; po prostu nie było ku temu warunków wstępnych.

Henryka Dasko poznałem dopiero trzydzieści lat później na forum SERIO. Nie zaliczałem się do najbliższych jego przyjaciół, grono pań i panów znanych mu jeszcze z przedszkola, podwórka i szkoły. Rozpoznaliśmy się nawzajem jako bratni mole książkowi o podobnie krytycznym spojrzeniu na świat. Wiem, że frapował go fakt, że taki nie wiadomo skąd mieszkaniec Szwecji porusza się swobodnie po bliższej jemu, niż sobie, publicystyce amerykańskiej; że osobno odkryliśmy i polubiliśmy tych samych pisarzy; że potrafiłem argumentować obrazoburczo i bez duserów. Sam ceniłem sobie nader jego klarowność i umiarkowanie, a voice of reason in the desert of computer megalomania. Nie we wszystkim się zgadzaliśmy, Henryk miał ślepe klapki na rolę literatury jako probierza sumienia narodu, przeceniał jej wagę, ale trudno nie lubić kogoś kto hołduje takim dogmatom. Nie do końca też rozumiał, że dla ludzi, których apogeum życiowych aspiracji reprezentował niegdyś talon na Wartburga, zdymisjowanie tego symbolu przywileju jako “byle co” jest jak policzek.

Do spotkania twarzą w twarz nie doszło. Henryk zapraszał mnie do siebie, ale moja sytuacja życiowa na to wtedy nie zezwalala. Sam zjawiłem się na listach Reunion później od niego, odszedłem wcześniej. Nasz kontakt oscylowal też w czasie, chwilowo bardzo częste sygnały, potem nic przez miesiące. Wymienialiśmy się książkami, wycinkami z prasy, artykułami. Praktykowaliśmy jałowe krytykanctwo w eterze nad Atlantykiem bez szacunku należnemu Najwyższym Czynnikom Rządu i Episkopatu. Frymarczyliśmy rewizjonizmem ideowym i losowym; plotkowaliśmy o interesujących paniach i panach (plotki makes the world go around, the world go around...); szerzyliśmy sympatię. Sześć godzin różnicy czasu między Toronto a Stockholmem oznaczało w praktyce, że zawsze miałem gdzie “zapukać”, kiedy Oniris nie raczyła się zjawić. Teraz trochę żałuje, że te właśnie, i inne nasze rozmowy nie odbywały się jednak na piśmie, bo pozwoliłoby mi to “przetrawić” Henryka raz jeszcze (Aleksandr Grahamowicz Telefonov Wy Durak!)

Aczkolwiek dyskusje Reunion i ExLibris toczyły się w nominalnie zamkniętych gronach, uznałem, że najwyższy czas wyjść z tej szafy. Rewelacji tu żadnych, trochę plotek na deser, fusów erudycji; a za ewentualne chwilowe wapory na licu przepraszam (po to istnieją kosmetyki). Henryk na pewno by aprobował, bo oboje traktowaliśmy e-mail jako formę literatury, nie jakiejś ulotnej “gadalni”. Sam zajmując się biografistyką, był jak najbardziej świadomy dopuszczalnych granic indyskrecji. Tego, czego nie chciał utrwalać na piśmie, nie pisał; mógł to powiedzieć telefonicznie wiedząc, że nie powtórzę dalej. Nie było też moim zamiarem deptanie czyjejkolwiek prywatności - nazwiska nie mogą być niejawne, a adresy utajniłem, żeby nie karmić spamerów. Rozważając publikację kierowałem się raczej refleksją, zresztą nie oryginalnie własną, o ulotności, nietrwałości nowoczesnych form dialogu.


Zydzi w lesie
"Żydzi w lesie" 2001   foto: Lucjan Feldman

Supełek na wirtualnej chusteczce

Współcześni bibliotekarze i biografowie mówią, czasami już krzyczą, że przyszli badacze literatury i historycy nauki nie będą mieć materiałów roboczych – dzisiejsze powszechne elektroniczne środki komunikacji, nawet tak literackie jak e-mail, nie zostawiają po sobie trwałego zapisu, strumykow danych mogących służyć do interpretacji w przyszłosci. Niedysiejsze, przez dekady i wieki zachowane zbiory listów–źródeł przyszłej wiedzy o ich autorkach i czasach, nie mają wlaściwie żadnego nowoczesnego odpowiednika - co dziś nie zostało wydrukowane w jakimś nakładzie, oprawione w oślą skórę, i rozproszone po świecie (żeby zapobiec losowi biblioteki w Alexandrii), nie może liczyć na to, że przeżyje długo swych autorów. Nawet transakcje prowadzone środkami generującymi elektroniczny zapis - e-mail, chat, videofon, etc, nie są pod tym względem gwarantowane, bo dzisiejsza pogoń za coraz tańszymi nośnikami pamięci nie obejmuje, niestety, wymagań, by media te były co najmniej tak trwałe, jak papirus, czy mezopotamskie tabliczki gliniane.

O takiej skali trwałości możemy tylko marzyć – biblioteki największych instytutów badawczych borykają się z odczytywaniem zbiorów elektronicznych zaledwie sprzed dekady, dwóch. Bo w międzyczasie nie tylko poznikały ich czytniki, ale same fizyczne media uległy nieodwracalnej degradacji chemicznej i elektronicznej (tym samym wszystkie ważne zbiory danych, które regularnie nie są weryfikowane, i przenoszone na coraz to nowsze, do-czasu-trwalsze, media, są w zasadzie przesądzone).

Nie chcę oczywiście twierdzić, że nasze rozmowy sprzed paru lat, szczątkowy obraz asynchronicznej przyjaźni z Henrykiem, i elektronicznych potyczek kilkudziesięciu emigrantów i krajanów, jest materialem podobnej rangi, co dane NASA czy fiskusa... bynajmniej. Ale programowa ich nietrwałość, pewność, że nawet wbrew najlepszym intencjom, i tak niedługo “wyparują” w nicość, w ślad za ich autorami, nie daje mi spokoju. Dla przykładu, ten hipertekst może istnieć tylko tak długo, jak sam serwer na którym go umieściłem; ewentualnie tak długo, jak będzie ktoś zabiegający o jego tam, czy gdzie indziej, obecność. Prędzej czy później jednak, prędzej szybciej niż później, poza okazyjnym sciągobraczem drugiego roku poliszafers, nie stanie już nikogo, dla kogo będzie to cokolwiek znaczyć....

Trudno. Ale w międzyczasie miło czuć, ze Henryk nie umarł wszystek. Bo o to właśnie chodzi. Ocalić od zapomnienia....


 hipertekst-macher/ dla pań “Lucuś”
 Stockholm, 27 viii 2007

Administrywia

Projekt “Daskografia” obejmująca 44 pliki tekstowe (w tym 10 inaczej trudnodostępnych tekstów Henryka), 2 pliki dźwiękowe, i kilka prywatnych zdjęć, opublikowany jest na zasadach licencji copyright/copyleft “Creative Commons 3.0”. Osoby pragnące zachować, przedrukować, czy inaczej NIEKOMERCYJNIE przetworzyć całość, proszone są o nawiązanie w celu otrzymania adresu archiwalnego pliku projektu. Pocztówki z uwagami, etc. na adres
[ iFeldman • Gambri 4 • SE–11231 Stockholm • SZWECJA ] szczególnie mile widziane (a co dopiero turystychy).

Materiał zawiera kilka tysięcy hiperlinków, wewnętrznych i na zewnątrz; odsyłacze kierowane są więc do jednego z sześciu okienek żeby ograniczyć ilość tychże na ekranie. UŻYTKOWNICY WINDOWS/ INTERNET EXPLODER I PRZEGLĄDAREK POSŁUGUJĄCYCH SIĘ TZW. "TABS": jeśli "zminimalizowałaś" któres z wcześniej otwartych okien, poczem pstryknęłaś w hiperlink, i "nic się nie dzieje", zerknij pierw na "etykietki" na dole ekranu, lub "tabs" na górze – odsyłacz otworzył się z całą pewnością w którymś z nich.

“Daskografia” nie zaistniałaby bez pomocy innych osób, którym należą się Całuski, wzgl. Braterskie Uściski Dłoni:

Beata Chmiel, Krystyna Donabidowicz, Eda Epsten, Pola Glazer, Dana Keren, Jurek Krzystek, Gabriel Lawit, Anka Lec, Józef Lorski, Elżbieta Ewa Łebkowska, Włodek Richter, Poldek Sobel, Anna Suknik, Agata Tuszyńska, Lars Viebke, Marek Web, Joanna Winter.

 Kadysz Agaty Tuszyńskiej za
Henryka Dasko
 w księgarniach
w październiku 2007 r.
  

powrót do D a s k o g r a f i i