powrót do D a s k o g r a f i i
REPATRIANCI
Byłem trzecim dzieckiem mojej matki. Pierwsze straciła zimą 1938, wkrótce po kolejnym aresztowaniu mojego ojca i osadzeniu go w Berezie Kartuskiej na okres bezterminowy. Jej drugie dziecko, chłopiec, urodziło się w ostatnich dniach czerwca 1941 w bombardowanym przez stukasy transporcie bieżeńców, wiozącym moich rodziców z Białegostoku na wschód. Mój starszy brat żył jeden dzień. Kiedy kolejnym transportem wrócili do Polski w październiku 1945 i w rodzinnej Łodzi moja matka zorientowała się, że z jej licznej, zasymilowanej i inteligenckiej rodziny nie przeżył niemal nikt, a z 32 absolwentek jej klasy maturalnej w żeńskim gimnazjum żydowskim ocalały trzy — postanowiła, już nie całkiem młoda, urodzić jeszcze raz.Z zagłady ocalała jedyna siostra mojej matki. Była chirurgiem, pełnym zawodowej pasji i marzeń o karierze naukowej. Zawód lekarza pozwolił jej przetrwać łódzkie getto i obozy, z których wróciło niewielu. Brnąc pod prąd wielkich mas ludzkich, dotarła wreszcie z amerykańskiej strefy okupacyjnej do Polski, ale w Łodzi powiedziano jej, że z rodziny Ginsburgów nie przeżył nikt. Czepiając się strzępków nadziei, w miejskim komitecie partyjnym spróbowała dowiedzieć się o mojego ojca, pytając o losy łódzkiego komunisty nazwiskiem Borensztajn. Wylegitymowano ją, oddano pod straż wartownika z opaską "MO" i karabinem na rzemieniu, po czym ktoś zakręcił korbką telefonu, dzwoniąc do Warszawy i prosząc do aparatu towarzysza Borowicza w pilnej sprawie osobistej.
Moja matka i jej siostra zamieszkały razem w łódzkim mieszkaniu, niegdyś należącym do kogoś z ich rozległej rodziny, z napisem "min niet" na bramie kamienicy. Niekiedy z Warszawy przyjeżdżał z szoferem i dwoma żołnierzami eskorty mój ojciec. Siostra mojej matki, choć sporo od niej młodsza, własnych dzieci mieć nie mogła, adoptowała więc dwunastoletnią dziewczynkę, Niemkę, pozostawioną w mieście przez wycofujące się wojska i koczującą w piwnicy ich budynku. Tam dziewczynka padła ofiarą oddziałów wchodzących do miasta, a po ich przejściu — ofiarą innych. Późną jesienią 1946, w kilka miesięcy po pogromie kieleckim, siostra mojej matki nieoczekiwanie zdecydowała się wyjść za mąż za znacznie od niej starszego, religijnego Żyda, stolarza z kresowego miasteczka, który jak i ona powrócił z obozu koncentracyjnego, i wyemigrowała do Palestyny.
Moja matka także pragnęła wyjechać. Ale swoje własne życie zawdzięczała mojemu ojcu. W styczniu 1941 wrócił po nią z Białegostoku przez wschodnią granicę, przywożąc ze sobą świadectwo chrztu na nazwisko Stefanii Kondratowicz, kupione od wikariusza białoruskiej parafii. Nie bacząc na jej lęk przestrzeni i instynkt pozostania wśród swoich, zmusił moją matkę do wyjścia z warszawskiego getta po drabinie rozciągniętej na płask pomiędzy oknami dwóch budynków na ulicy Chłodnej. Tych, których tam zostawiła, nie zobaczyła nigdy. Jedyną pamiątką, jaką pozwolił jej zabrać była fotografia jej i siostry, dwóch ładnie ubranych, poważnych dziewczynek wpatrzonych w obiektyw fotografa, w zimowych płaszczykach z dużymi guzikami, wełnianych, zawiązanych pod brodą kapturkach i w bucikach z getrami.
Pod taflą zielonkawego szkła, przykrywającego blat orzechowego biurka mojego ojca leżała inna fotografia. Zdjęcie zrobiono w październiku 1945, na kilka godzin przed odjazdem transportu 57 repatriantów, których mój ojciec przywiózł do Polski z Łucka i Równego na Wołyniu. Ojciec legitymował się wtedy przetartym na kantach zaświadczeniem, wypisanym na maszynie w dwóch językach i wypełnionym charakterystycznym dla sowieckich dokumentów, fioletowym atramentem. Zaświadczenie opatrzono pieczęciami — granatową, z orłem, i czerwoną, z herbem z kłosami, pięcioramienną gwiazdą i młotem i sierpem. Potwierdzało, że towarzysz Borowicz, Stefan Kazimirowicz, jest pełnomocnikiem polskiej delegacji w Polsko- Radzieckiej Komisji Mieszanej do Spraw Ewakuacji. Na fotografii, wśród kobiet okutanych w wełniane, wiejskie chusty z frędzlami, mężczyzn w kożuchach, płaszczach półwojskowego kroju i miejskich garniturach ojciec siedzi półprofilem, z ukrytym lewym ramieniem.
Mój ojciec był kaleką. Lewy, pusty i płaski rękaw marynarki nosił wpięty agrafką do wnętrza kieszeni. Ramię zostawił na wojnie. W październiku 1943, w Riazaniu, uderzył go willys, prowadzony przez pijanego majora NKWD z malinowymi rombami na kołnierzu, miażdżąc mu rękę. W kilka godzin później, jeszcze przed operacją, wzięto go ze szpitala i wrzucono do celi, oskarżając o próbę zamachu na radzieckiego oficera i funkcjonariusza organów. — Ubrali — szepnął czekającej matce kącikiem ust przechodzący lekarz, nie odwracając głowy. W środku nocy matka załomotała w drzwi Zyngera, "towarzysza Julka", który znał Wandę Wasilewską i był dwa razy u Stalina z grupą polskich komunistów. W 1936 roku Zynger, funkcjonariusz sekcji wojskowego wywiadu nielegalnej partii zwanego w organizacyjnym żargonie "wojskówką", przez dwadzieścia dni ukrywał się u niej przed aresztowaniem, zanim z fałszywymi papierami udało mu się przedrzeć do Czechosłowacji. Zynger obiecał matce pomoc, po czym wahał się kilkanaście godzin, zanim pod wieczór zatelefonował wreszcie do generała Żukowa, enkawudzisty sprawującego nadzór nad Polakami. Żukow polecił ojca wypuścić, ale ręki uratować się nie dało.
Piętnaście lat wcześniej, w maturalnej klasie żeńskiego gimnazjum Towarzystwa Żydowskich Szkół Średnich w Łodzi, moja matka zbierała składki na bezrobotnych. Tak poznała mojego ojca, przynoszącego jej pliki półlegalnych pism, wydawanych przez Czerwoną Pomoc i odbierającego zebrane pieniądze. Mój ojciec miał trzynaście lat kiedy stanął przy maszynie dziewiarskiej w firmie "Giszpenc i Syn", wciskając igły kciukami, na których pozostały na zawsze trwałe, wklęsłe blizny. Był od mojej matki o rok młodszy. Przepchnęła go przez maturę, pisząc za niego wypracowania i przynosząc mu jedzenie, którego w jego domu brakowało. Rodzice wysłali ją na studia do Nancy - jej życiową pasją był teatr molierowski - ale po roku, kiedy po kolejnym aresztowaniu za wywrotową działalność mojemu ojcu groził wysoki wyrok, rzuciła uniwersytet i wróciła do Polski. Podjęła pracę w firmie swojego kuzyna, który pragnął się z nią ożenić, czego pojąć nie mogła, nie wierząc, iż ktokolwiek chciałby z nią spędzić życie. Pakowała tam i adresowała paczki z sheffieldzkimi nożykami do golenia marki "Eclipse", a jej zarobki pokrywały uniwersyteckie czesne mojego ojca i jego dwóch sióstr.
Była osobą łagodną i pełną wątpliwości, ale po powrocie z Rosji, kiedy nastał czas mojego ojca, a na ulicach powiewały czerwone transparenty i szturmówki, pomimo jego nalegań z twardym uporem odmawiała wstąpienia do partii. W niezliczonych ankietach personalnych, jakie należało wypełniać, w rubryce "przynależność partyjna" wpisywała słowa "wieloletni sympatyk ruchu". Cechowała ją ostrożność. W naszym warszawskim mieszkaniu, którego okna wychodziły na ślepy, zwieńczony tłuczonym szkłem mur wydzielonej i zamkniętej części największego w mieście parku, pieczołowicie zsuwała papierowe banderole z nieprzeczytanych numerów "Prawdy" i "Izwiestii", codzień dostarczanych ojcu do domu. Rosyjskie gazety składała wewnętrzną stroną na wierzch, aby w stercie makulatury nie różniły się wyglądem od płacht "Trybuny Ludu" i "Życia Warszawy". Kiedy przychodzili znajomi, stawiała telefon na tapczanie i przykrywała go poduszką.
Mój ojciec, z wykształcenia historyk, pasjonował się polityką społeczną. W ostatnich latach przedwojennych publikował w lewicowej prasie artykuły o swojej wizji lepszego jutra: bezpłatnej i powszechnej opiece lekarskiej, darmowych studiach, jasnych, przeszklonych szkołach, obszernych mieszkaniach dla wszystkich i letnich koloniach dla roześmianych, beztroskich dzieci. Temu pragnął poświęcić się po powrocie do Polski. Zynger przyjrzał mu się uważnie w gabinecie pełnym poniemieckich mebli, zatrzymując przez chwilę wzrok na pustym rękawie marynarki. —To bardzo ważne — powiedział, przesuwając na bok biurka przygotowany przez ojca memoriał — ale my was damy na ważniejszy odcinek. Tam potrzeba naszego człowieka.
Zajął stanowisko kierownika kancelarii najwyższego dostojnika w państwie, komunisty i sowieckiego agenta, na użytek publiczny udającego bezpartyjnego i kończącego oficjalną przysięgę słowami "Tak mi dopomóż Bóg". Mój ojciec otrzymał szarozielony kartonik w celuloidowej oprawce, z nadrukiem "Specjalne!" w prawym górnym rogu, zezwalający na "przejazd i przejście wszędzie o każdej porze". Jego uprzejmy, dobrotliwie uśmiechnięty szef lubił fotografować się z łopatą pełną stołecznego gruzu, w otoczeniu gromadki dzieci w ludowych strojach i pionierskich chustach lub ze ssącym smoczek jelonkiem, ale praca mojego ojca w nowej Polsce pociągnęła za sobą komplikacje.
Szef był człowiekiem o nieprostej sytuacji osobistej, ciągnął za sobą eszelon legalnych i partyjnych żon, a ostatnia z nich, jego okupacyjna łączniczka, którą odziedziczył po rozstrzelanym na Pawiaku przywódcy komunistycznego podziemia, prowadziła mu sekretariat, przemyślnie skupiając w swoim ręku nici harmonogramów, przepływu informacji i codziennych decyzji administracyjnych. Kancelarię uważała za twór zbyteczny i zagrażający jej pozycji, dokumenty przygotowane na polecenie ojca znikały na zawsze w jej szufladach wśród chaosu starych czasopism, przyborów do szydełkowania i pamiątkowych bryłek metalu z okolicznościową inskrypcją, ofiarowanych szefowi przez odwiedzające go delegacje hutników. Z ojcem porozumiewała się przy pomocy karteczek, uporczywie przekręcając jego nazwisko, a zawsze zamknięte drzwi do sanktuarium gabinetów władzy zaprzeczały słowom, wydrukowanym na jego przepustce. Rozgoryczony i milczący, wkrótce zajął się zleconą mu przez nią w imieniu szefa szczegółową inwentaryzacją wyposażenia warszawskich i podwarszawskich rezydencji, oraz rozsianych po Polsce licznych pałacyków, leśniczówek i ośrodków wypoczynkowych, gdzie dostojnik zwykł urlopować.
Zynger był nieosiągalny. Kiedy wreszcie ojciec poniechał bezowocnych telefonów i przesłał mu oficjalny list, prosząc o przeniesienie, po kilku tygodniach otrzymał go z powrotem, ze słowami "Wydział Odznaczeń" i inicjałami Zyngera, nakreślonymi na marginesie. Odchodząc dostał Krzyż Zasługi i mosiężną szkatułkę z wygrawerowanym kursywą napisem "Towarzyszowi Borowiczowi od towarzyszy-współpracowników". Na nowym stanowisku przygotowywał projekty odznak i dyplomów dla zasłużonych działaczy i przodowników-rekordzistów, legitymacje najwyższych odznaczeń kierował do podpisu Rady Państwa, średnie sygnował własnoręcznie, zaś na dyplomach pośledniejszych medali i nagród referentka wydziału stawiała stempel jego faksymile. Zwracano się do niego per "towarzyszu naczelniku", czego nie cierpiał. Odsłużył w Wydziale Odznaczeń dwa lata, zanim na jakiejś naradzie siedzący w prezydium Zynger skinął mu serdecznie, a w przerwie posiedzenia wziął go pod ramię, kierując się w stronę bufetu. Spytał o moją matkę, po czym zaproponował ojcu zajęcie się sprawami repatriacji Polaków z ZSRR. Był koniec października 1948.
Wielu z ludzi odwiedzających nasz dom spędziło wojnę w Rosji. O kraju na wschód od Polski mówili "Sowiety", ale w ich ustach to określenie miało inną barwę niż w przedwojennej polszczyźnie, oznaczając bardziej geografię niż system polityczny. Stanowiło część językowego bagażu, jaki przywieźli ze sobą, rusycyzmów, używanych często i chętnie: samochód nazywali "maszyną", telefon — "aparatem", pracownika wydziału personalnego — "kadrowikiem", a zamiast "piętnaście po ósmej" mówili "kwadrans na dziewiątą". Na walizkowym gramofonie w bakelitowej obudowie, przywiezionym ze służbowej podróży do Kijowa, puszczano kruche, pękające przy nieostrożnym dotknięciu 78-ki z nagraniami chóru Aleksandrowa, pełnego basów głębokich jak rzeka Wołga. Konnica w karakułowych burkach gnała przez ekran kina "Moskwa", ciągnąc za sobą podskakujące w pyle taczanki. Sadko, radziecki Sindbad, żeglował przez podmorskie doliny w rysunkowym filmie Aleksandra Ptuszki. Wierzyłem, że nasz dom — mieszkaliśmy w przedwojennym osiedlu spółdzielczym, po wojnie przejętym przez korpus oficerski WP — należy opancerzyć i uzbroić jak pociąg pancerny, broniewik z albumu o Rewolucji Październikowej, aby mógł oprzeć się najazdowi faszystów, jakiego należało się lada dzień spodziewać. Na podwórku grupka dzieci rozmawiała między sobą po rosyjsku, a z nami — po polsku.
Guralnik należał do nielicznej grupki przedwojennych przyjaciół mojego ojca. Młodszy o kilka lat, wychowywał się w tej samej nędznej oficynie łódzkiej przy rogu Zawadzkiej i Piotrkowskiej. To mój ojciec wciągnął go do nielegalnej organizacji młodzieżowej, gdzie Guralnik zajmował się "techniką": odbijał ulotki i broszury z woskowych matryc, przygotowywał transparenty, a przed 1 maja przywiązywał gołębiom do łapek taśmy cienkiego materiału z hasłem "Na pomoc więźnim politycznym!". Po wojnie został pracownikiem tajemniczej instytucji, której nazwy nie wymawiano. Odwiedzał nas wieczorami, mawiał "proletariusze nie mają ojczyzny" i nucił piosenkę o towarzyszu, padłym "od faszystowskiej kuli psa". Kiedyś dostrzegł mnie w ciemności korytarza, gdzie wieszał swój miękki, pilśniowy kapelusz i szaroniebieski prochowiec. —Za duży jesteś na misia — powiedział, wpatrując się w pluszową zabawkę z oczami z czarnych guziczków, jaką ściskałem w ręku. — Zastrzelę twojego misia. Sięgnął do kieszeni płaszcza, skierował w moją stronę duży, czarny winkiel pistoletu i klasnął dwa razy językiem, imitując strzały.
Mój ojciec odnalazł go w Łucku, gdzie rodzina Guralnika przeżyła okupację, i przywiózł do Polski w pierwszym transporcie repatriacyjnym. Na fotografii z października 1945, leżacej pod szklaną taflą biurka, Guralnik opierał rękę na ramieniu zamyślonego, jasnowłosego mężczyzny z szerokim czołem i dołkiem na podbródku, łatwo dostrzegalnym nawet na starej odbitce. Blondyn siedział lekko pochylony do przodu, z dłońmi splecionymi na kolanie, patrząc nie na fotografa, ale gdzieś w dal. Wiedziałem, kim jest. W sobotnie przedpołudnia, kiedy ojciec zabierał mnie do swojego biura, blondyn pozwalał mi pokręcić rączką czarnego sumatora, stojącego na jego biurku. Tajemnicza maszyna z chrzęstem mełła przeskakujące w okienkach cyferki.
Blondyn nazywał się Stanisław Marat i był z zawodu architektem, a w czasie wojny - działaczem polskich struktur podziemnych na Kresach Wschodnich. W Łucku był delegatem konspiracyjnego Departamentu Spraw Wewnętrznych, w powiatowym mieście spełniającym rolę przedwojennego starostwa. Tam, latem 1943 roku, polecił wyrobienie solidnych, niefałszowanych dokumentów dla mieszkającej obok, milczącej rodziny z marnymi papierami, o której mówiono głośno, iż są ukrywającymi się Żydami. Pomarańczowy Dienstausweis w celuloidowym futerale, z pieczęcią Feld-Bauleitung der Luftwaffe — Flugplatz Lutsk, wystawiono na nazwisko "Huralnyk", zmieniając dwie litery i nadając mu lokalne, ukraińskie brzmienie.
W pierwszych dniach marca 1944 Łuck wzięła 60. Gwardyjska Armia generała Czerniachowskiego, późniejszego dowódcy 3. Frontu Białoruskiego. Marat przetrwał ciężkie lato tego roku, kiedy w mieście stacjonowały oddziały NKWD, wcielając przymusowo Polaków do formacji o nazwie istriebitielnyje bataliony, używanej do walk z ukraińskim podziemiem. Podczas tych i następnych miesięcy polska siatka konspiracji cywilnej na Kresach uległa rozpadowi, a w początkach maja 1945 generał Anders podpisał rozkaz rozwiązujący organizację "NIE", mającą bronić polskości na terenach zajętych przez wojska sowieckie. Kiedy mój ojciec pojawił się w Łucku jesienią 1945 i w mieście rozlepiono kolejne zawiadomienia o pomocy dla repatriantów udających się na Ziemie Odzyskane, Marat wpisał swoje nazwisko na listę powracających do kraju. W tym samym transporcie jechała rodzina Guralnika, zaopatrzona jeszcze w papiery, jakie wyrobił im Marat. Do zawodu architekta nie wrócił i przez pierwsze lata pracował w instytucji zajmującej się rozprowadzaniem materiałów budowlanych. Wiosną 1949 roku mój ojciec spotkał go na ulicy i namówił do przejścia do Biura do Spraw Repatriacji, gdzie był zastępcą dyrektora generalnego, zwanego Pełnomocnikiem Rządu.
Marata aresztowano krótko przed śmiercią Stalina, późną jesienią 1952. Miałem sześć lat. Pamiętam ostatnią wizytę Guralnika w naszym domu. Stał w płaszczu, na rozstawionych szeroko nogach, obok fotela, w którym siedział ojciec. — Masz u nas kreskę — powiedział, biorąc ojca na celownik wskazującego palca — jeszcze od Riazania. Wtedy ci się udało. Kogo innego bym nie ostrzegł, ciebie ostrzegam.
Zanim wyszedł, zatrzymał się przy biurku mojego ojca i gwałtownym ruchem wyszarpnął środkową szufladę, która z łoskotem uderzyła o ziemię. Pamiętam, jak mój jednoręki ojciec klęczał na podłodze, usiłując zebrać ukryte w szufladzie skarby: kulkowe pióra marki "Leningrad", czeskie, dwubarwne ołówki "Hardtmuth-Koh-I-Noor" i rozsypane wszędzie, małe, stalowe igły do radzieckiego gramofonu.
Henryk Dasko
Pierwodruk Res Publica Nowa #9, maj? 2000
Przedruk PLOTKIES #23, luty/marzec 2005
powrót do D a s k o g r a f i i