powrót do D a s k o g r a f i i 

Przeniesienie

      Jakub Meizer to weteran ruchu. Przed wojną w KPP, okupację szczęśliwie przeżył w schowku za szafą, a zaraz gdy tylko skończyła się wojna PPR. Wlasciwie ciągłość w ruchu nieprzerwana bo i w schowku nie próżnował, zajmując się produkcją granatów dla bojowców. Prosty chłop, słabo piśmienny, analfabeta prawie, i tak sprzed wojny jeszcze parti oddany, przecież ani bezpieka ani stalinizm — nic dotąd jego wiary nie zachwiało.
      I po marcu specjalnie go nie szarpali. Może dlatego, ze szary z niego obywatel, magazynier w tutejszej spółdzielni krawieckiej, szeregowy partyjniak, nikogo nie kłul w oczy. Tyle że za magazyniera był i jeden krawiec, niejaki Walczak, chciał go z tego stanowiska wygryżć. Ale Walczak to pijaczyna i ciemniak. Nie umiał sposobem, a walił wprost. — No przeciez to Żydek, towarzysze, trza go buch!!! — wymowny ruch ręką — ... ja za niego mogę. Dam sobie radę, jak Boga kocham!!. — Tym działaniem wprost od razu się wyłożył. Tylko śmiech z niego. I tak Jakubek, jak go nazywali ludzie, uchował się szczęśliwie. A czystka duża i dokładna wtedy szła. Zwolnili dyrektora szpitala w tym miasteczku, dwóch instruktórow z powiatówki też wywalili, i tak dalej, i tak dalej. Wiadomej mniejszości dużo tu było. Zaraz po wojnie dość liczna grupą ze wschodu przybyli i tak dotąd siedzieli. Bóżniczka nawet była i rebe, śmieszny, brodaty. Rebego wytarmosili raz w parku jacyś chuligani. Jakubka jednak nie ruszali. No, tyle, ze uśmieszki, spojrzenia. Bo wyglad rzucajacy się w oczy raczej posiada. Zdarzaly się też głupie pytania.

      — A pan, panie Meizer, nie szykujesz się w daleką podróż? — pyta sasiad. Wtedy już wiadoma mniejszość z tego śląskiego miasteczka masowo zaczęła wyjeżdzać. Tylko sam rebe brodaty odgrażał się, że zostanie. Tak chodził wieczorami, coś mamrotał i wymachiwał rękoma, a dzieciaki przedrzeźniały go z ukrycia. Na takie pytanie Jakub Meizer tylko wzruszał ramionami. Albo siedzi kiedyś z krawcami przy kielichu i oni gadają. — No, wzięli się za naszych, szczypią ich za pejsy... — Spojrzeli na Meizera, ockneli się i trochę im wstyd. A Jakubek spokojnie: — Mówcie dalej, mówcie...
      Taki niepozorny, poważny, prawie nie śmiał się nigdy (może to z przeżyć: pierwszą żone i dzieciaka na oczach mu w gettcie rozwalili), milczek właściwie.

      Raz coś go ruszyło i wybrał się poodwiedzać swoich w miasteczku. Ale mało kogo juz zastał. Powyjeżdzali. A inni już na walizkach siedzą. Zastał jeszcze Abrama Lublinera, powroźniczego mistrza, rowieśnika i znajomka sprzed wojny. Też na walizkach.

      — Wyjeżdzasz? — zapytal Jakubek
      — A co? — odparł powroźnik. Popatrzył z naganą na Jakubka i dodał — Ty komunistyczna zakuta pało!!.

      Jakub Meizer westchnął ciężko.

      — Dlaczego obrażasz? — powiedział po długiej chwili.
      Pożegnali się jednak bez złości, nawet wycałowali się z dubeltówki.

      Aż przyszedł taki czas, że prawie nikogo z wiadomej mniejszości nie pozostało i żona Jakuba wieczorami powtarzała monotonnym, śpiewnym głosem: — Wszyscy już powyjeżdzali. Sami jak na pustyni zostaniemy. I potem gwiazdy nam przyczepią, zamkną gdzieś. — Miała zaszczute, błędne oczy.
      Ona z powodu wojennych przeżyć trochę słaba na głowę.
      Czasem podbiegała do niego, chwytała za ręce i mówiła czule: — Nu Jakubek, nu!!! — A czasem wyklinała go straszliwie, miotała z oczu błyskawice, i syczała: — Jeszcze z twoim wyglądem! Z tym nochalem! Z tymi kudłami! — Podbiegała do lustra. — Bo ja to przetrzymam — wskazywała triumfująco odbicie swojej twarzy w lustrze.
      Była pyzata, o włosach blond i prostych, tylko oczy wielkie wyłupiaste, w sumie nie w typie jednak.
      Słuchał Jakubek i milczał. Czasem popijał, ale powściągliwie, ćwiartkę na wieczór, nie więcej.

      Aż Jakub Meizer też się zdecydował. Wziął zwolnienie z roboty, nałożył czarny garnitur i pojechał z roześmianą żoną do Warszawy odpowiednie papiery wypełnić i podpisać. Po powrocie zabrał się raźno do pakowania. Sam zbijał skrzynię na meble, mościł trocinami kosze z zastawą stołową, a jego żona wietrzyła i trzepała ubrania wyśpiewując wesoło spiewki w ichnim języku czyli w jidisz. I gdy mieszkanie wyglądało jak opustoszały biwak, Jakubek znów nałożył czarne ubranie i wybrał się do partyjnego komitetu w miasteczku. Sekretarz przyjął go nad wyraz serdecznie. Krzesło podsuwa, papierowsami częstuje. Ale Jakubek nie chciał siadać, a papierosów nie palił.

      — Ja tylko na chwilę — powiedzial.
      — Co takiego, towarzyszu? — pyta sekretarz i usmiecha się jeszcze życzliwiej.
      — Ja w sprawie partyjnego przeniesienia — powiedział Jakubek.
      — Zmieniacie robotę — zdziwił się sekretarz — źle wam w spółdzielni?

      Jakubek pokręcił przecząco głową.

      — Wyjeżdzam.
      — Gdzie? — zdziwił się znów sekretarz.
      — Znaczy się do siebie — powiedział powoli Jakubek. — I przeniesienie partyjne potrzebuję.
      — Co? — wykrztusił sekretarz i tak już pozostał z rozchylonymi ustami.
      — Przeniesienia partyjnego potrzebuję — powtórzył Jakubek. — Znaczy do partii bratnej, komunistycznej w Izraelu — dodał wyjaśniająco, widząc głupawą minę sekretarza.

      Opamietał się wreszcie sekretarz i podniósł zza biurka.
      — Co wy tu!!. żarty sobie!!... — zaczął groźnie.
      Ale Jakubek przerwał mu niecierpliwie.
      — No to kiedy po te przeniesienie mam przyjść, znaczy papier odpowiedni z pieczęcią... Bo czasu mało.
      Sekretarza opuściła złość i wróciło poprzednie zdziwienie.
      — Powiadomię was o tym — wybąkał po długiej pauzie.
      I sprawa jest dalej otwarta. Przekazał sekretarz do komitetu powiatowego, powiatówka do wojewódzkiego, z wojewódzkiego chyba jeszcze wyżej poszło.

      Jakub Meizer niedługo wyjeżdza. Cały swój dobytek w skrzyniach trzyma, a resztę wyprzedaje za psie pieniądze.
      Legitymacji partyjnej jeszcze nie oddał.
      — I nie oddam — powiedział krawcom ze spółdzielni przy pożegnalnym kielichu — ... bom z bratniej partii do bratniej przechodzę.
      I nie wiadomo czy Jakub Meizer żartował z nich czy myślał poważnie.

Seweryn KWARC         
KULTURA, Paryż, Nr 3/270 (Marzec) 1970, s. 30-32.        

powrót do D a s k o g r a f i i