Epistochronologia  •  EgoTurfSurf  •  Daskografia  •  Wczesniej : Styczen 1998

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 1 Feb 1999 12:25:32 -0500 (EST)
From: Jurek Krzystek <jurek@xxxxxxxx.xxxxxx.xxx.edu>
Subject: Re: [ExL] Turowicz a Kisiel

On Mon, 1 Feb 1999, Jerzy Karczmarczuk wrote:

JK>    Sporo innych luk, trudno, nekreolog to nie jest
JK>    biografia. Pamietacie jak sie Walesa paskudnie
JK>    zachowal wobec Turowicza? Spora czesc polity-
JK>    kierstwa, od Dobrych Polakow, jak Lechu, az po
JK>    Prawdziwych Polakow (nazwisk wole nie wymieniac)
JK>    jezdzila po Turowiczu jak po chlopcu do bicia.
JK>    Stary Kisiel, ktory -*moim zdaniem*- na stare
JK>    lata po prostu dostal bzika - rozstal sie z TP
JK>    z wielkim hukiem ; chyba to byla jedna z naj-
JK>    glupszych rzeczy jaka mogl zrobic...

W sprawie Kisiel-Turowicz, wydaje sie mi, ze bylo troche inaczej:

Przeczytalem (raczej slizgajac sie po powierzchni) 700+stronicowy Dziennik Kisiela. Juz na samym poczatku zaczynaja sie ataki na Turowicza, pod haslem "Turowicz zwariowal" i gorzej. Chodzilo o to, ze T. smial krytykowac niektore stanowiska hierarchii KK, wlaczajac w to kardynala Wyszynskiego, zgodnie ze swoja wizja "Kosciola otwartego". "Turowicz rozbija Kosciol!" -- grzmi Kisiel. Ksiazke mam w domu, wiec nie sa to cytaty dokladne, ale chyba prawie.

W tym samym czasie Kisiel utrzymywal sie glownie z felietonow w TP. Trzeba mu przyznac, ze zachowal sie przyzwoicie o tyle, ze nie gryzl karmiacej go reki publicznie, tylko na kartach dziennika. Po roku 1989 nie trzeba sie juz bylo kryc, mozna bylo wyprac brudy wobec wszystkich, co tez sie i stalo. Wygladalo to istotnie, ze starszemu panu odbilo, ale jak wynika z Dziennikow, odbijalo mu przez 20 i wiecej lat.

O Dziennikach Kisiela nie napisalby kto inny? Henryk?

Jurek K.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 1 Feb 1999 15:30:21 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@TOTAL.NET>
Subject: [ExL] Nekrolog na wyrost

Jurek Krzystek:

> zlosliwi twierdza, ze dzial dokumentacji NYT
> ma przygotowane nekrologi wszystkich potencjalnych
> kandydatow. W odpowiednim momencie sa one tylko
> szybko sprawdzane, uaktualniane jesli trzeba
> i juz... Sprawdzilem w archiwum, ze Michael T.
> Kaufman jest glownym specjalista od tego wlasnie.

Nie zlosliwi, to prawda, nie tylko w NYT. To sie nazywa "obituary desk". Edwin Diamond w monografii NYT pisze o tym "a gulag colder and more demeaning" niz nawet dzial miejski, nie cieszacy sie w gazecie specjalnym szacunkiem. Pamietam, ze Kaufman przed paru laty byl wlasnie w dziale miejskim - jesli teraz pisze nekrologi, to znaczy, ze dostal nastepne 25 lat...

To ciekawe, bo polscy korespondenci Timesa potrafia robic wielkie kariery. W latach 50-tych w Warszawie byli Flora Lewis i jej maz, Sydney Gruson. Flora zostala jedna z najbardziej cenionych komentatorek politycznych. Abe Rosenthal, ekspulsowany w grudniu 1959, dostal Pulitzera za korespondencje z Polski, a potem przez wiele lat byl naczelnym NYT. Nie pamietam, kiedy wywalili Davida Halberstama, ale chyba w 1965. Zdaje sie, ze Pulitzera za Polske dostal tez John Darnton. A biednemu Kaufmanowi nawet to nie pomoglo.

Henryk D.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 1 Feb 1999 18:39:47 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@TOTAL.NET>
Subject: Re: [ExL] Turowicz

Musze przyznac, ze Dzienniki przejrzalem raczej niz przeczytalem, a od Kisiela specjalista nie jestem. W latach 60-tych TP czytywalem rzadko, a potem wyjechalem. W 1967 przeczytalem pierwsza powiesc, jaka pod pseudonimem Tomasz Stalinski wydal u Giedroycia, "Widziane z gory". Traktowala o losach aparatczyka Henryka Borowicza, wzorowanego na Arturze Starewiczu, sekretarzu KC od prasy, cieszacym sie opinia kobieciarza.

Spodziewalem sie smakowitej towarzyskiej pornografii z zycia sfer, cos w rodzaju roman a clef Tyrmanda "Zycie towarzyskie i uczuciowe". Zawiodlem sie okrutnie, bo Kisiel pioro mial rownie niedbale jak wyglad, walil cale strony nie tylko bez dialogu, ale nawet bez akapitow, a sceny erotyczne, mimo nader obiecujacej sytuacji (tow. B. zyje z siedemnastolatka z liceum prowadzonego przez siostry zakonne) toporne byly jak w filmach radzieckich i odrazajaco aseksualne. Jednym slowem - zmarnowana szansa. Stracilem serce do Kisiela (pisarza, bo do postaci oczywiscie mialem nabozenstwo za odwage i niezaleznosc).

Kisielewski mieszkal w dziwnym miejscu, na Szucha 16, tuz przy Placu na Rozdrozu, w jednym z lepszych starych budynkow warszawskich, o krok od Alei Ujazdowskich, Agrykoli i Lazienek, naprzeciw Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Mieszkania byly tam obszerne, widne, z wejsciem od frontu i od kuchni i garazami na podworku. W czasie wojny mieszkali tam gestapowcy.

Pisze "w dziwnym miejscu", bo budynek byl calkowicie w gestii KC, lokowano tam niemal wylacznie tzw "swoich ludzi". Zdaje sie, ze Starewicz tam wlasnie mieszkal; wiem na pewno, ze mieszkal dzialacz chlopski i poeta Jozef Ozga-Michalski, wydawca i redaktor Jerzy Baumritter, wiceprezes Rady Panstwa Zygmunt Moskwa, sekretarz Komitetu Warszawskiego w pazdzierniku 56, Stefan Staszewski, i sekretarz partii w Poznaniu w czerwcu tegoz roku, Ludomir Stasiak. Mieszkal zastepca naczelnego partyjnego miesiecznika "Nowe Drogi", Jozef Kaplinski, i wieloletni ambasador w Londynie, Waszyngtonie i ONZ, Jerzy Michalowski. Jednym slowem byl to dom najwyzszej nomenklatury, a jego adres cieszyl sie w owych kregach rownym prestizem, co Park Avenue w Nowym Jorku, czy Avenue d'Iena w paryskiej szesnastce. Mieszkanie Kisielewskich, o ile dobrze pamietam, bylo na najwyzszym pietrze (winda dzialala), a wiec najlepsze wsrod najlepszych.

Nie potrafie sobie wyobrazic, jakimi kanalami Kisiel (nawet jako posel) sobie taki skarb u komunistycznych wladz zalatwil.

Henryk

To: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Date: Tue, 2 Feb 1999 13:59:00 +0100
From: ____Textpert Alert____ <ianf@xxxxxx.se>
Subject: Re: Hlasko

HD>    To ciekawe, Luc, jestem od Ciebie starszy
HD>    o ledwie dwa lata, a dla mojego srodowiska
HD>    (i nie tylko) wspolczesna literatura polska
HD>    stanowila punkt odniesienia. Hlaske czytano
HD>    u mnie w szkole [...]

Henryku,

to jest w duzej mierze kwestia srodowiskowa, a nie generacyjna. Po prostu urodzilem sie i wychowalem w takich warunkach, gdzie nie istnialo pojecie wysilku intelektualnego, a co dopiero wymagan/ oczekiwan od mlodszego pokolenia. Jesli cokolwiek wtedy o swiecie wiedzialem, to poznawalem to przez pryzmat "Przekroju" i innych czasopism, jak "Architektura", ale —w tych najchlonniejszych mych latach— nie od rodzicow. Smutne to, ale prawdziwe.

Jedno dobre co mi sie przydarzylo, to ze na poczatku lat 60. moj ojciec kupowal mnostwo ksiazek do wysylki do przyjaciela z mlodosci ktory, zupelnie jak Gombrowicz 20 lat wczesniej, "wybral wolnosc" na inauguracyjnym rejsie "Chrobrego" do Brazylii [nie dam glowy o nazwe statku. Zszedl na lad jedynie z "Szarotka". Zawsze sie zastanawialem co sie z owa stalo... Bakelit prima (red. dyz.)]. Potem, ok. 1964 roku, byl tam kolejny pucz wojskowy, i zabroniono dalszego importu ksiazek nietechnicznych z krajow "komunistycznych", wiec to sie skonczylo.

Ale w miedzyczasie "zaliczylem" cale sterty wspolczesnej prozy, tak rodzimej, jak zachodniej, wlasnie wtedy ukazujacej sie na rynku, z ktora inaczej nie mialbym kontaktu. W tym tez takie unikalne [poprawa forma "unikatowe" (red. dyz.)] rzeczy, klejnoty literatury swiatowej writ large jak "Josie Kalb" Izraela Joshue Singera (tak, starszego brata tego grafomana; u nas w domu nie bylo zadnych ksiazek o tematyce zydowskiej, a Zydzi jako tacy wystepowali chyba tylko w dzielach zebranych Tuwima; bo na pewno nie w Grzesiuka "Pieciu latach kacetu". NB. Nie pamietam zadnej innej ksiazki o podobnej tematyce w naszym domu, nie bylem tez swiadomy tego, ze mojemu ojcu "przyszlo odwiedzic" Auschwitz w drodze do Dachau).

Co mnie wiec w wieku lat 18-u tknelo by zglosic sie do STS-u, i co sprawilo, ze nie zostalem tam natychmiast zdemaskowany jako skrajny ignorant, do dzis nie wiem. Moze umialem trzymac jezyk za zebami w imie slynnej zasady o milczeniu zlotem. Ale chyba nie, bo pamietam ze popelnilem jakis wierszyk, ktory sie wszystkim podobal, bo jego refren szedl cos tak: "czy pozytywka dziejowa moze grac negatywnie".

U nasz na Grochowie bowiem, nawet w kolku teatralnym, po prostu o zadnej wspolczesnej literaturze, a co dopiero Hlasce, sie nie mowilo. A jesli juz, to raczej o S-F, np. malo znanych przedwojennych (i wczesniejszych) ksiazkach typu "Na srebrnym globie" ojca Zulawskiego, ktora rowniez wtedy przeczytalem. Wiem ze to trylogia, ale czytalem chyba tylko jeden tom, i do dzis pamietam tylko scene zaplodnienia Ziemianki przez dotyk jakichs "macek" wysunietych przez tego Ufoludka spod ramion. Zawsze mialem sklonnosci do zapamietywania tego co najwazniejsze. ;-))

Apropos Zulawskiego od Ciebie, "W oczach tygrysa": szczerze probowalem przezen przebrnac... nie dalem rady. Przeczytalem kilkanascie stron na poczatku, potem tu i owdzie po akapicie. Dla mnie belkot, bo zbyt gesta to proza, zbyt napackana imionami, nazwami, miejscami, fakcikami, zeby moc nad tym reflektowac. Jesli to jest przyklad jakiegos specyficznego gatunku literackiego, to nie poznaje sie na nim, sorry. Tak sprawy stoja; a ksiazke podarowalem Moszkowiczowi, ktory sie na nia rzucil, ale tez nie mogl przez nia przebrnac (wiem, "Moszkowicz" to nie zadna miarka glebi intelektualnej, ale z braku laku....)

HD>    Maslon napisal obrzydliwy tekst, a Gronski
HD>    ma w tym wypadku racje. Hlasko byl fenomenem
HD>    socjologicznym i o tym warto pisac. Ale oni
HD>    sie nienawidza, Maslon jest z druzyny Trznadla,
HD>    Kakolewskiego et consortes.

Co do Maslonia, mam na niego "oko" od czasu kiedy wydrukowal w Rzepie wywiad z Grynbergiem, zadajac mu pare parszywych pytan.

Masz racje, ze tekst o Hlasce dziwaczny, ale co zrobic jak taka jest teraz obowiazujaca "moda"? Dzieki za cynk o Kakolewskim; przeczytalem "Szukanie Beegera" (nie podobalo mi sie, nie widze w tym artyzmu); kazalem Moszkowiczowi tez przeczytac wlasnie z racji znajomosci terenu. Mowi, ze Stauberowa nakreslona dosc wiernie, ale irytowalo go ze Kakolewski wykreslil z opowiadania Magde i jego (bo to, co tam opisywal, dzialo sie przeciez rownolegle z ich "chodzeniem").

Ten K. to musi "lepszy charakter"; zreszta za kazdym razem jak konfrontuje sie z kims urodzonym w latach 30-tych, zwlaszcza "chlopakami z Powisla", ktorzy przezyli wojne jako nastolatki, to zastanawiam sie nad stopniem autentycznosci scen spotkan dzieci zydowskich i polskich w filmie Stanislawa Rozewicza "Swiadectwo urodzenia" (1960). Znajac okrucienstwo dzieci... (moja matka, ur. 1929 r. i wychowana pod Piotrkowem Trybunalskim, gdzie utworzono pierwsze getto w GG jeszcze w 39 roku, z cala pewnoscia byla wtedy antysemitka, ale nic o tym nie mowi) [tak daleko jak 10-letnie dziecko wychowane w okreslonych warunkach samo jest w stanie reflektowac nad tym aspektem rzeczy; acz, sadzac z pozniejszej "znajomosci", niewatpliwie ja to ukasilo. Takie uklady. (red. dyz., takze pierworodny w/w.)] 

HD>    Chcialem Ci te ministrowa rozszyfrowac, ale
HD>    skoro Cie nie interesuje...

Interesuje, interesuje, tyle ze nie mam wlasnego punktu odniesienia.

__L

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Tue, 2 Feb 1999 13:14:37 -0500 (EST)
From: Jurek Krzystek <jurek@xxxxxxxx.xxxxxx.xxx.edu>
Subject: [ExL] Turowicz a Kisiel

Nie lubie byc goloslownym, wiec wzialem wieczorem "Dzienniki" Kisiela (wyd. Iskry, Warszawa 1996) i przepisalem cokolwiek na chybil-trafil pare wzmianek o "Tygodniku Powszechnym" i jego Redaktorze. Swoje uwagi zostawilem na koniec, zeby nie uprzedzac faktow.

12 stycznia 1969 (s. 166)

  "Zebranie redakcyjne "Tygodnika" robi przykre wrazenie
  -- ci ludzie nie maja pojecia juz nie tylko o redago-
  waniu pisma, ale o roli, jaka zaprzepaszczaja: jedyny
  w Polsce tygodnik niemarsistowski, niezalezny, prywatny,
  teraz gdy tylu ludzi nie ma gdzie pisac, moglby odegrac
  olbrzymia role. Tymczasem jest to wciaz nudne,
  prowincjonalne pisemko. [...] Biedny glupi Jerzy --
  wpatrzony na Zachod, a tkwiacy na Wschodzie.
  A tymczasem "Tygodnik" rozlozyl -- niech go diabli!"

12 lutego (s. 184):

  "Pani Holynska, czyli ja, napisala do "Tygodnika"
  list otwarty przeciw ich wysublimowanej manii
  reformowania Kosciola i draznienia prymasa [...]
  Redakcja podobno nie chce tego listu zamiescic."

6 lutego 1970 (s. 337):

  "W "Tygodniku" wywiad Turowicza z przewodniczacym
  'Pax Romana' jakims tam Hiszpanem. Szlag mnie trafia,
  gdy czytam takie rzeczy. [...] 'Tygodnik' w istocie
  niczym sie nie rozni w tych sprawach od 'Argumentow.'"

14 lutego (s. 345):

  "Nie bardzo lubie "Tygodnik" z jego reformatorskimi
  maniami i ze zdezorientowanym Jerzym [...]"

25 lutego (s. 351):

  "Z Jerzym T. poklocilem sie okropnie -- oczywiscie
  o 'Tygodnik'. Doszlo do krzykow, trzasniecia drzwiami,
  niepozegnania sie niemal. [...] Jedyny prywatny tygodnik
  na 32 miliony ludzi, ktory, mimo cenzury, mialby szan-
  se zaznaczyc jakos, ze sa w tym kraju niemarksisci,
  ktorzy cos mysla i robia, stal sie, dzieki maniakalnemu
  skupieniu na sprawach reformy Kosciola, czyms niemal
  dywersyjnym wobec prymasa i rozbijajacym zaintereso-
  wanie katolicyzmem u wielu laickich srodowisk. (..)
  Do tego redagowany jest fatalnie [...]. Nie bede
  z nim [Turowiczem - jk] rozmawial w ogole, wlasciwie
  od dziesieciu lat toczymy ten dialog gluchych na temat
  nieszczesnego pisma. Ludzie na starosc wyrodnieja,
  degeneruja sie -- moze ja, moze on? Ja uwazam, ze
  on. To juz obcy mi czlowiek."

-----------
Dobrze, teraz ja sam. Pisze Henryk w dzisiejszym liscie:
HD>    Stracilem serce do Kisiela (pisarza, bo do
HD>    postaci oczywiscie mialem nabozenstwo za
HD>    odwage i niezaleznosc).

Wielu z nas mialo dla Kisiela szacunek (jesli nie nabozenstwo) z tych samych powodow. Ale tak to chyba jest, ze naprawde dopiero smierc pozwala na ocene w miare rzetelna i racjonalna. Kisiel i Turowicz to byly postacie porownywalnego kalibru — tak sie wydawalo. Po przeczytaniu "Dziennikow" tego pierwszego moge spokojnie stwierdzic, ze sie gleboko mylilem.

Skoro Henryk zrobil unik, to niech bedzie, sam napisze pare slow o Dziennikach i ich autorze. Niefachowo i skrotowo, ale w koncu to nie czasopismo literackie.

Wyziera z tego tomiszcza czlowiek prozny, megalomaniak wrecz, ktory widzi wszystkie zdzbla w cudzych oczach i nader rzadko zastanowi sie nad soba samym. Zarzucajac wszystkim wokol oportunizm, sam byl niemniejszym oportunista: jego opisy negocjacji, ktore przeprowadzal, najpierw przez posrednikow (Stomma), potem nawet na bezposredniej audiencji, z takimi tuzami intelektu jak Zenon Kliszko, sa zenujace. Zeby jeszcze nie zarzucal Turowiczowi i innym ich kompromisow! Ale jego kompromisy byly wlasciwe.

Byl odwazny, owszem. Ale z Dziennikow wynika, ze swoje wystapienie na zebraniu ZLP w 1968 traktowal jako wielki blad i lekkomyslnosc i wcale z "dyktatury ciemniakow" zbyt dumny nie byl, bo zbyt wiele go to kosztowalo. A mial temperament i ambicje polityka, nie literata czy tez muzyka, wiec niezwykle bolesnie odczul absolutny zakaz druku. Gdy w koncu, za Gierka, zakaz uchylono (pod wieloma warunkami), byl gotow niemal calowac w reke. Od tej pory byl traktowany przez Wiadome Wladze jako wentyl bezpieczenstwa, cokolwiek nieszkodliwy wariat, ktorego w razie czego bardzo szybko mozna bylo przywolac do porzadku. Ludzie sie podniecali jego felietonami, a jakze, ale przeslanialo to fakt, ze jakichs glebszych mysli bylo w nich niewiele — to juz bylem w stanie stwierdzic nawet na biezaco.

Pewnie to dosc okrutne co pisze powyzej i cokolwiek zatraca o "rozliczanie z przeszlosci", czego nie cierpie. Ale "Dzienniki" narobily w Polsce wiele halasu i zbyt wielu zatarlo z radosci rece, widzac, jak gleboki byl konflikt Kisiela z ogolnie pojetym "srodowiskiem Tygodnika", zeby nie poddac ich i autora pewnej krytycznej ocenie.

Jurek K.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Tue, 2 Feb 1999 17:18:36 -0500 (EST)
From: Jurek Krzystek <krzystek@xxxxxxxx.xxxxxx.xxx.edu>
Subject: [ExL] Spacerkiem po (nomenklaturowej) Warszawie

Henryk przedstawil nam niechcacy chyba, bo przy okazji Kisiela, imponujaca geografie polityczna Warszawy. Krakusom wszelkim, jesli obecni na liscie, adresy te niewiele powiedza, ale pobawmy sie w uzupelnienia i komentarze:

HD>    Kisielewski mieszkal w dziwnym miejscu, na Szucha 16,
HD>    tuz przy Placu na Rozdrozu, w jednym z lepszych starych
HD>    budynkow warszawskich, o krok od Alei Ujazdowskich,
HD>    Agrykoli i Lazienek, naprzeciw Ministerstwa Spraw
HD>    (...) Mieszkanie Kisielewskich, o ile dobrze pamietam,
HD>    bylo na najwyzszym pietrze (winda dzialala), a wiec
HD>    najlepsze wsrod najlepszych.

Bylem w tym mieszkaniu raz jeden, w roku 1973. "Starych" nie bylo w domu. Niewiele pamietam, ale potwierdzam, ze robilo wrazenie. Na tylach Alei I Armii Wojska Polskiego (tak sie nazywala wowczas Szucha), po jej drugiej stronie, bylo kino "Klub". Kino jak kino, o niewygodnych, drewnianych fotelach, ale pokazywalo panoramiczne, wiec lepsze filmy i czasem sie tam chodzilo. Po latach dowiedzialem sie, ze sluzylo wczesniej jako kantyna czy klub oficerski Gestapo z Szucha. Albowiem pomimo olbrzymich zniszczen przetrwalo w Warszawie calkiem sporo budynkow albo nietknietych, albo w stanie nadajacym sie do latwej i szybkiej odbudowy. Glownym powodem bylo to, ze zajmowali je do konca okupacji Niemcy. Zaraz po wojnie zostaly one czym predzej przejete przez odpowiednia komorke resortowa.

Byly to zaiste lokale imponujace w porownaniu z pozostalymi mieszkaniami warszawskimi, zwlaszcza nowszymi: srednia powierzchnia ca. 100 m^2, na ogol 5 pokoi, osobna sluzbowka i wejscie dla sluzby od strony podworzowej klatki schodowej. Bylo ich nie tak malo. W rejonie Placu na Rozdrozu: ulica Koszykowa -- piekne domy po prawej stronie idac w kierunku MDMu. W jednym z nich, zaraz obok Urzedu Paszportowego (dawniejsze UB), mieszkal np. marszalek Sejmu Czeslaw Wycech i minister przemyslu chemicznego R. Pomiedzy idaca ukosem Koszykowa, a Al. Ujazdowskimi szly dwie male uliczki: Aleja Roz i Aleja Przyjaciol. Na jednej z nich (chyba tej pierwszej) mieszkal Cyrankiewicz. Skrecamy teraz w Mokotowska: na rogu tej ulicy i Chopina byl znowu dom, jak sie to ladnie okreslalo, 'o podwyzszonym standardzie'. Mieszkal w nim przed awansem na przewodniczacego Rady Panstwa Henryk Jablonski. Jeszcze dalej idac Mokotowska w strone Placu Trzech Krzyzy po prawej stronie grupa domow nr. 46 i 46a. Tam np. mieszkal byly szef MSW z okresu pazdziernikowo- przejsciowego, Wicha, obok wdowy po zamordowanym przez UB w ramach sprawy 'odchylenia nacjonalistycznego' Aleksandrze K. Po drugiej stronie Placu Trzech Krzyzy, na tylach Alej Ujazdowskich, mala uliczka Frascati z pieknymi, przedwojennymi domami i willami. W jednej z nich rezydowal Gomulka.

Zawracajac Mokotowska przez Plac Zbawiciela w strone Polnej, po prawej stronie mala uliczka Jaworzynska. Tamze kolejna grupa luksusowych domow z lokatorami w randze co najmniej ambasadora, np. wieloletni ambasador na roznych placowkach w Afryce i Azji, "P".

A co w innych dzielnicach? Na bliskiej Ochocie, poprzeczna od Filtrowej mala uliczka Solariego, a przy niej dwa luksusowe, przedwojenne domy, z nierozparcelowanymi, 4- lub 5-pokojowymi mieszkaniami-cudami. W polowie lat 60-tych mieszkala tam glownie generalicja WP o niezaniedbywalnych zaslugach z lat poprzednich, chociazby 'gaz-rurka' Witaszewski, czy byly zastepca szefa nieslawnej Informacji, Kühl. Pozniej dolaczyli inni wazni generalowie, az gdzies okolo 1963 osiadl tam przybyly ze Szczecina Jaruzelski. Gdy zostal ministrem obrony, przy wejsciu zainstalowano wartownie i skonczyly sie gry i zabawy na tym podworku (wczesniej zdolali[s]my wybic Jaruzelskim okno pilka). Mieszkal tam do lat 70-tych, kiedy przeniosl sie do specjalnej willi na Mokotowie. Pamietam go (bo mieszkalem niedaleko, choc w mieszkaniu rownym mniej wiecej 1/3 powierzchni) spacerujacego czasem wieczorami bez obstawy, ale z okrutnie zle patrzacym i wyraznie wytresowanym policyjnie psem-wilczurem. Ambasadora Michalowskiego pamietam rowniez spacerujacego w tej samej okolicy z przepieknym seterem irlandzkim, a czasami rowniez z zona-Brytyjka, wiec w pewnym momencie musial sie przeniesc z Szucha do na Zimorowicza przy Filtrowej.

A, jeszcze byla Stara Kepa z pieknymi przedwojennymi willami. Tamze np. Mieczyslaw Rakowski, wieloletni redaktor naczelny Trybuny Ludu Jozef B. i co najmniej paru innych tuzow nomenklatury. I Mokotow, z pieknymi mieszkaniami wzdluz Pulawskiej, np. kolo Narbutta. Tamze marszalek Rola-Zymierski.

Pisze jeszcze Henryk:

HD>    Nie potrafie sobie wyobrazic, jakimi kanalami
HD>    Kisiel (nawet jako posel) sobie taki skarb
HD>    u komunistycznych wladz zalatwil.

Domyslam sie, ze w ramach kokietowania prominentnych intelektualistow. Nie wszyscy lokatorzy tych spec-mieszkan nalezeli do super-nomenklatury. Jedni zapewne dlatego, ze nalezeli kiedys, ale w miedzyczasie utracili laski (ale nie mieszkanie -- wladze byly pod tym wzgledem wyrozumiale). Inni w ramach kokietowania. Na Koszykowej mieszkal np. B. -- znany artysta plastyk, profesor ASP. W jednym z mieszkan na Jaworzynskiej (bodaj, ale na pewno w tym waskim rejonie) mieszkala i tam zmarla Maria Dabrowska. Z kolei w innym spec-domu, na ul. Chocimskiej na tylach kina Moskwa, w mieszkaniach moze juz ciut nizszego standardu, bo chyba 4-pokojowych, sasiadami byli dyrygent Witold Rowicki i profesor filozofii Wladyslaw T. Amb. Michalowski mial za sasiada Jana Parandowskiego. Wiec mnie mieszkanie Kisiela na dziwi.

Jurek K.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Wed, 3 Feb 1999 19:05:07 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@TOTAL.NET>
Subject: Re: [ExL] Spacerkiem po (nomenklaturowej) Warszawie

Chyle czola przed wiedza Jurka, znakomicie zorientowanego w tajnikach przydzialu metrazu z puli premiera. Plan stolicy z zaznaczonymi skupiskami mieszkan nomenklaturowej wierchuszki stanowilby ciekawa glosse do badan nad kultura i obyczajowoscia komunizmu [Czy jest wsrod nas ktos kompetentny/a, mogacy/a to wykonac pretty please? (red. dyz.)] Jurek trafnie identyfikuje wiekszosc tych enklaw; istotnie, w Warszawie zachowalo sie sporo przedwojennych lokali, stanowiacych do konca lat 60-tych obiekt najwiekszych marzen (pozniejsza nomenklatura, pochodzaca z tzw. "inwazji pluskiew", pozadala juz willi i daczy) dobrze ustawionej warstwy sredniej.

Pisze "warstwy sredniej", bo wykraczalo to znacznie poza tzw. aparat. Na podstawie dzisiejszych lektur przybyszowi z zewnatrz, nieznajacemu realiow polwiecza komunizmu, zdawac by sie moglo, ze niemal caly narod konspirowal antyrezimowo i stal z bronia u nogi. Prawda nie jest az tak optymistyczna, albowiem jednym z nielicznych sukcesow komunizmu bylo wytworzenie calego wachlarza postaw symbiotycznych. Stosunek Polakow do realnego socjalizmu, takze i w sferze ideologicznej, byl, przynajmniej do konca lat 60-tych, ambiwalentny. Mimo niezaprzeczalnych horrorow stalinizmu pazdziernik 56 okazal sie rewolucja blizsza komunizmowi niz antykomunizmowi. Nawet w dwanascie lat pozniej, w marcu 68, retoryka studencka tez nawolywala raczej do naprawy komunizmu niz do wolnej Polski. Oczywiscie w 1968 za takie hasla poszloby sie na dlugo do wiezienia, co jednak jest wytlumaczeniem tylko czesciowym, albowiem pojawialy sie rzadko nawet w ulotkach. Potwierdza to bogata dokumentacja marca.

Mieszkania dla nomenklatury w sensie najszerszym stanowily zmore odpowiednich wydzialow. W Warszawie istnialy setki, a moze nawet tysiace instytucji, ktorych szefostwo, wiceszefostwo i wice-wiceszefostwo domagalo sie specjalnego, lepszego zakwaterowania w "starym budownictwie". Luksus, o jakim pisze Jurek, byl pojeciem wzglednym. Miezkan prawdziwie luksusowych nawet przed wojna w Warszawie bylo malo, a zachowalo sie bardzo niewiele. Po wojnie chodzilo juz tylko (za wyjatkiem enklaw rzeczywiscie mikroskopijnych) o normalny, mieszczanski standart, z nie calkiem wytlumaczalnych powodow nieosiagalny w socjalistycznym budownictwie, o mieszkania trzy-, a nawet dwupokojowe - ale przedwojenne. Wladze musialy zapewnic wiele tysiecy lokali kierownictwu ministerstw i urzedow centralnych, dyrektorom i wicedyrektorom departamentow, szefostwu Ligi Kobiet i Towarzystwa Szkoly Swieckiej, profesorom PAN-u i zastepcy naczelnego tygodnika "Za wolnosc i lud", dyrektorowi Teatru Wspolczesnego i zasluzonemu tlumaczowi z jezyka czeskiego, wiceprezesowi archiwow panstwowych i bylemu sekretarzowi ambasady w Tiranie. Wszyscy ci ludzie mieli wplywy i znajomosci i nie moge sobie wyobrazic jak min. Wieczorek, szef gabinetu premiera, ktory zajmowal sie przydzialem lokali, a takze samochodow i skuterow z Targow Poznanskich, potrafil ten zywiol opanowac.

Jak slusznie zauwazyl Jurek, problem nie konczyl sie na tym - panstwo zazwyczaj nie wyrzucalo na bruk nawet tych, ktorzy znalezli sie w nielasce. Minister Bezpieczenstwa, Stanislaw Radkiewicz, zajmowal w latach 50-tych bardzo piekne mieszkanie na Klonowej, nieopodal Belwederu, a takze wille w Konstancinie. Kiedy go odsunieto, musial sie wyprowadzic - ale dostal w zamian obszerny lokal w Alei Przyjaciol, ekskluzywnym zaulku na tylach Ministerstwa Sprawiedliwosc, poprzednio Urzedu Bezpieczenstwa. Eksprominent po utracie teki nie tracil dachu nad glowa (wyjatkiem byl Jakub Berman, ktoremu chyba jako symbolowi dano marne mieszkanie w nowym, gomulkowskim budynku na tylach PAST-y) . Nie wykwaterowywano tez na ogol (wylaczywszy budynki w gestii wojska) ludzi, ktorzy po wojnie wrocili do swoich dawnych, dobrych mieszkan, choc z wladza nie mieli nic wspolnego. Spedzilem wczesne dziecinstwo w nomenklaturowym budynku niedaleko Lazienek i pamietam wielu sasiadow calkowicie i jednoznacznie obcych klasowo.

Byl to istotnie zywiol, bo z jakichs powodow realny socjalizm nie wprowadzil carskiego i KuK systemu stopni i klas. Oczywista, ze sekretarz KC od propagandy dostawal mieszkanie wzdluz Osi Ujazdowskiej; ale czy redaktor miesiecznika "Dialog" bil ranga wiceprezesa ZUS-u? Dlaczego jeden wiceminister przemyslu chemicznego zajmowal z zona, gosposia i dwiema corkami dwa pokoje - a drugi wiceminister tego samego resortu mieszkal na Frascati o pietro pod Gomulka?

W taka luke, mysle, wcisnal sie Kisiel, czlowiek rzutki i obrotny. Mysle o nim troche inaczej niz Jurek, tzn. nigdy nie uwazalem go za postac porownywalna z Turowiczem. Wydawal mi sie zawsze publicystycznym gzem, czyms na zawodowa (nie moralna) miare Passenta czy KTT. Nie pamietal, zeby pretendowal do miana autorytetu moralnego, zdawal mi sie raczej pragmatykiem, a to w komunizmie nieuchronnie zmuszalo do kompromisow, a moze nawet wiecej - do swoistego oportunizmu. Wiedzialem, ze byl poslem, nie wiedzialem, ze mial ambicje polityka. "Znak" byl zawsze instytucja o znacznej randze moralnej, glownie dzieki Zawieyskiemu i Stommie, Kisiel robil tam, w mojej ocenie, bardziej za Stanczyka. Byl czlowiekiem odwaznym w czasach kiedy innym, w tym i mnie, odwagi braklo, i za te odwage mam dla niego niezmierny szacunek, pomimo tego, co w "Dziennikach" napisal. Ale do jego moralnosci mam zastrzezenia. Tak, lubil ocierac sie o wladze, jak zreszta wielu ze srodowiska tzw. inteligencji tworczej. Kliszke widzial zapewne inaczej (i nie on jeden) na spacerze w Alejach i inaczej na pierwszomajowej trybunie. To dla Turowicza, czlowieka pryncypialnego i gleboko moralnego, byloby nie do przelkniecia. Innymi slowy - w przeciwienstwie do Jurka nie oczekiwalem innego Kisiela niz tego z "Dziennikow".

I juz na koniec - Jurek pisze, ze komunizm uwodzil przywilejami srodowiska tworcze. To bezsprzeczna prawda, ale nie uwodzil tworcow kisielowej rangi i autoramentu. Parandowski, Dabrowska, Tatarkiewicz czy Rowicki - to byl zupelnie inny kaliber, laureaci nagrod i zaszczytow panstwowych, z uprawnieniami do lecznicy rzadowej, specjalnych sanatoriow i pochowku w mundurze sztygara. Nie, Kisiela nikt tym mieszkaniem nie usilowal przekupic - on sobie to w jakichs antyszambrach sam wydeptal.

Henryk D.

To: FORUM@SMULTRON.XXXX.XXXXXXX.SE
Date:        Tue, 9 Feb 1999 09:54:47 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@TOTAL.NET>
Subject:      Ballada o brydzu

Czy ktos pamieta brydzowa ballade, ktora w polowie lat 60-tych spiewal chyba Edward Lubaszenko? Byla to historia deszczowego, niedzielnego popoludnia w miasteczku, gdzie do brydza zbierala sie piatka: "aptekarz, doktor, mecenas, ksiadz i strazacki naczelnik". Kiedy siadaja do kart, dowiaduja sie, ze ktos zachorowal. Pierwszy wybiega doktor, nastepnie aptekarz, zeby przygotowac recepte. Kiedy aptekarz wraca (pamietam tylko luzne urywki):

- Kto pana prosil, bez asa?
Aptekarz siadl do stolika
I karty wzial mecenasa...

wychodzi mecenas, aby spisac testament... Ta dluga i inteligentna piosenka konczyla sie slowami "w taka deszczowa niedziele najlepiej grywa sie w pieciu..."

Ciagnie sie to za mna od lat. Pytalem roznych specjalistow od kabaretu, m.in. Pietrzaka i Gronskiego, ale twierdza, ze sbie to wymyslilem. Nie wymyslilem. Czy ktos pamieta? Natan, Stefan, Edek H.?

Henryk

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Tue, 9 Feb 1999 13:37:00 -0500 (EST)
From: Jurek Krzystek <krzystek@xxxxxxxx.xxxxxx.xxx.edu>
Subject: [ExL] Wiecej o nomenklaturze

Pisze Henryk:

HD>    Byl to istotnie zywiol, bo z jakichs powodow
HD>    realny socjalizm nie wprowadzil carskiego
HD>    i KuK systemu stopni i klas.

Moze nie calkiem zywiol, choc tez nie byl to system tak uporzadkowany jak w Rosji czy Austrii.

Przede wszystkim byl aparat i nomenklatura, a pojecia te, choc potocznie uzywane przemiennie, znaczyly co innego. Aparat to byli wylacznie funkcyjni partyjni. Nomenklatura byla to (poufna) lista stanowisk panstwowych, ktorych objecie wymagalo zgody wydzialu kadr odpowiedniego komitetu partii. W nomenklaturze mogli byc -- i byli -- bezpartyjni, im nizej, tym wiecej. Gdy raz sie trafilo na liste nomenklaturowa, pozostawalo sie juz na niej do konca zycia (ew. systemu), chyba ze w miedzyczasie nastapilo jakies male trzesienie ziemi w rodzaju Pazdziernika czy szczegolnie Marca.

Nomenklatura posiadala swoje wewnetrzne calkiem formalne zroznicowanie, a to w zaleznosci od szczebla komitetu, ktory zatwierdzal dana nominacje. Pozycje typu redaktor naczelny jakiejs mniej waznej gazety (bo nie Trybuny Ludu czy Polityki -- patrz nizej), dyrektor zjednoczenia, wydawnictwa, czy instytutu naukowego PANu -- to byla nomenklatura centralna, zalezna od KC. Ponizej szla nomenklatura szczebla sredniego, zalezna od odpowiedniego wydzialu wojewodzkiego, a na koncu nomenklatura lokalna na szczeblu powiatu (dopoki powiatow nie zlikwidowano) czy dzielnicy. W sumie nomenklatura obejmowala wiekszosc stanowisk kierowniczych w ogolnie pojetej administracji i przemysle. Im nizej, tym wiecej na tych stanowiskach bylo bezpartyjnych, zawsze jednak pod nieodmiennym warunkiem akceptacji przez odpowiedniego szczebla komitet.

Nad tym wszystkim stala super-nomenklatura, o ktorej zaczal wspominac Henryk, a ja kontynuowalem. To byl szczebel ministerialno-sekretarsko-ambasadorsko-redaktorski (Trybuna, Polityka). Mieszkania, o ktorych byla mowa, nalezaly sie im wlasnie. Bo juz 'zwykla' nomenklatura centralna mieszkala duzo skromniej, choc istotnie byly zawsze odstepstwa od reguly, w obie strony zreszta. Wiec pewien porzadek jednak w tym byl.

Urzad ministra Wieczorka 'obslugiwal' bezposrednio jedynie 'supernomenklature'. Jesli ktos z nomenklatury nizszego szczebla chcial dostac np. przydzial na samochod z 'puli Prezesa RM', to musial miec chody specjalne, bo automatycznie mu sie to nie nalezalo. Z dosc wczesnych lat 60-tych pamietam takie przypadki, ze mozna bylo kupic nawet samochod zachodniej marki, oficjalnie do Polski nie importowany, za zupelnie sztuczna cene wynikajaca ze z sufitu wzietego przelicznika. Ale to wymagalo juz 'super- dojscia'.

Niezaleznie od mieszkan czy samochodow jednym z najwazniejszych przywilejow supernomenklatury byly sklepy specjalne, prowadzone przez takie dziwne Przedsiebiorstwo Panstwowe "Konsumy". Dawniej nazywane 'sklepami za zoltymi firankami' przetrwaly do konca systemu, bo przeciez niepodobienstwem bylo, aby ktos z super-nomenklatury, lub znacznie czesciej jego szofer czy sluzaca, szedl do kolejki z kartka w garsci.

Kolejnym przywilejem byly miejsca wypoczynku. Charakterystycznym objawem przynaleznosci do supernomenklatury bylo prawo do korzystania z 'domow wypoczynkowych URMu'. Jeden taki, dosc znany, byl w Zakopanem na Antalowce. No, byl to niezly luksus jak na lata 70-te. Nomenklatura nizszych szczebli zdana byla na osrodki tzw. 'resortowe': jedne lepsze, drugie gorsze, ale w ogolnosci nie dorastajace do piet Antalowce czy podobnym domom.

Powyzsze spostrzezenia i reminiscencje dotycza poznych lat 60- tych do konca 80-tych. Nie dotycza tez zupelnie osobnych siatek przywilejow zorganizowanych przez MSWMON. Co bylo wczesniej, nie pamietam. Warto by rzeczywiscie to wszystko opisac, chocby zeby pamiec o tym systemie nie przepadla.

Jurek

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Thu, 11 Feb 1999 19:46:50 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Wiecej o nomenklaturze (bardzo dlugie)

Jurek, o nomenklaturze, z niezaprzeczalna znajomoscia tematu:

JK>    Warto by rzeczywiscie to wszystko opisac,
JK>    chocby zeby pamiec o tym systemie nie przepadla.

Obawy chyba nie ma, ale sluze wlasna pamiecia.

JK>    Nad tym wszystkim stala super-nomenklatura,
JK>    o ktorej zaczal wspominac Henryk, a ja kon-
JK>    tynuowalem. To byl szczebel ministerialno-
JK>    sekretarsko-ambasadorsko-redaktorski (Trybuna,
JK>    Polityka). Mieszkania, o ktorych byla mowa,
JK>    nalezaly sie im wlasnie. Bo juz 'zwykla' nomen-
JK>    klatura centralna mieszkala duzo skromniej,
JK>    choc istotnie byly zawsze odstepstwa od reguly,
JK>    w obie strony zreszta. Wiec pewien porzadek
JK>    jednak w tym byl.
JK>    Urzad ministra Wieczorka 'obslugiwal'
JK>    bezposrednio jedynie 'supernomenklature'.

Niezupelnie. W innych demoludach, a szczegolnie w ZSRR, hierarchii przestrzegano znacznie scislej. Trudno mi pisac o formalnych zasadach dzialania przywilejow, bo nie znam dokumentow, choc takowe musialy byc. Opieram sie wiec raczej na obserwacji.

O mieszkaniach supernomenklatury. Mozliwe, ze urzad szefa gabinetu premiera mial sie zajmowac tylko ta waska, wybrana grupa. Rzeczywistosc wygladala troche inaczej i nie calkiem wiem, jak to funkcjonowalo. Najladniejsze mieszkanie, jakie kiedykolwiek w Warszawie widzialem, znajdowalo sie w opisywanym przez Jurka domu na rogu Koszykowej i Alei Przyjaciol, gdzie mieszkal m.in. owczesny marszalek sejmu, Czeslaw Wycech. W tym samym budynku pamietam dwupoziomowe mieszkanie, z pieknym tarasem na kazdym poziomie, obszernymi lazienkami, wejsciem frontowym i kuchennym na obu pietrach, plus dodatkowymi schodkami wewnatrz mieszkania. Wygladalo jak dobry, nowojorski duplex, musialo miec dobrze ponad 200 m.kw.

W tym naprawde wyjatkowo pieknym mieszkaniu, gdzie z kazdego z frontowych pokoi na obu pietrach mozna bylo wyjsc na taras, mieszkal czlonek nomenklatury, ale daleko nie nie wiecej niz sredniej. Po wojnie byl szefem kadr wydawnictwa Czytelnik, nastepnie dyrektorem departamentu kultury w MSZ-cie, wreszcie sekretarzem poselstwa w malo waznej Turcji. W tym samym budynku mieszkania ludzi stojacych o cale pietra wyzej w hierarchii panstwa i partii byly bez porownania gorsze. Wszystkie mieszkania w budynku byly wydzielone i przechodzily przez urzad min. Wieczorka.

Wczesne dziecinstwo spedzilem na Dolnym Mokotowie, blisko Lazienek. Mieszkalismy w niewielkim budynku w osiedlu z lat 30-tych, troche Bauhaus, troche Syrkusowie. Dziwne to bylo, bo pod kuchnia palono weglem, byly tez i weglowe piece, chociaz osiedle mialo rowniez centralne i wlasna kotlownie, a dwa razy w tygodniu dawali goraca wode. Z czasem, chyba w polowie lat 50-tych, doprowadzono gaz, wstawiono nowa kuchenke, wyrzucono piece. Nasze mieszkanie, na parterze i bez balkonu, mialo dwa duze, choc raczej ciemne pokoje i chyba jakies 65 m.kw. W mieszkaniu identycznym do naszego mieszkal wiceminister chemii, a obok - moja nauczycielka ze szkoly podstawowej z mezem, kierownikiem jakiejs fabryczki przetworstwa zywnosciowego, oboje bezpartyjni. Naprzeciw, w trzech pokojach, mieszkal z zona i trojka dzieci wiceminister przemyslu ciezkiego i pozniejszy wicepremier, Franciszek Kaim, a nad nim, w identycznym lokalu - dwoje starszych, religijnych ludzi, zdecydowanie nieprzychylnych wobec pogodnie stalinowskiej atmosfery mojego dziecinstwa.

W sasiedniej klatce mieszkal Stefan Jedrychowski. Mial dwoje starszych ode mnie dzieci (wychowywalem sie sam), o jeden pokoj od nas wiecej i nieduzy balkon, z ktorego widac bylo nie Lazienki, ale podworko i okna wojskowego budynku naprzeciwko. Jedrychowski byl polityczna potega, w samym centrum elity wladzy, wspoltworca kosciuszkowcow i dzialaczem komunistycznym w ZSRR podczas wojny, potem wicepremierem, czlonkiem i sekretarzem KC, a od roku 1956 w Biurze Politycznym (wyprowadzili sie chyba w 1958). Mieszkanie mieli, jak na takie stanowisko i mozliwosci, dalece niespecjalne. Nad nimi, w identycznym lokalu, mieszkal jakis naukowiec z corka chora na syndrom Downa, a pietro nizej - pianista Wladyslaw Kedra, muzyk znany i ceniony, ale rezimowi malo przydatny i publicznie nierozpoznawalny. Jedrychowski byl czlowiekiem nie gardzacym przywilejem. Jezdzil Chevroletem, najpierw tzw. dyplomatka, a po pazdzierniku dostal ogromnego, skrzydlatego BelAir'a ze zlotymi detalami. Mial elegancka zone w kloszowym futrze z czarnych karakulow, zapinanym na jeden guzik pod szyja. Czesto wyjezdzali do osrodka Biura Politycznego w Lansku.

Kiedy Jedrychowscy sie wyprowadzili, ich mieszkanie zajal general i wiceminister spraw zagranicznych Marian Naszkowski, tez czlowiek wielkich wplywow (jego podwladnym byl ow sekretarz ambasady w Turcji w dwupoziomowym mieszkaniu na rogu Alei Przyjaciol, o ktorym pisalem powyzej). Mozna zatem zalozyc, ze Naszkowski przeprowadzil sie z mieszkania gorszego, czyli zapewne podobnego standartem do tego, w ktorym mieszkalismy my. Moj ojciec w hierarchii panstwowej i partyjnej byl, w porownaniu z Naszkowskim, nikim.

Wspomnialem pianiste Wladyslawa Kedre, sasiada Jedrychowskich. Dla porownania, Kazimierz Brandys, w latach 50-tych opoka stalinowskiej literatury, laureat nagrody panstwowej i szef sekcji prozy ZLP, zajmowal dwa male pokoiki na Starym Miescie. Krytyk Jan Kott, niewiele rozniacy sie owczesna ideologia i spoleczna ranga, mieszkal w Alei Roz, w mieszkaniu podobnym do tych, jakie zajmowali Cyrankiewicz czy wicepremier Eugeniusz Szyr.

To wszystko w Moskwie czy w Pradze byloby niemozliwe, albowiem w innych krajach komunistycznych rzeczywiscie dawano wedle rangi, wicepremier mial albo wille, albo pol tuzina pokoi, a czlonek Biura stala obstawe (Jedrychowski obstawy nie mial). Przy tym wszystko to szlo w Polsce przez urzad premiera, wiec ten sam Wieczorek przydzielil Naszkowskiemu, czlonkowi KC i wiceministrowi poteznego resortu, trzy pokoje w osiedlu, a ojcu mojej szkolnej kolezanki, chyba wiceprezesowi ZUS-u i czlowiekowi nic w skali hierarchii wladzy nieznaczacemu, 5 wspanialych pokoi w ekskluzywnej Alei Przyjaciol. Nie wyciagalbym jakichs szerszych wnioskow na podstawie tych przykladow i moich prywatnych obserwacji, ale przeciez w jakims sensie sa reprezentatywne. Nie potrafie sie w tym dopatrzyc jakichs regul poza tym, ze nawet kryteria najwyzszego z przywilejow nomenklatury - przydzialu na lepsze mieszkanie - byly jakies malo sprecyzowane, rozmyte, zamazane, jednym slowem - podobne do reszty polskiego komunizmu.

JK>    Jesli ktos z nomenklatury nizszego szczebla
JK>    chcial dostac np. przydzial na samochod z 'puli
JK>    Prezesa RM', to musial miec chody specjalne, bo
JK>    automatycznie mu sie to nie nalezalo. Z dosc
JK>    wczesnych lat 60-tych pamietam takie przypadki,
JK>    ze mozna bylo kupic nawet samochod zachodniej
JK>    marki, oficjalnie do Polski nie importowany, za
JK>    zupelnie sztuczna cene wynikajaca ze z sufitu
JK>    wzietego przelicznika. Ale to wymagalo juz
JK>    'super-dojscia'.

To bylo troche inaczej. Automatycznie nie nalezalo sie nikomu. Samochod, krajowy badz oficjalnie importowany z bratnich krajow - Skode, Moskwicza, Trabanta - mozna bylo kupic w Motozbycie, ale na to, jesli weszlo sie z ulicy, trzeba bylo czekac kilka lat. Rozmaite instytucje - przede wszystkim piony kluczowego przemyslu - mialy swoj przydzial, ktorym dysponowaly wedle wlasnego uznania. Sztygar kopalni z dobra opinia od komitetu zakladowego nie mial klopotow z nabyciem samochodu, mogl dostac talon w ciagu kilku tygodni, jesli specjalnie nie marudzil i zamiast Zastawy gotow byl wziac Syrene. Mialy tez swoja pule regiony, a raczej wojewodzkie komitety partyjne. Ordynator szpitala w Zgierzu mogl sie zwrocic do wojewodztwa i przedstawic odpowiednio "zaopiniowane" podanie. Z reguly dostawal po roku, czasem troche dluzej.

Oprocz tego istniala pula premiera. Teoretycznie do min. Wieczorka mogl sie zwrocic kazdy, jesli umial uzasadnic szczegolna potrzebe i znalazl komitet czy powazna instytucje, gotowa mu podbic pieczatke na podaniu. Talony dostawali prowincjonalni lekarze, zasluzeni inwalidzi, naukowcy, literaci, nawet ksieza. Ceny, o ile pamietam, byly te same co w Motozbycie, tyle, ze nie trzeba bylo czekac. Wieczorek dawal talon i w ciagu kilku czy kilkunastu tygodni mozna bylo Wartburga odebrac. Mam wrazenie, ze o przydzialy na samochody krajowe czy demoludowe nie bylo specjalnie trudno i najwieksza bariere stanowily pieniadze.

Samochody z Zachodu to troche inna historia. W Polsce funkcjonowaly dwa oficjalne kanaly ich importu - Pekao i premier Cyrankiewicz. Pekao sprzedawalo duzo zachodnich wozow, ale ich marze byly wysokie, poza tym trzeba bylo sie wykazac zrodlem dolarow, co nie bylo proste. Jesli wujek z Ameryki nie przyslal oficjalnie bonow, trzeba bylo najpierw dolary w Polsce nielegalnie kupic, potem wywiezc, potem znalezc kogos, kto chcialby je przeslac.

Czy mozna bylo sprowadzic konkretny model - nie wiem, ale byly inne instytucje, ktore sie tym zajmowaly, np. wolnoclowa strefa amsterdamskiego Schipholu, nastawiona na handel w krajach, gdzie poszczegolne marki nie mialy oficjalnych przedstawicielstw. W Shipcholu mozna bylo kupic prawie kazdy samochod, a ich cenniki KLM oferowal szerokiej publicznosci, takze i w Polsce. Jesli ktos mogl sie wykazac pieniedzmi, byl sklonny zaplacic clo w wysokosci chyba 22 zl/kg i zyc bez gwarancji i z ograniczonym serwisem - mozna bylo w ciagu miesiaca miec bardzo ladny woz.

Pula Cyrankiewicza opierala sie o Targi Poznanskie. To byla nieprosta sprawa, bo Gomulka byl absolutnie przeciwny importowi zachodnich samochodow i robiono to troche za jego plecami. Zaczeto wiec od rozdzielania talonow na pojedyncze eksponaty zachodniej motoryzacji, wystawiane w Poznaniu, potem to sie przerodzilo w import. Sprowadzano glownie pojazdy malolitrazowe - skutery Lambretta, samochody Hillman Imp i NSU Prinz, rozmaite Renaulty i Fiaty. Te samochody - nie wiem, ile ich bylo, ale na pewno kilkadziesiat rocznie, moze kilkaset - stanowily absolutny przywilej nomenklatury, choc tez roznego stopnia. Teoretycznie o Prinza mogl sie starac takze i wiejski lekarz, ale szanse dostania takiego przydzialu byly zadne. Auta z tej puli, latwe do identyfikacji (niecodzienne modele, z reguly jeden albo dwa kolory) rozchodzily sie po calej Polsce, widywalo sie najrozmaitsze tablice rejestracyjne. Kilka tych samochodow wyladowalo w rekach potomstwa wyzszej nomenklatury warszawskiej, co dalo asumpt bogatej tworczosci literackiej i publicystycznej n/t tzw. "bananowcow". Natomiast skutery sprowadzano chyba wylacznie dla dzieci rozmaitych elit, bo jakos nie wyobrazam sobie, zeby naczelny partyjnego miesiecznika czy powiatowy sekretarz dosiadal Lambretty, udajac sie rano do do pracy.

Urzad premiera sprzedawal to wszystko, a raczej przydzielal, po cenach odpowiadajacych polowie ich rynkowej wartosci, przy mniej wiecej stalym przeliczniku 50 zl za dolara. Nowy ("Fabrycznie nowy") skuter Lambretta z silnikiem 175 ccm kosztowal z ogloszenia, w polowie lat 60-tych, 35 tys zl, a z przydzialu Wieczorka -17 tys zl. Na zachodzie mozna go bylo kupic za trzysta dolarow.

Fiat 124 z silnikiem 1200 ccm kosztowal na wolnym rynku w Polsce w 1967 roku 140 - 150 tysiecy, a z puli premiera - 70 tys. Za ten sam samochod placono we Wloszech, po wliczeniu sporego podatku, ok. miliona lirow, czyli ok. poltora tysiaca dolarow. Polska kupowala samochody ze znizka, wiec przelicznik 50 zl/dolar wydaje mi sie proba pokrycia teoretycznych kosztow wlasnych, proba oczywiscie fikcyjna, bo zlotowki drukowano za darmo, a dolary trzeba bylo zarobic za granica, albo skupywac przez dewizowke MSW po 100 zl za jednego.

O powtorny przydzial mozna bylo skladac po uplywie trzech lat, co mialo zapobiec spekulacji. Ale mimo tego wiele tych samochodow i skuterow ladowalo na gieldzie, a zaswiadczenie, ze pojazd zostal uszkodzony pozwalalo obejsc trzyletni szlaban.

O ile wiem, nie mozna bylo, bez wzgledu na dojscia i stanowisko, zazadac importu specjalnych modeli. We wczesnych latach 60-tych, po pierwszych sukcesach Sobieslawa Zasady, Polska oszalala na punkcie rajdow samochodowych. Byl to jeszcze wtedy sport, gdzie nawet polamatorski wysilek mogl zaowocowac miedzynarodowa slawa. Zdarzalo sie wcale nierzadko, ze eliminacje mistrzostw Europy wygrywaly w swojej klasie zalogi prywatne, startujace bez poparcia fabryki. Na rynku pojawily sie samochody idealnie przystosowane do rajdow, gabarytowo niewielkie, o duzej mocy silnika, i mozna je bylo kupic za stosunkowo nieduze (w kategoriach Zachodu, nie PRL-u) pieniadze. Za plus minus poltora tysiaca dolarow fabryki oferowaly Mini Coopera S, na jakim Finowie wygrywali najtrudniejsze rajdy Europy, NSU Prinza TT, Renault Gordini czy bardzo szybkie Fiaty Abarthy. W Polsce wariowano za tymi samochodami, a mlodzi ludzie z przywilejami, zapaleni rajdowcy, dobijali sie do Cyrankiewicza przez wplywowych rodzicow o sprowadzenie kilku czy kilkunastu samochodow.

Z jakichs powodow do tego nie doszlo. Nawet syn owczesnego wicepremiera Jaroszewicza, Andrzej, juz wtedy ceniony kierowca sportowy, o ktorym fama glosila, ze niejednokrotnie rozbijal rzadowe Mercedesy, w tym niebieski kabriolet matki, musial zadowolic sie standartowym eksponatem z Targow Poznanskich - trzycylindrowym, wolowatym Auto Union, na jakim nie mial zadnych szans w miedzynarodowej konkurencji.

Wszystko to bylo bardzo dziwne, bo przeciez tych malych, zachodnich samochodow nie sprowadzano dla supernomenklatury. S-nomenklatura (bardzo dobre okreslenie, Jurek) tego nie potrzebowala, bo miala Wolge, Humbera, Peugeota czy Mercedesa na okraglo, z kierowca, ktory wozil rowniez na wakacje, a nawet jezdzil po zakupy i odbieral ze szkoly, jesli akurat zaszla taka potrzeba. Dla kogo te setki samochodow sprowadzali, w jaki segment spoleczenstwa poszla ich wiekszosc - nie mam pojecia.

JK>    Kolejnym przywilejem byly miejsca wypoczynku.
JK>    Charakterystycznym objawem przynaleznosci do
JK>    supernomenklatury bylo prawo do korzystania
JK>    z 'domow wypoczynkowych URMu'. Jeden taki, dosc
JK>    znany, byl w Zakopanem na Antalowce. No, byl to
JK>    niezly luksus jak na lata 70-te. Nomenklatura
JK>    nizszych szczebli zdana byla na osrodki tzw.
JK>    'resortowe': jedne lepsze, drugie gorsze, ale
JK>    w ogolnosci nie dorastajace do piet Antalowce
JK>    czy podobnym domom.

W latach 70-tych nie bylo mnie juz w Polsce, zreszta za Gierka obowiazywaly inne reguly gry niz za Gomulki i wczesniej. Budowano na inna skale, a i dostep byl z innego klucza. Jednak za Gomulki i wczesniej scisle zamkniete osrodki "pozaresortowe" byly rzadkoscia. Osrodek na Antalowce postawiono dopiero w polowie lat 60-tych, istnial tez, chyba od lat 50-tych, wydzielony osrodek Urzedu Rady Ministrow w Miedzyzdrojach. Ale wakacje dla nomenklatury funkcjonowaly przedtem na troche innych zasadach, podobnych do tego, co pisalem powyzej o mieszkaniach, czyli pol-rezerwatow.

Otoz tzw. "wladze" (nie wiem, jakiego pionu i szczebla) przejmowaly - raczej po czesci, niz w calosci - poszczegolne domy wczasowe Orbisu i Funduszu Wczasow Pracowniczych. W Zakopanem byly to m.in., choc nie tylko, domy "Tatrogrod", "Telimena", "Pan Tadeusz" i "Wolodyjowka". Podobnie dzialo sie w Krynicy i w Wisle, tez modnych uzdrowiskach, choc nie tej popularnosci, co Zakopane.

W sezonie, a wiec w lipcu, sierpniu czy na Sylwestra, w Zakopanem widywalo sie postaci znane z portretow - Gomulke, Cyrankiewicza, Spychalskiego. Gomulka mieszkal w Antalowce, ale juz wicepremierow spotykalo sie wlasnie w tych kilku domach FWP, znanych z wizyt wierchuszki. Przy ministerialnym stoliku w jadalni mogly tez znalezc sie dwie urzedniczki ze Stargardu, ktore jakims cudem dostaly skierowanie na wczasy do tegoz pensjonatu na ten wlasnie turnus. Jezdzilem do Zakopanego czesto, mieszkalem w prywatnych kwaterach, ale zalatwialem sobie wyzywienie w jednym z tych lepszych domow, co bylo w miare proste. Pamietam wielu bonzow calkiem wysokiego szczebla, i pamietam tez "panny Krysie", jak z piosenki Mlynarskiego, ktorych bylo wcale niemalo. To sie tez bardzo roznilo od Rosji czy nawet Bulgarii, gdzie osrodki rzadowe byly calkowiecie zamkniete i strzezone, jak w Polsce osrodek Biura Politycznego w Lansku.

Urzad Rady Ministrow organizowal wycieczki zagraniczne, glownie do bratnich krajow. W 1964 roku, w wieku lat 17-tu, pojechalem z matka na takie wakacje na miesiac do Bulgarii, do Zlotych Piaskow. Lecielismy pasazerskim IL-em, ale nalezacym do wojska, wprost do Warny. Warunki byly, jak na owe czasy, luksusowe - duzy, sloneczny pokoj z balkonem i dobra lazienka, nad samym morzem, lezaki, kajaki, pedaluksy. Kolacje w restauracji, wino bez ograniczen. Wycieczki po Bulgarii, z zakwaterowaniem w zamknietych, rowniez bardzo dobrych hotelach. Wszedzie cale misy owocow, winogron, moreli i brzoskwin. Zlote Piaski byly wtedy zamkniete dla ogolu Bulgarow, a wiekszosc turystow przyjezdzala z Niemiec i Skandynawii. Pamietam, ze moja matka mowila, ze to byly niedrogie wakacje.

O wielkiej nomenklaturze nie bylo mowy. Przezylem wakacyjny romans z corka adwokata z Kielc. Kolegowalem sie z rodzenstwem w moim wieku, ktorych ojciec byl wicedyrektorem administracyjnym jakiejs fabryki na Pradze. Bulgarskim koniakiem "Pliska" rozpijal nas ginekolog z Plocka, bawiacy tam z cala rodzina. Spore towarzystwo z Olsztyna wymienialo polski krem Nivea i sowieckie aparaty fotograficzne na kozuszki. Te wakacje przypominaly mi wlasnie turnus w domu wczasowym, bo nie potrafilbym znalezc wspolnego klucza, wedle ktorego ci wlasnie ludzie dostapili blogoslawienstwa rzadowej wycieczki specjalnym samolotem do Bulgarii. Nie mam pojecia, jakimi kanalami zalatwil sobie ten wyjazd wicedyrektor liceum ze Slaska, ktory wyladowal w szpitalu z ciezkim porazeniem slonecznym, czy urzedniczka z jakiegos ministerstwa, z ktora spedzala czas moja matka.

Jeszcze nalezaloby napisac o zamknietym lecznictwie i wydzielonych sanatoriach, ale to juz kiedy indziej.

Przypomnial sobie,

Henryk D.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Fri, 12 Feb 1999 08:11:07 +0100
From: Jerzy Karczmarczuk <karczma@xxxx.xxxxxxx.fr>
Subject: [ExL] Rezerwaty

Duet Jurek Krzystek/Henryk Dasko:

>    Osrodek na Antalowce postawiono dopiero
>    w polowie lat 60-tych, istnial tez, chyba
>    od lat 50-tych, wydzielony osrodek Urzedu
>    Rady Ministrow w Miedzyzdrojach...
>         ... itd.

Bardzo to interesujace co piszecie. W duzej mierze jest to dla mnie abstrakcja, bo zawsze zylem daleko od centrum, a Wielkiej Nomenklatury na oczy nie widzialem nigdy, chyba nieswiadomie. Nawet nie chcialo mi sie chodzic na wystepy pierwszomajowe.

Wlasciwie nie interesowaly mnie te gry i podjazdy z mnieszkaniami i osrodkami wczasowymi, ale mam jedna uwage. Oprocz Antalowki, czy innych domow wypoczynkowych, w okolicy Zakopanego byl inny osrodek, "tajny", tzn. niedostepny. Na szosie niedaleko Murzasichla byl szlaban i napis "Wstep wzbroniony, Park Narodowy", czy cos takiego. Nic nie bylo widac. Ale ja raz wlazlem gdzies tam idac w kierunku Bukowiny. Zolnierze nas zatrzymali i zagrozili mandatem za niszczenie mienia panstwowego, bo to, obywatelu, rezerwat przyrody. Odmowilismy wspolpracy, znaczy sie nic nie powiedzielismy, nie bylo jasne co nam grozi. Zaprowadzili do jakiegos czlowieka w mundurze straznika, dalej w lesie, daleko od budynkow, a ten zczal sie zastanawiac jaki mandat nam wlepic. Kolega przyspieszyl te decyzje zauwazajac, ze i tak nie mamy pieniedzy, wiec nic nie zaplacimy. Zaczelismy sie stawiac, ale delikatnie, tak zeby ich nie zdenerwowac tylko, zeby zrozumieli, ze beda z nami mieli robote, wiec szybko nas ochrzanili i puscili.

Gdy sytuacja sie odblokowala i ludzie tam juz mogli wchodzic, obraz byl smutny, ladny kawalek przyrody wyasfaltowany, wybetonowany, las zniszczony przez slupy telefoniczne, obfajdana okolica - smieci, reszty z piknikow, dzikie parkingi samochodow, butelki...

Jedna z rzeczy ktora bardziej mam za zle komuchom to nie to, ze kradli pieniadze obywatelom, ale ze je wykorzystywali czesto do niszczenia kraju. Bardzo to byla spojna polityka, zgodna z rabunkowym gornictwem, z zatruciem powietrza, z niedoczyszczona woda pitna, z zasoleniem rzek, itp. Za to naleza sie tym draniom takie baty, jak za malo co innego.

Jurek Karczmarczuk

To: SERIO@SMULTRON.XXXX.XXXXXXX.SE
Date:        Fri, 12 Feb 1999 13:35:36 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@TOTAL.NET>
Subject:      O Nietzschem i o niczem

Edek I, czlowiek sprawiedliwy, pisze na wysepce:

> Poza tym, czy publiczne osobiste ataki na
> ludzi , ktorzy sa obok (wysepka - swietlica
> xxxxnetu i vice versa ) bez mozliwosci dania
> im prawa do reakcji jest OK ?

Musze przyznac, ze caly ten konflikt budzi we mnie raczej zdziwienie, niz oburzenie na kogokolwiek i chec wstapienia na jedna z barykad. Stworzenie wysepki uwazam za blogoslawienstwo, a istnienie jednej, wspolnej dla wszystkich listy - za nierealna mrzonke, utopie. Ludzie maja rozne gusta, jeden lubi filharmonie, inny - bar, gdzie hopsaja rozebrane dupeczki. Zreszta jedno nie wyklucza drugiego, w obu lokalach graja muzyke i bywa calkiem przyjemnie. Mialem niezyjacego juz przyjaciela, intelektualiste, swiatowca i erudyte, ktory w dzien hamletyzowal, a w nocy wybiegal w miasto i wyprawial tam takie rzeczy, ze boje sie o tym pisac nie tylko na "serio", ale nawet na wysepke, pomimo zapewnien Julka, ze wszystko wolno.

Jakos nie chce mi sie wierzyc, ze podzial swietlicy jest efektem personalnych konfliktow. Takie rzeczy w swietlicy sie zdarzaly, ale konczyly sie z reguly czyims odejsciem, a nie stworzeniem osobnej listy. Wysepka powstala nie dlatego, ze Iks nie lubi Ygreka, tylko dlatego, ze jedni chca pisac tak, a drudzy inaczej, jedni o Nietzschem, a inni o niczem. Jedni maja czas, ochote i techniczne mozliwosci korzystania z nieograniczonej korespondencji, inni nie. Julkowi naleza sie wiec nie klatwy za niepohamowana ambicje, rozbijactwo i fronde, ale blogoslawienstwa za to, ze stworzyl, umozliwil etc., czym swietlicy pomogl, a nie zaszkodzil, bo rozwiazal ewidentny dylemat. Przeczytalem z uwaga zasady funkcjonowania wysepki, ktore Julek z elokwencja sformulowal, i wydaja mi sie zrozumiale i przejrzyste. Doceniam prawo Julka, jako Ojca Zalozyciela, do ustalania takich zasad, jakie mu sie wydaja sluszne.

Swietlica, mysle, ma troche wiecej problemow, bo zaczynala od wizji utopijnej, starajac sie, jak organ centralnego planowania w komunizmie, zaspokoic potrzeby wszystkich. W praniu okazalo sie to raczej niewykonalne i teraz swietlica usiluje sie przeksztalcic. Funkcji wysepki swietlica nie jest w stanie spelnic, bo Administracja swietlicy wybiera inne rozwiazania. To bardzo dobrze. Nie podzielam katastroficznej wizji, wedle ktorej swietlica lezy na grzbiecie i wolno przebiera nogami, czekajac na litosciwa smierc. Gabrys, ktorego talentu i rozwagi brakuje mi bardzo, napisal swego czasu, ze jesli przeczyta co jakis czas trzy ciekawe listy na "serio", bedzie zadowolony. Zgadzam sie z Gabrysiem. Jeden ze swietlicowych przyjaciol zapisal mnie uprzejmie na polska liste o tematyce literacko-kulturalnej, gdzie czasami mija tydzien, zanim sie jakis list pojawi. Wiem, czego od tej listy oczekiwac i nie czuje sie niedopieszczony.

Innymi slowy, moim zdaniem swietlica dla wszystkich istniec nie moze, bo ludzie maja rozne potrzeby. Dlatego nie widze> wysepki i swietlicy jako wzajemnej sprzecznosci, jako sytuacji "albo-albo", a takie myslenie wydaje mi sie nonsensem. Za jednoznacznie obrzydliwa uwazam natomiast personalizacje swietlicowych problemow, wszystkie napasci, proby rozliczania, czy, najprosciej mowiac, chec dokopania komus w mniej lub bardziej zawoalowanych slowach.

Pisanie o ludziach, ktorzy chca sie komunikowac w okreslony sposob, ze sa glupcami i nie maja nic do powiedzenia jest obelzywe. Trudno mi wierzyc, ze mozna, piszac takie slowa, nie zdawac sobie sprawy z ich znaczenia, nie rozumiec, ze wbija sie klin, ze dzieli sie na swoich i obcych, na lepszych i gorszych, na naszych i cudzych. Jestem pierwszym do polemik, ale napisanie komus, ze kiepsko mysli albo jest tchorzem nie jest ani zacheta do dalszej rozmowy, ani proba rozwiazania konfliktu. Jest, w najlepszym wypadku, niemadre i szkodliwe.

Rownie niemadre i szkodliwe jest domaganie sie z zarliwoscia mlodego czekisty, aby ktos publicznie wyrazajacy skruche wyrazal ja bardziej gorliwie, aby odglos bicia sie w piersi rozlegal sie bardziej donosnie, aby bledy i wypaczenia oczyscic w publicznej ekspiacji i pokucie. Czy nie wystarczy, ze ktos mowi "przepraszam", czy naprawde trzeba zadac, zeby do tego powiedzial "Monius kochany"?

Wysepka jest moja i swietlica jest moja, i w obu chcialbym miec prawo glosu. Szanuje tych, ktorzy obie listy prowadza i ich szczegolne prawa, ale chcialbym, zeby kazdy glos, w tym takze i moj, byl zaslyszany i potraktowany powaznie. Nie podoba mi sie, ze Wiesiek stal sie chlopcem do bicia, i ze malo kto sie zastanawia, jaka reakcje musza budzic ciagle i publiczne ataki. Nie podoba mi sie obrazliwe i ponizajace haslo "technicy do techniki". Nie podoba mi sie, ze Administracja co rusz publicznie poucza ludzi w sprawach, ktore kazdy rozsadny czlowiek rozwiazuje jednym, uprzejmym i p r y w a t n y m  listem, czy to chodzi o ogon, czy przywieszke do listu. Ludzie zajmujacy sie prowadzeniem internetowych list winni rozumiec wiecej niz to, ktory klawisz nalezy nacisnac i kiedy. Praca spoleczna, nawet w najszerszym wymiarze, nie daje nikomu uprawnien wachmistrza.

Dosyc na dzisiaj. Teraz juz narazilem sie wszystkim i zapewne wyrzuca mnie ze wszystkich list.

Wasz, Henryk

To: SERIO@SMULTRON.XXXX.XXXXXXX.SE
Date:        Fri, 12 Feb 1999 16:00:12 -0500
From: Mariana Solan <xxxxxx@XXXXXXXX.XXX.NET>
Subject:      Re: O Nietzschem i o niczem

Jakubie, oczywiscie ze nie jestes odosobniony. Ja z Toba:-)))

Heniek pisze miedzy innymi:

< Stworzenie wysepki uwazam za blogoslawienstwo,
a istnienie jednej, wspolnej dla wszystkich listy za
nierealna mrzonke, utopie. >

Od dluzszego juz czasu staram sie zrozumiec istn[i]ejaca dzisiaj sytuacje na swietlicy i musze przyznac ze doszlam do podobnych wnioskow jak Heniek. To ze roznimy sie miedzy soba pogladami na temat funkcjonowania swietlicy nie jest dla nikogo tajemnica. To ze istnieja proby znalezienia drog ktore umozliwilyby jak najwiekszej liczbie reunionczykow korzystanie ze swietlicy tez wiemy. Bylo to powodem pierwszego jak i drugiego rozbioru swietlicy.

Dzis chyba wiekszosc swietliczan doszla juz do wniosku ze nie istnieje mozliwosc zadowolic wszystkich na jednym serwerze. Zarzad swietlicy nie chce zrezygnowac z pewnej kontroli nad tym co sie dzieje na swietlicy, a czesc swietliczan nie jest gotowa tej kontroli sie podporzadkowac.

Po co wiec po co w imie zle pojetego "cuzamen do kupy" stwarzac sytuacje ktora z gory skazana jest na przegrana? Dlaczego nie zadowolic sie tym co mamy, czyli wysepka Julka i swietlica, a kazdy sam znajdzie sobie miejsce ktore mu najbardziej odpowiada, chocby i na wszystkich istniejacych listach.

Prawem Ojcow Zalozycieli ustalic takie zasady jakie uwazaja za slusznie. Naszym prawem wybierac do jakich chcemy sie dostosowac. Chyba najwyzszy czas przejsc do porzadku dziennego nad ta sytuacja i przestac zwalczac sie wzajemnie.

Marysia

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 15 Feb 1999 19:15:42 -0500 (EST)
From: Jurek Krzystek <jurek@xxxxxxxx.xxxxxx.xxx.edu>
Subject: Re: [ExL] Rezerwaty

On Fri, 12 Feb 1999, Jerzy Karczmarczuk wrote:

>    Wlasciwie nie interesowaly mnie te gry i podjazdy
>    z mnieszkaniami i osrodkami wczasowymi, ale mam
>    jedna. Oprocz Antalowki, czy innych domow wypoczyn-
>    kowych, w okolicy Zakopanego byl inny osrodek,
>    "tajny", tzn. niedostepny. Na szosie niedaleko
>    Murzasichla byl szlaban i napis "Wstep wzbroniony,
>    Park Narodowy", czy cos takiego. Nic nie bylo widac.

Ktoregos roku wiatrolomy po silniejszym halnym odslonily ten odsrodek od strony drogi na Lysa Polane. Oficjalnie byl to -- zdaje sie -- rowniez dom URM, ale dziwny jakis i bardzo tajny. Nie znalem nikogo, kto by tam wczasowal. Nazywalo sie to-to na "H" -- "Hyrny" albo podobnie. Tzw. 'wiesc gminna' w Zakopanem glosila, ze jest to specjalny osrodek szkolenia "bojownikow o wolnosc i demokracje" w roznych innych krajach swiata. Czort jeden wie.

W koncu w tych samych latach niejaki Carlos - Szakal mial rezydencje u Gellerta w Budapeszcie i nie musial sie tam nawet kryc, a w warszawskiej Victorii, w kawiarni na pieterku, jednego z glownych aktywistow PLF podziurawiono jak sito kilkunastoma kulami (i przezyl).

Wiec widzisz, imienniku, jakie atrakcje Cie ominely z powodu mieszkania na prowincji!

Jurek

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Tue, 16 Feb 1999 11:48:38 +0100
From: Alek Radomski <xxxx@xxx.pl>
Subject: Re: [ExL] Rezerwaty

JK> Nazywalo sie to-to na "H" -- "Hyrny" albo podobnie.

A nie "Harnas"? Jesli mamy na mysli to samo, tom widzial to gmaszysko w czerwcu zeszlego roku: juz sie troche "przekapitalizowal", ale szykownej architektury a la pozny (?) Gomulka oczywiscie nie sposob __zakryc__.

W ostatnich latach uzywany byl ten osrodek do krecenia filmow: baza mieszkaniowa pod reka i duzo 'psirody' w okolicy.

-A.R. 

To: SERIO@SMULTRON.XXXX.XXXXXXX.SE
Date:        Fri, 19 Feb 1999 11:33:06 +0100
From: ____Textpert Alert____ <ianf@xxxxxx.se>
Subject:      [SERIO] Re: Berberowa w Rzepie [ExL]

On 99-02-15 05:31 +0100 sez Staszek Matwin:

> [...] Berberowa jawi sie jako pisarka polityczna
> par excellence. A tymczasem tak chyba nie jest.
> We Francji wyszlo 14 jej powiesci, psychologiczno-
> obyczajowych, jak sie to kiedys w  Polsce nazywalo.
> Pisarstwo nieco podobne do Brandysa; nikla akcja,
> ale wyraziste postaci, wszystko oparte na kanwie
> historii lat 20 i 30, dzieje sie we Francji,
> oczywiscie w srodowisku rosyjskich emigrantow.

Czy powiesci psychologiczno-obyczajowe (po wojnie z coraz to wieksza domieszka dywagacji egzystencjonalnych) nie stanowily jednak swoistego kanonu owczesnej literatury? Cos mi swita, ze, przynajmniej od lat 50-tych, tak mozna by okreslic wiekszosc tamtejszej prozy, od de Beauvoir poczynajac.

O Berberowej mozna przeczytac wiecej w ostatnim wydaniu Plus-Minusa Rzeczpospolitej Online [wczesniej na SERIO cytowany artykul]:

http://www.rzeczpospolita.pl/Pl-iso/
dodatki/plus_minus_990213/plus_minus_a_2.html

[...] W lutym 1949 r. Nina Berberowa zapisala w swym
"Czarnym zeszycie": "Przeczytalam w sowieckiej
prasie: ‘Stalin oswieca niewidzialnie’

EpistoChronologia  1967 
 1989 
 i   x   1990 
 ii   iii   v   vi   vii   viii   ix   x   xi   1991 
 ii   iv   v   vii   viii   ix   xii   1992 
 i   ii   iii   iv   vii   ix   1993 
 iii   v   1994 
 i   v   ix   1995 
 iii   v   ix   xi   1996 
 v   viii   ix   x   xi   xii   1997 
 i   ii   iii   iv   v   vi   vii   viii   ix   x   xi   xii   1998 
 i   ii   iii   vii   viii   ix   x   xi   xii   1999 
 i   ii   iv   v   vi   vii   viii   ix   x   xi   2000 
 i   iii   iv   v   vi   ix   x   xi   xii   2001 
 ii   iii   viii   xi   xii   2002 
 xii   2003 
 iii   vi   v   vii   viii   ix   x   xii   2004 
 ii   iii   iv   vii   viii   ix   x   xi   2005 
 i   iii   iv   v   vii   ix   2006 
                                                                                          

EgoTurfSurf  •  Daskografia  •  Dalej : Marzec-Grudzien 1999