Epistochronologia  •  EgoTurfSurf  •  Daskografia  •  Wczesniej : Luty 1998

To: SERIO@SMULTRON.XXXX.XXXXXXX.SE
Date:        Sun, 28 Mar 1999 20:10:53 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@TOTAL.NET>
Subject:      Po powrocie

Wrocilem jakis czas temu i usilowalem sie przedrzec przez listy w archiwum swietlicy. Nie dalem rady, bo to przykre i bolesne. Po uplywie kilku tygodni niesposob przesledzic watki, zrozumiec co kto komu i dlaczego. Slowa wycieraja sie, dewaluuja, zostaja czyny.

W pamieci zostalo mi pare zdan Adama Gryniewicza: ze sprawa Julka Bielickiego nalezy do przeszlosci, i ze swietlica nie jest odnoga Reunion ' 68. Otoz, drogi Adamie, w obu wypadkach nie.

Niezaleznie od tego, jak to zechcesz argumentowac, swietlica jest jedna z form zycia Reunion, i niczym poza tym. Przypomne Ci, ze jeszcze kilka tygodni temu podpisywaliscie wasze komunikaty "Administracja Reunion on the Net". Co wiecej, laczami Reunion sa wiezy rodzinne, wiezy plemienne, wiezy krwi, i tylko takie - dlatego, i tylko dlatego, spotykamy sie w swietlicy czy na zjazdach mimo calej roznorodnosci naszych zainteresowan, osobowosci, zawodow.

Tych wiezow zrywac nie wolno, a juz na pewno nie decyzja pochopna, przy calej gamie mozliwosci innego rozwiazania konfliktu. Reunion - emigracja marca 68 - istnieje uczestnictwem kazdego z nas, i niczym poza tym. Juz teraz zaczynamy oplakiwac odejscia tych, ktorzy odchodza na zawsze i o kazdym z nich chcemy przechowac kawalek pamieci. Napisze to jednoznacznie - z Reunion czy ze swietlicy nie wolno nikogo wyrzucac. Nikogo, kto calosc Reunionu, bez wyjatkow, uznaje za rodzine. Reunion to wszyscy z nas. Wszyscy.

Chcialbym we wlasnym imieniu poprosic Administracje, zeby Julka z powrotem bez dalszej zwloki do swietlicy przyjela. Do tego czasu nie widze mozliwosci aktywnego udzialu w zyciu swietlicy.

Henryk D.

To: SERIO@SMULTRON.XXXX.XXXXXXX.SE
Date:        Sun, 28 Mar 1999 20:28:52 -0500
From: "W.T. Pollin" <pollin@XXX.COM>
Subject:      Re: Po powrocie

Nie wiem czy to ma jakikolwiek wplyw, ale musze sie tez wypowiedziec: Uwazam, ze nie wolno NIKOGO wyrzucac, bo z rodziny sie nie wyrzuca. Popieram Leona S. Ropcia i Henryka jak i wielu innych, ktorzy sie nie wypowiadaja. Czas juz przestac sie bawic w obrazy i przyjac do wiadomosci, ze sa ludzie, ktorzy zachowuja sie lub mysla odmiennie niz ja, co nie oznacza, ze nie maja prawa do zycia.

Nie bede proponowala rozwiazan dla ludzi, ktorzy nie trawia Julka, Jurka, Wieska, mnie. Istnieja jednak takie rozwiazania i wszyscy o nich wiemy.

Tereska

Henry Dasko wrote:

> Chcialbym we wlasnym imieniu poprosic Administracje,
> zeby Julka z powrotem bez dalszej zwloki do swietlicy
> przyjela. Do tego czasu nie widze mozliwosci aktywnego
> udzialu w zyciu swietlicy.

To: SERIO@SMULTRON.XXXX.XXXXXXX.SE, hdasko@TOTAL.NET
Date:        Mon, 29 Mar 1999 11:24:30 +0200
From: Samuel Grinberg <Samuel.Grinberg/Copenhagen@XXXXX.DK>
Subject:      Re: Po powrocie

Heniu, jak zwykle eleganckie i efektowne wejscie. Pisac to Ty umiesz. Tym razem to jeszcze efektownie, pod publiczke, o Rodzinie !!!!!!

Rodziny, niestety, nie mozna wybierac, ale mozna zerwac wiezy rodzinne. Za duzo w tej rodzinie falszu i obludy. Takiej rodziny ja nie potrzebuje, pozostane tylko przy znajomych, a tych moge na szczescie sam wybierac.

Moze ta nowa swietlica, ktora proponuje Wlodek Rozenbaum, bedzie ta rodzina o ktorej piszesz.

Slawek

To: SERIO@SMULTRON.XXXX.XXXXXXX.SE
Date: Tue, 29 Jun 1999 23:32:07 +0200
From: ____Textpert Alert____ <ianf@xxxxxx.se>
Subject: Re: Ex-Libris i sciepa

Pisze Wlodek Rozenbaum:

WR>    Nie naleze do regularnych czytelnikow Ex-Librisa,
WR>    ale nie przypominam sobie jego sciepowych wydan.

Nie bardzo rozumiem co ma znaczyc "sciepowe" wydanie? Czy chodzi o zamieszczenie przez osobe trzecia tekstu wzietego z (danego) zrodla na soc.culture.polish, forum bezdennych przekomarzanek tepych endeckich oszolomow z nawiedzionymi "wirtualnymi" Zydami?

WR>    Z tego co pamietam, to powstal on jako dodatek
WR>    literacki do ZYCIA WARSZAWY w koncu 70-ych czy
WR>    na poczatku lat 80-ych. Jednym z jego redaktorow
WR>    byl Konstanty Gebert (byl chyba nawet naczelnym),
WR>    czlonkiem redakcji i czestym kontrybutorem Heniek
WR>    Dasko.

"ExLibris" zaczal ukazywac sie w pazdzierniku 1990 roku jako bezplatny dodatek o ksiazkach do "Zycia Warszawy". Pierwsze numery nosily naglowek "The Polish and East European Review of Books", a w stopce redakcyjnej "(dawniej: 'Obieg bez cenzury')". Redaktorem naczelnym od poczatku byla Beata Chmiel; nic mi nie wiadomo o udziale w tym Geberta (acz nie wykluczam ze cos tam pisal, bo w koncu ilosc literatow na poziomie nie jest niewyczerpana). W szumnie zwanej "Radzie Redakcyjnej" widnialy zas nazwiska Timothy Garton Ash'a; Gustawa Herlinga-Grudzinskiego; Ivana Lamper'a; Ireny Lasoty; Jana Polkowskiego, Lwa Timofiejewa i Kazimierza Woycickiego.

Istotnie pisal tam niejednokrotnie Henryk Dasko. Kiedys probowalem sklecic bibliografie jego kontrybucji w Exlibrisie, ale sie wykrecil chaosem we wlasnym archiwum, wiec projekt spalil na panewce.

WR>    Potem, juz w Polsce wolnej i demokratycznej pismo
WR>    to reaktywowano na Internecie majac podobne ambicje.
WR>    Jednym z czolowych redaktorow zostala Kinga Dunin
WR>    (poprednio rowniez redaktorka ktora ujawnila sie
WR>    jako pochodzeniowka.

Nie calkiem. Kiedy "ExLibris" zaczal wychodzic, "Zycie Warszawy bylo nadal jednym z wiekszych, rowniez ogolnopolskich dziennikow. Z czasem jednak zeszlo na psy, bylo pare razy sprzedawane, naklad spadl, i obecnie jest zaledwie scisle-lokalna gazetka, ok. 30.000 egzemplarzy dziennie, nie wiecej jak 1/5? tego co sprzedaje  GW w samej Warszawie.

Z czasem kwestia sponsorowania przezen ambitnego dodatku o ksiazkach stawala sie coraz to bardziej akademicka. Juz w 1994-1995 roku redakcja ExL starala sie znalezc jakiegos innego instytucjonalnego sponsora. Ani jednak Gazeta Wyborcza (ktora n.b. wydaje swoj wlasny. dosc mizerny dodatek "Gazeta o Ksiazkach"), ani POLITYKA, nie chcialy tego przejac. Na dodatek na jesieni 1996 roku owczesny minister kukultury Zdzislaw Podkowinski(?), w kazdym razie ten buc z PSL, ktorego najtrwalsza spuscizna na polu kultury sa dotacje dla orkiestr strazackich, odmowil przyznania "ExLibrisowi" niewielkich zreszta srodkow gwarantujacych jego dalsze ukazywanie sie. W tej sytuacji ExLibris "papierowy" zawiesil wydawanie do odwolania, a w zamian za to zaczal ukazywac sie na Internecie [http://www.exlibris.pol.pl/] sponsorowany przez jednego z wiekszych polskich ISP. Jest to w gruncie rzeczy rezultat pracy dwojga osob, Alka Radomskiego i Kingi Dunin [No, nie tylko (red. dyz.)]. Od czasu do czasu ukazuja sie specjalne papierowe numery, jak np. dwujezyczny na Targi Ksiazki we Frankfurcie, na ktore "ExLibris" otrzymal specjalna dotacje. Oprocz tego redakcja organizuje comiesieczne wieczorki, spotkania literackie na Zamku Ujazdowskim w Warszwie; tzn tak dlugo jak minister kultury obecnej koalicji nie uzna tego miejsca za zbyt elitarne dla mas, i nie odda go w jasyr jakiejs firmie PR za grube $$$.

Kiedy Kinga Dunin miala ujawnic sie jako "pochodzeniowka"? Jesli dobrze to odcyfrowuje, Dunin to jej herb szlachecki, ojciec wabi sie Janusz Dunin-Horkawicz. Z drugiej strony oni sa z Lodzi, kto wiec ich tam wie? ;-))

__L

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Tue, 14 Sep 1999 12:05:46 (EDT)
From: Jurek Krzystek <jurek@xxxxxxxx.xxxxxx.xxx.edu>
Subject: [ExL] Dasko/Brycht

On Wed, 8 Sep 1999 Jozef.Lorski@xxx.xxx.xxx.pl wrote:

> Przy okazji: serdeczne podziekowania dla Henryka
> Dasko za tekst o Brychcie w "Gazecie Wyborczej".
> Naprawde znakomity i bardzo ciekawy. Pisze to
> jeszcze przed ukazaniem sie trzeciej czesci.

Przylaczam sie do podziekowan. Bedac niedawno w Polsce trafilem na jedna tylko czesc. Czy Henryk jest na liscie i czy nie podeslalby calosci?

Jurek K_ek

To: ExL@xxxxxxx.com
Date: Wed, 15 Sep 1999 21:12:10 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Dasko/Brycht

Henryk wlasnie wrocil na liste po dluuuugiej absencji, dziekuje za pamiec i dobre slowo obu Panom J.

Brychta posylam Ci prywatnie, jako ze pokazne i nie dla wszystkich chyba ciekawe, w nieco szerszej wersji niz w  GW, gdzie podobno byly jakies skroty (nie widzialem drukowanego tekstu).

> ukazala sie niedawno ksiazka na temat historii
> szpiegostwa sowieckiego w USA. Czesciowo bazowana
> jest na ujawnionych materialach Wynona (Wiktora
> Marka bardzo prosze o napisanie na ten temat),
> czesciowo zas na jakichs ujawnionych pare lat
> temu archiwach w Moskwie.

Nazywa sie to "The Haunted Wood", autorami sa Allen Weinstein i Alexander Vassiliev. Dostalem w prezencie od dzieci i eks-malzonki, ale nie zdazylem jeszcze przeczytac, ledwie przejrzalem. Na oko dobrze napisane, podobnie jak poprzednia ksiazka Weinsteina o sprawie Algera Hissa i Whittakera Chambersa.

Musze przyznac, ze po przeczytaniu kilku prac na ten temat fakty, daty i nazwiska powoli mi sie stapiaja w jedna calosc i nie pamietam szczegolow dzialalnosci sowieckiego wywiadu w USA rownie dobrze jak np. historie brytyjskiej piatki (teraz szostki, dodali jakas Melite). Ale stanowi to ciekawe tlo dyskusji historykow i publicystow amerykanskich n/t komunistow w USA i ich roli. Wyplynelo to przy okazji honorowego Oscara, jakiego wiosna otrzymal Elia Kazan, rezyser wybitny, ale w pamieci amerykanskiej lewicy, a nawet tylko liberalow, wslawiony wymienianiem nazwisk podejrzanych o komunizm przed komisja McCarthy'ego.

Poniewaz w USA ukazalo sie ostatnio kilka ksiazek ujawniajacych penetracje KP USA przez wywiad sowiecki, jedna strona sporu argumentuje, iz senator Joe McCarthy, acz opryszek, alkoholik i gwalciciel najbardziej fundamentalnych zasad demokracji amerykanskiej, w istocie rzeczy mial racje, broniac Ameryki przed czerwona zaraza, niezaleznie od tego, na jakich przeslankach sie opieral. Choc pare osob skrzywdzono, gdzie drwa rabia, nie ma dymu, nie czas zalowac roz (niepotrzebne skreslic).

Druga strona zalamuje rece i twierdzi, ze okres sen. McC. stanowil "najdluzsza i najbardziej rozprzestrzeniona fale represji politycznych w historii USA".

Wedle tych pierwszych, komunisci amerykanscy w cwiercwieczu 30-55 byli albo kompletnymi idiotami, albo, czesciej, zdeklarowanymi sowieckim agentami, pozbawionymi cienia lojalnosci wobec swojej ojczyzny, za to bez reszty wiernymi Ojczyznie Proletariatu. Wedle drugich - wierchuszka partii istotnie podporzadkowana byla Kremlowi, ale gros komunistow, sympatykow i poputczykow w USA to idealisci, uwiklani w dylematy najpierw faszyzmu, a potem zimnej wojny.

W sporze tym nie jestem obiektywny, albowiem pochodze z dobrego bolszewickiego domu, gdzie Paul Robeson uchodzil za tworce muzyki postepowej, zas Louis Armstrong - za cos w rodzaju deprawatora sztuki masowej. Ojciec moj kolekcjonowal reprodukcje szkicow wloskiego neorealisty Renato Guttuso, ktory swoim pedzlem opiewal rewolucyjne strajki wczesnych lat 50-tych, a Julianowi Stryjkowskiemu zilustrowal "Bieg do Fragala", ksiazke przelozona na wszystkie jezyki bratnich narodow i rzekomy plagiat z wloskiego. Mielismy w domu radziecki patefon w ebonitowej skrzyni, a do tego pelna kolekcje kruchych siedemdziesiatek osemek w wykonaniu Choru Armii Czerwonej, zas ulubionym filmem mojego dziecinstwa byl "Czapajew". Trwalo to do czasu, kiedy w kinie "Moskwa", dzis zastapionym przez centrum finansowe, obejrzalem "Winchester '73" z Jamesem Stewartem i uznalem, ze jezdzcy westernow bardziej sa godni podziwu od jezdzcow Pierwszej Konnej, gnajacych przez ten sam ekran.

Dyskusja ta, o ile wiem, dotyczy glownie Stanow Zjednoczonych i, w mniejszym stopniu, Anglii. W innych krajach Europy Zachodniej, gdzie komunisci traktowali Sowiety w sposob absolutnie sluzalczy nawet po rewelacjach Chruszczowa, nie wydaje mi sie to tematem budzacym podobne namietnosci co w USA (moze dlatego, ze nie bylo McCarthy'ego, poza tym we Wloszech czy Francji jednak mniej mozna bylo wyszpiegowac). Znaczna czesc akt sowieckiego wywiadu (nie wszystko) z tamtych lat zostala odtajniona i skala dzialan organow sowieckich przeciwko USA nie ulega dzis watpliwosci. Ale chcialbym dozyc dnia, kiedy Amerykanie odtajnia SWOJE akta operacyjne i kiedy przeczytac o dzialalnosci ich wywiadu.

Wspolautorem ksiazki, ktorej tytul przytaczam powyzej, jest facet nazwiskiem Wasiljew, dziennikarz "Komsomolskoj Prawdy: i byly agent KGB. Wspolrezyserzy filmu "Czapajew" nazywali sie tak samo. Kto wie?

Henryk Dasko

To: ianf@xxxxxx.se
Date: Tue, 28 Sep 1999 23:13:13 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: "Podhoretz in Retirement: A Report on the Mortality of Friendship"

# Tue, 28 Sep 1999 00:06:37 -0300
# Automatic digest processor <LISTSERV@H-NET.MSU.EDU>
# H-HOLOCAUST Digest - 26 Sep 1999 to 27 Sep 1999 (#1999-57) [...]

<http://www.h-net.msu.edu/logs/showlog.cgi?list
=h-holocaust&file=h-holocaust.log9909d/4&ent=0
>

"Podhoretz in Retirement: A Report on the Mortality
of Friendship," a review essay by Albert S. Lindemann
Norman Podhoretz Ex-Friends: Falling Out With Allen
Ginsberg, Lionel and Diana Trilling, Lillian Hellman,
Hannah Arendt, and Norman Mailer. New York, The Free
Press, 1999. 244 pp.

Dear Luc, dzieki serdeczne. Tekst niezwykle ciekawy. Nie wiem, kto to Lindemann, ale trudno nie podejrzewac, ze byl pisany z mysla o jakims powaznym periodyku, kto wie, czy nie NYRB. Bob Silvers lubi takie rzeczy odrzucac, oni nieznajomych nie wpuszczaja (wiem od Adama i Ireny Grudzinskiej-Gross). To by tlumaczylo doszlifowanie tekstu, z mojego doswiadczenia wykracajace poza standarty Inetu.

Bardzo to na czasie, bo chcialbym napisac cos obszerniejszego o maccarthyzmie, moze nawet w kontekscie marca 68 - widze pewne analogie. Nie wiem jeszcze co, ale temat wydaje mi sie na Polske ciekawy, oczywiscie dla waskiego grona czytelnikow. Nie sadze, zeby  GW byla zainteresowana, wiec moze dla ResPubliki. Za kilka dni przyjezdza kobieta mego zycia z Warszawy, wiec czasu bede mial malo, ale zrobie sobie bibliografie i moze zima w Szwajcarii napisze, jesli bedzie mnie stac, zeby znowu pojechac, co pewne wcale nie jest.

Jeszcze raz dziekuje,

Serdecznosci, h

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Wed, 29 Sep 1999 08:09:20 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Lem

Ola wspomina:

> Dla Lema mam duzy sentyment. Od "Opowiesci o pilocie
> Pirx" rozpoczela sie moja fascynacja s-f i czyms
> takim co zazwyczaj pozostawia apetyt "na wiecej"
> czyli krotka forma lit. nazwana opowiadaniem.

Ja takoz. Wlasciwie od tego zaczal sie moj Lem, chociaz wielbicielem s-f nie jestem. To byla swietnie napisana ksiazka, o bardzo wysokim poziomie pisarskiego rzemiosla. "Opowiesci o pilocie Pirxie" uwazam za niedocenione i nieslusznie zapomniane, a pare opowiadan ("Test", "Polowanie", "Terminus") to bezsprzeczna klasyka nie tylko gatunku, ale wlasnie pisarskiego fachu. Pamietam, ze pierwsza nowele, wlasnie "Test", niezwykle pomyslowa i zgrabnie zmontowana, pochlonalem z zachwytem. Lem mial znakomite wyczucie detalu, kapitalny jezyk i dialogi, a te opowiadania skladaly sie bardzo sprytnie w kompletna powiesc.

Myslalem, ze czytalem to w wieku lat moze szesnastu, ale okazuje sie, ze "Opowiesci" wyszly w roku 68, a wiec mialem lat juz 21. To byly w ogole nienajgorsze lata dla polskiej prozy, i to najrozniejszego autoramentu - "Sennik wspolczesny", "Disneyland", "Jak byc kochana", "Salon wytrzezwien".

Dobre ksiazki.

Henryk D.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Wed, 29 Sep 1999 10:49:18 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Tokarczuk i nie tylko

Alek pisze:

>> Co to jest ta memetyka? Kiedys w Polityce
>> L. Stomma obsmial ja strasznie, ale bronila
>> jej (memetyki) Magdalena Fikus, dla ktorej
>> mam duzo szacunku. Wiec jak to jest?
AR>    Memetyce kopa w d... moze da ktos bardziej kompetentny,
AR>    tekst Stommy czytalem, zgadzam sie jak najbardziej.

Taka ksywe miala moja nauczycielka matematyki, obciazona wada wymowy. Nazywala sie Eugenia Zajaczynska, byla osoba zasluzona, albowiem jej maz, eks- powstaniec, byl niewidomy, a to juz byly czasy ZBOWiD-u, choc zlosliwi mowili, ze wzrok stracil od metylu, i nie w Powstaniu, ale za czasow Jozefa W. Mieszkala w nauczycielskim bloku na rogu Wiejskiej i Matejki, laureacie dorocznego konkursu architektonicznego "Mister Warszawy", obok sejmu, nieopodal Jana Gerharda, ktory tez slabo skonczyl. Uczyla nas w X klasie i kazala rysowac w brulionach kolorowe marginesy - do algebry niebieski, do trygonometrii czerwony. W rogu kazdej strony kazdego zeszytu kazdego ucznia stawiala wlasny inicjal, zeby nie wyrywano kartek. Dzis wiem, ze taka osobowosc po angielsku nazywa sie "control freak". Sfalszowalem kiedys ten inicjal, podswietlajac kartki lampa, ale zorientowala sie natychmiast. W szkole nastapil rokosz i trzymali ja tylko jeden rok - o rok za dlugo. Przed nia uczyl nas maly, zlosliwy blondynek, nazwiskiem Kosinski. Stalowal buty na specjalnej, podwyzszonej podeszwie, a w osmej klasie mial ostry romans z przerosnieta Bozena W., ktora go publicznie prowokowala. Po dobrej p. Zajaczynskiej nastapil facet nazwiskiem Zabrodzki, czlowiek nieglupi i cyniczny. Z korepetycji, ktorych za sowitym wynagrodzeniem udzielal wlasnym uczniom, nabyl wytworny automobil marki Trabant 601, o barwie pomyj, pogardliwie acz trafnie zwany "mydelniczka". NRD bylo jedynym krajem swiata, ktore potrafilo taki kolor zmiksowac. Poza czlonkami zwiazkow zawodowych w Kanadzie nigdy nie udalo mi sie spotkac ludzi rownie niezainteresowanych wykonywana praca, co moi nauczyciele gimnazjalni.

AR>    Pisal Henryk, ze czas wczesno-srodkowego
AR>    Lema byl dobrym czasem dla literatury. Dzis
AR>    chyba tez nie jest az tak zle, m i m o 
AR>    wysypu Miloszow/ Zagajewskich/ Baranczakow.

Nie wiem, czy nie az tak zle. Nie wiem, ilu jest solidnych autorow, umiejacych napisac normalna, ciekawa, fachowo skonstruowana powiesc, nie epatujac pseudomistycyzmem i koszmarna maniera. Nie bede tanczyl majufesa na cudzym pogrzebie i wymienial nazwisk i tytulow, ale "Wegiel" Aleksandra Scibora-Rylskiego, sztandarowe dzielo socrealizmu, to pod wzgledem fachu Tolstoj w porownaniu z dzisiejszymi prozaikami.

Wasz, Henryk

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Wed, 29 Sep 1999 23:31:20 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Tokarczuk i nie tylko

Alek, obrazowo:

AR>    rozumiem, ze jednak jakis majufes zostal odtanczony,
AR>    bo czy trzeba daleko szukac adresata(tki) owych
AR>    "pseudomistycyzmu" i "koszmarnej maniery"? Zalozmy,
AR>    ze sie nie myle, i pod but trafila osoba z 'subject'.
AR>    Czaplinski&Sliwinski zaliczaja "Dzien...dzien..."
AR>    do gatunku sylwy ponowoczesnej (moim zdaniem, kula
AR>    w plot), w koncu fachowcy, nieprawdaz, wiec lacno
AR>    kazdy widzi, ze innego typu fachowosc w konstrukcji
AR>    tejze sylwy wymagana, niz w przypadku produkcyjniaka.
AR>    Co nie znaczy, ze l i t e r a t u r a  ta -- zla,
AR>    ale to kwestia gustu oczywiscie (powiem przy okazji,
AR>    ze autentycznego mistycyzmu w ogole nie trawie, a ten
AR>    -- zwany pseudo -- moze i czym innym jest. Maniera
AR>    -- tez rzecz gustu, czy jest ona, czy tez dolozona
AR>    z zewnatrz, spierac sie mozna, o maniere Gretkowskiej
AR>    to bym sie nie sprzeczal nic a nic, bo widac ja jak
AR>    pale zubra, gdy sra (sam bylem swiadkiem w Bialowiezy,
AR>    a wrazliwszych za jedrnosc porownania przepraszam)).
AR>        Ale zeby sie porzadnie poklocic i w szczegole
AR>        (pod butem) i w ogole (pogrzeb), to trzeba by
AR>        wytoczyc najpierw katalogi, potem klasyfikacje,
AR>        wreszcie -- oceny. Na ktore to roboty nawet gdy
AR>        ma ktos czas, to pewnikiem z intencja wiekszego
AR>        nakladu. Ale krotsze jakies, od-sufitowe oceny
AR>        dadza sie wysmazyc: moze jednak nie dzis, bo
AR>        pozno, zreszta czy kto to czytal w ogole?

Nie, Alek, ja nie o Tokarczuk. Przepraszam, jesli niejasno. To nie moja pisarka, ale bezsprzecznie cenie, choc ostatniej ksiazki nie czytalem. Ja o Gretkowskiej, Filipiak, Tryznie, Rudzkiej, Saramonowicz, wypieszczonych publicznie poza granice wszelkiej przyzwoitosci, ja o powaznych nagrodach literackich dla watlych ksiazeczek Wein i Grena, nie dlatego, ze takie dobre, tylko dlatego, ze jesli nie im dac, to trzeba po raz kolejny obdzielic te same dwa czy trzy nazwiska.

Ja, skoro juz literaturoznawcow przytaczamy, o slowach Jarzebskiego ("Probuje zrozumiec, skad sie wziela i na czym polega przedluzajaca sie zapasc, na ktora cierpi literatura w Polsce po antytotalitarnym przelomie") i Jarosinskiego ("[proza ostatnich lat] weszla w okres przesilenia, zalamania wszystkich form. Koniec z fabulami, narracje moga istniec tylko w stanie dekompozycji lub parodii, w tekstach ostatecznie przestala sie odbijac rzeczywistosc, odbijaja sie jedynie inne teksty"), pod ktorymi podpisuje sie wszystkimi konczynami.

Mysliwskiemu niedlugo stuknie siedemdziesiatka, Wojciechowski ma lat szescdziesiat z niewielkim okladem. Nie ich mialem na mysli, ale raczej autorow, ktorzy jeszcze nie zdazyli osiwiec.

Pozdrawiam, Henryk

To: ExL@xxxxxxx.com
Date: Thu, 30 Sep 1999 10:59:06 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Tokarczuk i nie tylko

Jurek pyta:

>> publicznie poza granice wszelkiej przyzwoitosci,
>> ja o powaznych nagrodach literackich dla watlych
>> ksiazeczek Wein i Grena, nie dlatego, ze takie
>>                   ^^^^^

> Romana Grena?

Tegoz. Wydal w oficynie OPEN 70-stronicowy zbiorek opowiadan pt. "Krajobraz z dzieckiem". Bardzo osobiste i ladnie napisane, przeczytalem z zaciekawieniem i przyjemnoscia, bo losy podobne do moich wlasnych. Tomik dostal nagrode Fundacji Kultury za 96 rok. Do nagrod literackich ta ksiazka kwalifikuje sie tak samo jak ladnie zagrany Polonez As-dur do laurow konkursu chopinowskiego.

Henryk

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Thu, 30 Sep 1999 11:48:52 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Mec. Bednarczyk

Jeszcze Jurek:

JK>    Trafila do mnie z opoznieniem wiadomosc, ze
JK>    w sierpniu zmarl mec. Bednarczyk, Tadeusz mu
JK>    chyba bylo na imie. [--] Z tego, co (ledwo)
JK>    kojarze, byl on w czasie wojny oficerem AK,
JK>    zajmowal sie czyms, co on sam nazywal pomoca
JK>    Zydom w wydostaniu sie z warszawskiego getta,
JK>    a inni twierdzili, ze owszem, ale w porozu-
JK>    mieniu z Niemcami i za duze pieniadze.
JK>    Wiem, ze w duzo pozniejszych latach pisal
JK>    jakies bardzo podle rzeczy o Zydach, i bodaj
JK>    przystal do "Grunwaldu".
JK>    Ktos pamieta wiecej i moze potwierdzic,
JK>    albo zaprzeczyc temu co powyzej?

Napisal trzy ksiazki: "Zycie codzienne warszawskiego getta", "OW-KB-AK. Zydzi polscy dzisiaj" i "Wiesenthal contra Walus, Demianiuk i inni". Ukazaly sie w Wyd. Ojczyzna, obok ks. Trzeciaka, "Protokolow medrcow Syjonu", "Zydzi przeproscie" Wysockiego, "Poznaj Zyda" Gajewskiego, "Miedzynarodowy Zyd" Henry Forda, etc. Czytalem tylko pierwsza z nich. Jej zasadnicza teze juz ktos kiedys napisal - wdowa po unteroficerze wychlostala sie sama. Nie warto o tym, Jurek, pisac. Ta ksiazka nie rozni sie od innych, wydawanych przez te sama oficyne. Powstala w roku 63., a niezmieniony wstep zawiera dziekczynny pean do gen. Moczara. Nawet wtedy nie chcieli jej drukowac, a Bednarczyk skarzyl sie na okladce, ze przez 32 lata nie mogl znalezc wydawcy.

Bednarczyk, o ktorym Zydzi mowili, ze byl szczegolnie brutalnym poborca podatkowym w getcie warszawskim, mial przy tym znaczna wiedze na temat codziennosci getta. Byl oficerem Organizacji Wojskowej- Korpusu Bezpieczenstwa i mial swoj udzial w tworzeniu Zydowskiego Zwiazku Wojskowego w getcie, organizacji skupiajacej bylych zolnierzy WP. Bednarczyk pisze, ze w getcie warszwskim bylo "kilkunastu oficerow rezerwy". Historie getta znam slabo i nie wiem, jaka role ZZW odegrala (wedle Bednarczyka byla to organizacja kadrowa, a w chwili zamkniecia getta liczyla 100 czlonkow). Jej inicjatorem byl dzialajacy w konspiracji po stronie aryjskiej por. Tarnawa-Petrykowski, (w 1943 awansowany do stopnia pulkownika), wnuk Nahuma Sokolowa, sekretarza Swiatowej Organizacji Syjonistycznej. Bednarczyk byl zastepca Tarnawy w referacie zydowskim.

Tarnawa-Petrykowski przezyl, po wojnie dzialal nadal w konspiracji. Aresztowano go w 1945. Dostal 10 lat.

Henryk

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 04 Oct 1999 00:12:57 +0200
From: Alek Radomski <arad@xxx.pl>
Subject: Baranczak (Re: [ExL] Finalisci nagrody literackiej NIKE '99

>      Stanislaw Baranczak
>                     Chirurgiczna precyzja. Elegie
>                     i piosenki z lat 1995-1997 (a5)

Odbyla sie imprezka, byly elyty, TV (2 program) transmitowala na zywo. Nike '99 dostal Baranczak. W zgodzie z moimi przewidywaniami (a n i e mialem zadnych przeciekow z jury). Wygladalo to tak, ze jesli Rozewicz bedzie chcial, to spora szansa, ze dostanie. Rozewicz nie chcial, do Warszawy nie przyjechal, malpy z siebie (w nagraniach wczesniejszych -- wstawki filmowe do programu typu "co autor czuje" etc.) robic nie chcial, i nawet -- inaczej niz Przybylski, ktory tez z siebie malpy itd., -- nikomu nie przekazal owego medialnego obowiazku (Przybylski zlecil to swemu wydawcy).

Nastepny w kolejce (jesli nie pierwszy! w koncu Rozewicz juz sie zdazyl byl przyzwyczaic, ze nagrod nie dostaje, nie?) -- nastepny w kolejce byl Baranczak, bo chory. Parkinson, or smth. No i sie sprawdzilo, a jakze.

Gowniana ta nagroda (choc dosc wysoka -- 70 000 zl), marna jej formula (niby nagradzana jest k s i a z k a, a nie autor...) nie budzace szacunku jury (choc z szacownymi postaciami, jak np. prof. Janion, czy Henryk Samsonowicz -- do p. Bratkowskiego, prof. Blonskiego itp. jakos szacunku nie umiem w sobie wzbudzic.)

No i tyle z niwy kultury, w niedziele, wieczorem.

-A.R.

>        Jerzy Pilch
>                     Bezpowrotnie utracona leworecznosc
>                     (Wydawnictwo Literackie)
>        Ryszard Przybylski
>                     Basn zimowa: esej o starosci (Sic!)
>        Tadeusz Rozewicz
>                     zawsze fragment. recycling (Wydawnictwo
>                     Dolnoslaskie)
>        Olga Tokarczuk
>                     Dom dzienny, dom nocny (Ruta)
>        Magdalena Tulli
>                     W czerwieni (W.A.B.)
>        Adam Zagajewski
>                     W cudzym pieknie (a5)

> Ogloszenie "zwyciezcy" na poczatku pazdziernika.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 04 Oct 1999 10:40:32 +0200
From: Alek Radomski <arad@xxx.pl>
Subject: Re: [ExL] ODP: Finalisci nagrody literackiej NIKE '99

HD>> Bratkowskiego rozumiem, ale prof. Blonski?
HD>> Dlaczego?

JL>    A Bratkowski - dlaczego? Pytam z czystej
JL>    ciekawosci, obu korespondentow (ze swiata
JL>    literatury i poboczy).

JL>    Jozef Lorski

Bratkowskiego dlatego, ze (za przyzwoleniem  GW, ktorej jest publicysta) marnuje lasy: "Wyborcza" bowiem wydrukowala p. Bratkowskiemu szereg tekstow, zajmujac plachty papieru (a to -- drewno!). Teksty te byly albo durne, albo bardzo durne (mowie oczywiscie o tekstach nt. literatury).

Natomiast Blonski, wslawiony (znowu ten przymiotnik:) durnym chichotem na zeszlorocznym rozdaniu Nike ("nagrode dostaje -- chi chi chi -- Czeslaw Milosz"; fama glosi, ze glowny kontrkandydat -- Kubiak od "Mitologii" -- tego wlasnie chichotu nie zniosl i sale opuscil), otoz Blonski, jako przewodniczacy jury, ma -- zakladam -- decydujacy wplyw na werdykt; potwierdzaja to rozmaite "przecieki" z zeszlego roku. Czynie go wiec odpowiedzialnym za salonowosc decyzji, za jawne rozejscie sie werdyktow ze (skadinad durna [*]) formula nagrody, ktora przewiduje nagradzanie ksiazek, a nie tworcow. Jesli malo, to dodam, ze krazy historia (chyba z prasy wzieta) o tym, jak to pytano Blonskiego o jakas ksiazke polskiego prozaika, nowa; prof. sie szeroko wypowiedzial, po czym dodal, ze sam nie zna, ale zona mu mowila. Wreszcie, rezygnujac z obowiazujacej od czasow rzymskich w europejskim prawie "presumpcji ustalonego stanu rzeczy vulgo niewinnosci", pytam sie o wybitnosc jakichkolwiek dokonan Blonskiego, proszac przy tym, by nie powolywano sie w odpowiedzi na niegdysiejszy artykul w "Tygodniku Powszechnym" 'Biedni Polacy patrza na getto', bo chodzi mi wylacznie o dokonania krytyczno-literackie.

[*] tzn. nie jest durne to, ze sie (teoretycznie) nagradza ksiazki, ale kryteria kwalifikacyjne: proza obok poezji, obok tego eseistyka (z dziedzin humanistycznych), w jednym worku debiutant z noblista: nic dziwnego, ze sie pojawia presja typu: 'nalezy sie Rozewiczowi jako forma rekompensaty za brak Nobla'; cala ta nagroda to nic wiecej niz zadyma medialna, o co pretensji nie mam (bo niby dlaczego mialbym miec), skoro jednak  GW udalo sie na sali zgromadzic prezydenta, marszalkow sejmu i senatu, (zwiedly) kwiat polskich elit -- i odbyc celebre pod tytulem "kultura, ach, kultura" -- to w tym miejscu juz sie moge czepiac o hipokryzje i naduzycie, zwlaszcza obciazajac tym tych, co to firmuja (jury) jakby nie wiedzieli, c o wlasciwie firmuja.

Co napisawszy, nie mam wyjscia, i przestaje szanowac takze cala reszte jury (jak konsekwentnie, to konsekwentnie).

-A.R.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 4 Oct 1999 08:11:31 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] ODP: Finalisci nagrody literackiej NIKE '99

Alek argumentuje precyzyjnie, logicznie i miazdzaco. O Bratkowskim [Stefanie - acz Alek mial na mysli Piotra Bratkowskiego, krytyka literackiego  GW, ktory tego roku zasiadal w jury NIKE (red.)] mysle podobnie; uwazam, ze jest intelektualnym szalbierzem, symulujacym erudycje, glebie przemyslen etc. Nie mam pojecia, co ma wspolnego z literatura, oprocz tego, ze siaduje w kawiarni Czytelnika, ale Irena Szymanska to on nie jest. Kiedys, w latach 70., uchodzil za specjaliste od nowoczesnosci, organizacji zycia spolecznego etc. Nie znam jego dokonan w tej dziedzinie, mozliwe, ze byly istotne.

Slonimski pisal kiedys o konkursie na pomnik Slowackiego, gdzie natknal sie na jakis dziwny projekt: "spore kolko i dwa patyki w srodku". Ktos mu wytlumaczyl, ze "dwa piony i kolo to bardzo gleboka aluzyjnosc do >Krola Ducha<". Okazalo sie, pisal Slonimski, ze to uniwersalny projekt-weteran, ktory chodzil juz po konkursach na znaczek pocztowy z okazji rocznicy bitwy pod Grunwaldem, na poludniowa sciane Marszalkowskiej etc. Jednym slowem - Bratkowski.

Podobnie tez mysle o Nike. Diagnoza Alka wydaje mi sie nienaganna. Co ciekawsze, ludzie z kregu  GW swietnie wiedza o mankamentach nagrody i o dosc powszechnej krytyce jej zalozen. Zmienic te zasady jest nietrudno, bo nagrod podzielonych na kategorie nie brak i maja sie swietnie. Nie mam pojecia, dlaczego trwaja przy takiej formule.

Ad prof. B. "Zmiana warty" byla ksiazka bardzo wazna, ale fakt, ze to mialo miejsce czterdziesci lat temu. Chyba w latach 80. wydal tom szkicow zatytulowany chyba "Mysli nie nowe", pamietam, ze czytalem z zainteresowaniem. Mozesz, Alek, podac pelny sklad jury?

Henryk

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 4 Oct 1999 15:39:15 +0200
From: Jozef.Lorski@xxx.xxx.xxx.pl
Subject: [ExL] ODP: Finalisci nagrody literackiej NIKE '99

HD> [O B.] mysle podobnie; uwazam, ze jest intelektualnym
HD> szalbierzem, symulujacym erudycje, glebie przemyslen
HD> etc. Nie mam pojecia, co ma wspolnego z literatura

Tu zaszla pomylka, zwiazana chyba z tym, ze Alek nie wyjasnil, o kogo chodzi. A chodzi o Piotra Bratkowskiego, a nie Stefana.

Jozef Lorski

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 04 Oct 1999 15:57:58 +0200
From: Alek Radomski <arad@xxx.pl>
Subject: Re: [ExL] ODP: Finalisci nagrody literackiej NIKE '99)

HD> Nie mam pojecia, co ma wspolnego z literatura,
HD> oprocz tego, ze siaduje w kawiarni Czytelnika,
HD> ale Irena Szymanska to on nie jest.

No tak, juz pan Lorski prostowal, ze Bratkowskich dwoch co najmniej; w Wyborczej siedzi Piotr, o poltora pokolenia mlodszy od Stefana (owegoz z dawnego "Zycia i Nowoczesnosci"). O Piotrze byla mowa, co nie znaczy ze Stefanowi nie zdarza sie pisac rzeczy durnych, wszelako od pisania o literaturze stroni, Piotr zas -- nie stroni (niestety).

HD> Podobnie tez mysle o Nike. Diagnoza Alka wydaje mi
HD> sie nienaganna. Co ciekawsze, ludzie z kregu GW
HD> swietnie wiedza o mankamentach nagrody i o dosc
HD> powszechnej krytyce jej zalozen. Zmienic te zasady
HD> jest nietrudno, bo nagrod podzielonych na kategorie
HD> nie brak i maja sie swietnie. Nie mam pojecia,
HD> dlaczego trwaja przy takiej formule.

Moja cyniczna odpowiedz brzmi: widac im sie marketingowo oplaca.

HD> Mozesz, Alek, podac pelny sklad jury?
Stanislaw Beres,[byl]
Jan Blonski, [byl]
Piotr Bratkowski,[byl]
Stefan Chwin, [byl]
Przemyslaw Czaplinski,  [byl]
Maria Janion, [byla]
Ryszard Kapuscinski, [nie bylo; bodaj powtornie]
Henryk Samsonowicz,[byl]
ks. Jozef Tischner[nie bylo; chory; ostatnie nagrody
tez z lozka odbieral; o ile pamietam
w zeszlym roku tez go nie bylo]
-A.R.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 4 Oct 1999 10:22:25 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] ODP: Finalisci nagrody literackiej NIKE '99

Aaaa, przepraszam i dziekuje za sprostowanie. Cala tyrada na nic. Krytyk "Gazety", czy tak?

Henryk

To: ____Textpert Alert____ <ianf@xxxxxx.se>
Date: Mon, 4 Oct 1999 18:50:04 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: (fwd) anty/ polonizm/ semityzm w jednym stali domku?

Serwus, Luc. Dzieki. Swietnie piszesz, szkoda Twojego piora na tych durniow. Mam jedno merytoryczne zastrzezenie: oni sobie tego "antypolonizmu" z palca nie wyssali, tylko nie umieja tego porzadnie wyartykulowac.

Zydzi amerykanscy sa przezarci nienawiscia do Polakow. Zdanie "byli gorsi od Niemcow" bylo przez cale dziesiatki lat obiegowe, teraz to troche przysiadlo, bo pokolenie okupacji i Kielc odchodzi. Nie wiem, w jakim stopniu to sie pojawialo w druku, ale Polacy mieszkajacy w Ameryce zdawali sobie z tego dobrze sprawe.

Nagonke na Kosinskiego zaczal Wieslaw Gornicki. Kiedys, jak przyjedziesz, pokaze Ci jego list w tej sprawie, ktory mi przyslal. Byl wetedy korespondentem PAP-u w USA. Nota bene w 1967, po wojnie szesciodniowej, napisal do swoich mocodawcow memorial, protestujacy przeciwko reakcji PRL.

Serdecznosci, h

# To: POLAND-L@LISTSERV.ACSU.BUFFALO.EDU
# Date:         Mon, 4 Oct 1999 02:40:19 +0200
# From: ____Rabin Hood____ <ianf@XXXXXX.SE>
# Subject:      anty/ polonizm/ semityzm w jednym stali domku?

To: wysepka <chawerim@XXXxxxxxxx.com>
Date: Mon, 4 Oct 1999 21:05:57 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Siostra Sputnika

Bylo to tak:

W lipcu 1963 pojechalem z ojcem na miesiac do Miedzyzdrojow. Z ojcem zylem nienajlepiej, mialem szesnascie lat i wiecej nas dzielilo niz laczylo. Jechalem z mieszanymi uczuciami, rodzice nie chcieli mnie puscic samego z kolegami (mialem tzw. nienajlepsze towarzystwo), w sierpniu mialem jechac na oboz harcerski. Trzeba bylo w lipcu cos ze mna zrobic, ojciec lubil wyrywac sie z domu, a moja matka nienawidzila letnich wyjazdow. Wyladowalismy wiec we dwojke w FWP "Jantar".

W Miedzyzdrojach nie znalem nikogo, a z samotnoscia zle sobie wtedy radzilem (dzis lubie). Ojciec postawil szlaban na pozne powroty, zreszta nie bardzo bylo dokad chodzic, a on jako towarzystwo na miesiac nie calkiem mi odpowiadal. Amerykanie powiedzieliby dzis, ze byl "uncool". Szlajalem sie z nim po deptaku, wylegiwalem na piasku i z odleglosci wpatrywalem w dziewczyny. Bylem chlopcem chmurnym i pelnym towarzyskich zahamowan. Do tego dochodzilo wyjatkowo paskudne zarcie w "Jantarze", a wybredny w jedzeniu nie jestem. Ojciec lubil dobrze zjesc, na restauracje wydawac nie chcial, zreszta sam byl raczej niesmialy i zle sie czul w obliczu bezczelnych kelnerow. Po paru dniach zalatwil wikt w osrodku wczasowym MSW (a moze MON-u?), gdzie karmili lepiej. Juz przy pierwszym posilku natknal sie tam na swojego znajomego, pana X.

Pan X. tez do najciekawszych nie nalezal. Usiadl przy naszym stoliku, ignorujac mnie i wdal sie w dluga rozmowe z ojcem na temat przesuniec personalnych w jakims abstrakcyjnym dla mnie urzedzie. Wstajac od stolika, powiedzial, ze ma syna w moim wieku o ladnym imieniu L., (dzis w Sztokholmie) [inny "L." niz red. dyz.], i ze powinienem (lubil wydawac polecenia) sie z nim zakolegowac. Choc potomek p. X. ex definitione zdawal mi sie postacia malo atrakcyjna, powedrowalem za p. X. do swietlicy, albowiem zaoferowal sie przelamac wstepne lody. X.-junior wodzil tam rej, opanowawszy swietlicowy adapter "Bambino", na ktorym puszczal w kolko plyte Presleya "Elvis Regresa", piracka edycje "Elvis Is Back" wydana na Kubie, jaka mozna bylo nabyc w sklepie "Hawana" na rogu Kruczej i Alej Jerozolimskich.

Szalalem wtedy za amerykanskim piosenkarzem imieniem Dion [di Mucci (red. dyz.)] i mialem w pokoju dwie jego czworki - "Runaround Sue" i "Lovers Who Wander", ktore moj nie calkiem "cool" ojciec po otrzymaniu konkretnych i stanowczych instrukcji przywiozl byl z Francji. Przynioslem plyty, a L. laskawie zgodzil sie zaakceptowac moja obecnosc w swoim gronie.

"Elvis Regresa" - bo jestem pewien, ze nie jego towarzyskie talenty - najwyrazniej przysparzaly mlodemu X. pewnej popularnosci, albowiem otoczony byl grupka rowiesnikow, z ktorych nikogo juz dzis nie pamietam. Nieco na uboczu stala dziewczyna.

Byla piekna. Miala sniada cere, ciemne oczy i ciezkie, bardzo czarne wlosy, ktore otaczaly jej twarz. Nosila krotka spodniczke, baletowe pantofelki bez obcasa i rozowy sweterek bez rekawow. Miala tez przeslicznie wykrojone usta, a kiedy sie usmiechala, widac bylo biale i rowne zeby, co w Polsce stanowilo niejaka rzadkosc. Szly od niej lagodnosc i cieplo, a moze i leciutki cien melancholii. Jestem z natury czlowiekiem kochliwym i po dzis dzien uwazam dziewczeta i kobiety za jakas pomylke Pana Boga, ktory na pelnym fuchy swiecie cos tak cudownego zainstalowal, ani chybi wbrew wlasnym intencjom. Ale Siostra Sputnika, wokol ktorej jak cma wokol lampy natarczywie furkotal L., wydala mi sie najpiekniejsza dziewczyna, jaka kiedykolwiek zdarzylo mi sie ujrzec.

Nie pamietam poczatku naszej rozmowy. Wiem, ze przy Siostrze Sputnika czulem sie mniej nieporadnie niz z innymi dziewczetami; ze pragnalem jej obecnosci wszedzie i bez przerwy; ze spacer z nia, a nie tylko dlugie wieczory w dwoch zestawionych plazowych koszach, byl dla mnie powodem nieustajacej dumy, a moze i czyms w rodzaju objawienia. Swiat nabral innych barw, rodzice Siostry Sputnika okazali sie ludzmi rownie cieplymi jak ona (a raczej: Ona), a i sam Sputnik, bardzo wtedy nieletni, nie okazywal, wbrew moim obawom, wyraznego wstretu na moj widok.

Moj ojciec zareagowal na obecnosc Siostry Sputnika w moim zyciu w sposob nieoczekiwany. Zwyczajowo moich kolegow ignorowal, a zdarzalo sie (tak przynajmniej to odbieralem), ze traktowal ich w sposob w mojej ocenie malo zyczliwy. Kiedy dowiedzial sie, ze zaprosilem Siostre Sputnika do kawiarni, wydobyl z szafy jasny garnitur z francuskiego tropiku, dotad przeznaczony do emablowania urzedniczek na wywczasach, wylozyl maniera poety kolnierzyk koszuli, obul sie w azurowe pantofle czeskiej produkcji, spryskal woda kolonska Pulsa i pojawil w tejze kawiarni, po czym usiadl przy naszym stoliku. Ku mojemu zaskoczeniu, wydobyl z kieszeni paczke "Caro"(nigdy nie palil) w niebieskim opakowaniu (klamliwy slogan reklamowy glosil "wykonano z tytoni amerykanskich najprzedniejszej jakosci" w tym samym miejscu, gdzie dzis na paczce umieszcza sie zdanie "Umrzesz na raka") i dystyngowanym ruchem wydobyl papierosa, ktorego palil nie zaciagajac sie (nie umial). W ciagu szesnastu lat zycia z moim ojcem pod jednym dachem, poprzedzajacych ow wieczor, czegos takiego nie zdarzylo mi sie przezyc.

To byl piekny rok. W Zaduszki spacerowalismy po Cmentarzu Powazkowskim. Fotografowalem Siostre Sputnika siedzaca pod cmentarna brzoza w mojej czarnej, skorzanej kurtce (zdjecia zaginely w czasie licznych peregrynacji i dzis zostala mi tylko klisza pamieci). W deszczowe wieczory siadywalem na obitej wisniowym rypsem wersalce w jej (a raczej: Jej) stolowym na rogu Alei Niepodleglosci i Nowowiejskiej, w wojskowych blokach, pokrytych sczernialym tynkiem, w mieszkaniu na pierwszym pietrze, z oknami wychodzacymi na tramwajowe tory i kopule nieodleglego gmachu Politechniki. To Siostra Sputnika zaczela zabierac mnie w soboty do TSKZ-u, gdzie L. popatrywal na mnie z nieukrywanym obrzydzeniem i udawal, ze mnie nie poznaje. To dzieki niej wszedlem w srodowisko, ktore potem stalo sie najbardziej moje na dlugie dekady, a do ludzi, ktorych przez nia poznalem, zywie dzis nadal najgoretsze uczucia. Znosila bez sprzeciwu moja manieryczna arogancje, moje fascynacje kiepska literatura, moj brak rozeznania w tym, co dobre i wazne. Cierpliwie, madrze i malo skutecznie uczyla mnie kobiet.

Nie umialem docenic Siostry Sputnika. Nie umialem docenic wielu kobiet, jakie w zyciu poznalem, ale malo z nich zaslugiwalo na owo docenienie w rownym stopniu co ona. Rozstalismy sie po troche wiecej niz roku, z mojej i tylko mojej winy. Siostra Sputnika plakala. Czulem sie podly i pamiec tamtej rozmowy jest we mnie dzis rownie wyrazna, jak obraz Siostry Sputnika, ktory moge w kazdej chwili przywolac. Wkrotce Siostra Sputnika poczela towarzyszyc mlodym ludziom znacznie ode mnie madrzejszym, a moze po prostu wiecej widzacym. A ja - ja spedzilem te czesc zycia, ktora warto pamietac myslac o niej czesto, moze nawet zbyt czesto.

Pisze to nie tylko gwoli nostalgii. Pisze to, aby kazda z Was wiedziala, ze gdzies jest facet, ktory Was - wszystkie, bez wyjatku - tak samo pamieta. A jesli tak o Was nie pisza, to tylko dlatego, ze boja sie swoich wiedzmowatych zon, a moze i boja sie, ze ktoregos dnia uciekna, zeby Was odnalezc. Poniewaz zony nie mam, moge pisac bezkarnie, co mi sie zywnie podoba.

Wasz, Henryk

To: wysepka <chawerim@XXXxxxxxxx.com>
Date: Tue, 5 Oct 1999 14:47:48 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: Siostra Sputnika

Edek, z podejrzanym zainteresowaniem:

> Heniek,
> Napisales to wspaniale. Mozna zazdroscic.
> Wyobrazam sobie,ze siostrze Sputnika bedzie
> przyjemnie przeczytac[*], jak ty ja pamietasz.
> Ale co robiliscie w tym pokoju?

Danka, trzezwo:

>    Edziu, bedziesz musial poczekac na trzeci
>    numer plotkarskiego Biuletynu. Tam wlasnie
>    tego rodzaju detale beda opublikowane.

Nie, nie bedzie musial. W kwestii formalnej - nalezaloby zapytac nie mnie, ale Sputnika, ktory twierdzi, ze wszystko widzial. Ale skoro juz, Edek, domagasz sie blizszych wyjasnien...

Otoz Siostra Sputnika dawala mi lekcje nauki o kobietach, czyniac to delikatnie i niespiesznie. W trzydziesci piec lat pozniej ze smutkiem konstatuje, ze choc byla nauczycielka o jakiej kazdy mlody czlowiek mogl tylko snic, choc zdarzylo mi sie wtedy cos niezwyklego, o czym ludzie marza przez cale zycie - okazalem sie uczniem malo pojetnym, zainteresowanym bardziej rozrywkami towarzyskimi niz wiedza tajemna. Moje pozniejsze losy (te zle i te dobre, bo jednak czegos sie nauczylem) sa po czesci efektem owej tepoty i braku koncentracji, za ktora nie moge winic nawet szczeniecego wieku. Piszac powyzsze nie mam na mysli - rozczarujesz sie, Edek - goraczkowych pieszczot do wtoru piskow Sputnika za drzwiami [n.b. caly ambaras na nic, bo Sputnik niczego nie pamieta—mowi; mam na pismie (red. dyz.)]. Mam na mysli zupelnie cos innego.

Wasz, Henryk

[*] bylo, ale dowiedziala sie o tym liscie dopiero w 2007 roku.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Wed, 13 Oct 1999 08:45:17 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Dwa artykuly

Alek pisze:

AR> [odnosnie] tekstu Normana Daviesa [Europe's Jewish
AR> story (...) ze zrodla: New Statesman; May 1 1998,
AR> v127, n4383, p10(3)] przyznam, ze cos mi umyka.
AR> Mianowicie, mimo dwukrotnej lektury, nie jestem
AR> w stanie wykryc w tresci czytelnego wywodu, ktory
AR> by poszerzyl i uzasadnil teze zawarta w tytule:
Davies>    Europe's Jewish story: both the history of the
Davies>    Jews in Christendom and the account of modern
Davies>    crimes against humanity are ill-served by the
Davies>    concept of anti-Semitism
AR> Owszem, pisze Davies rzeczy sluszne, dodam ze (moze
AR> to kwestia m i e j s c a  czytania) sluszne w sposob
AR> zasadniczo oczywisty, mam wrazenie, ze z roznych
AR> lektur, przemyslen, polemik etc., nie tak krotko
AR> wyrazone, ale z grubsza tozsame merytorycznie te tezy
AR> znane sa od dawna (choc nikomu na tej nie liscie nie
AR> sprawi klopotu wskazanie calych tlumow, co mysla,
AR> jesli mysla, inaczej).
AR> Ale tego "ill-served by ... anti-Semityzm" nie
AR> potrafilem z tekstu wy-rekonstruowac.

Podpisuje sie pod slowami Szefa XL. I ja takze nie calkiem rozumiem wywod prof. Daviesa, choc moze niewystarczajaco uwaznie przeczytalem. Nasuwa mi sie kilka uwag:

Davies>   "Many of us will have forgotten, or never have
Davies>    known, where the concept of anti-Semitism came
Davies>    from. According to the best authorities, it was
Davies>    invented in 1879 by a notorious German racist
Davies>    and Jew-hater, Wilhelm Marr (1818-1904)."

Slowo "modern" bardzo by sie tu przydalo, bo bez tego zdanie nie ma sensu, jako ze antysemityzm nie powstal pod koniec XIX wieku.

Davies>   "In the case of the Jews, one would have to examine
Davies>    the careers of individuals such as Henryk Jagoda,
Davies>    who organised Stalin's purges before being purged
Davies>    himself and of Jacob Berman in Poland. Both played
Davies>    prominent roles in some of the most murderous
Davies>    episodes of mass repression."

Zestawienie Jagody z Bermanem wydaje mi sie intelektualnie nie do obrony, podobnie, jak przypisanie Bermanowi "some of the most murderous episodes of mass repression". Okreslenie "most murderous" nie odpowiada prawdzie. Po zakonczeniu terroru NKWD w Polsce (44-45) polski stalinizm czasow Bermana opieral sie zasadniczo na represjach wieziennych, a nie na masowych morderstwach. Zginely niewinnie tysiace ludzi (Socha/Turlejska podaje szczegolowe, choc niepelne dane w "Te pokolenia zalobami czarne"), ale w porownaniu z innymi krajami komunistycznymi bermanowskie represje, acz jednoznacznie okrutne, nie byly okresem masowego pozbawiania zycia.

Davies>   "There were far more Dutchmen, Scandinavians and
Davies>    Hungarians in the Waffen-SS than Ukrainians."

W Waffen-SS sluzylo 76.000 Ukraincow i ukrainskich kozakow.

Skandynawow, w sumie, bylo ponizej 20 tys, z tego najwiecej Dunczykow (11.300) i Norwegow (6.000). W Waffen-SS sluzylo 50 tys. Holendrow. Sprawa Wegrow jest bardziej skomplikowana, albowiem z 80 tys. wegierskich zolnierzy Waffen-SS wiekszosc stanowili "etniczni Niemcy". Antonio Munoz, ktory sie tym tematem zajmuje, pisze, ze Wegrow byly "tysiace".

Cyt. zdanie prof. Daviesa odczytuje nie zbiorczo (Dutch+Scand+Hung), ale indywidualnie i mam wrazenie, ze nie popelniam bledu. Jesli tak - teza prof. Daviesa nie odpowiada prawdzie.

Henryk

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Fri, 15 Oct 1999 09:07:23 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Waffen SS

Jurek K_uk pyta:

> Ile wlasciwie bylo dzielnych chlopcow w SS-Walonien?
> Francuzi i franko-Belgowie strasznie nie lubia
> o tym mowic... Na temat Charlemagne jeszcze mniej.

> Tu pisze, ze 4 tysiace.

> http://www.icubed.com/~avgst1/division2.html

> Gdzie indziej, ze dwa razy tyle, ale zgubilem adres.

> Pod wyzej podanym o Ukraincach jest jedna wzmianka
> o Galizische No. 1, z 22 000, ale pewnie trzeba dodac
> tych wlaczonych do innych dywizji.

Mam dosc autorytatywna ksiazke Antonio J. Munoza "Forgotten Legions. Obscure Combat Formations of the Waffen-SS". Munoz to eks-U.S Marine, z zawodu technik dentystyczny, jeden z tych oszalalych hobbystow, ktorzy potrafia zebrac wielka ilosc informacji. Mieszka w NYC i jest zafascynowany SS (to nie jest jego jedyna ksiazka). Zakladam wiec, ze zebral najdokladniejsze z dostepnych danych.

Munoz podaje stan 4000 w SS-Walonien na polowe grudnia 1944. Wtedy Niemcy brali mieso armatnie, jak leci. Wczesniej byla to brygada o sile 1200-2000 ludzi. W sumie ochotnikow walonskich w Waffen-SS mialo byc 15 tysiecy, Flemingow - 23 tysiace, Holendrow - az 50 tysiecy. Procentowo zapewne najwiecej Lotyszow - 39 tysiecy.

Razem w SS sluzylo: 185 tysiecy Niemcow etnicznych (zyjacych w innych krajach); 200 tysiecy ochotnikow z Eur. Wsch.; 137 tys. z Eur. Zach.; 400 tysiecy Niemcow (niemieckich) - okolo miliona ludzi.

Henryk

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Fri, 15 Oct 1999 10:05:16 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Jeszcze nt Waffen SS

Wiktor pisze:

> Swego czasu otrzymalem informacje (ktorej
> dzis nie moge juz zlokalizowac), ze w Waffen-
> SS najsilniejsza grupa janczarow stanowili
> Bosniacy. Padalo to przy okazji dyskusji nt
> Bosni (wiec dobre 5 lat temu), i podawane
> bylo przez naszych znajomych Serbow.

Specjalnej jednostki nie bylo. Sluzyli w SS-Kama (chorwacka) i oddzialach serbskich.

Henryk

To: SERIO@SMULTRON.XXXX.XXXXXXX.SE
Date:        Sat, 16 Oct 1999 13:34:11 +0200
From: Leszczynscy <leszcze@XXXXXXX.XXXXX.LU>
Subject:      [SERIO] mniej abstrakcyjnie, bardziej osobiscie

Jeszcze przed agresja Niemiec na ZSRR moja babcia wraz z moja mama, jak czesc Zydow uciekajacych z terenow Polski okupowanych przez Niemcow, przedostala do stacji kolejowej w Zarebach Koscielnych (wtedy obszar juz zajety przez Zwiazek Radziecki). Byly tam tlumy ludzi. Czesc stanowili ludzie, przede wszystkim Zydzi, ktorzy uciekali z okupowanej przez Niemcow czesci Polski. Druga czesc stanowili ludzie, ktorzy chcieli wydostac sie z terenow zajetych przez Armie Czerwona i ktore przylaczono do ZSRR. Uwazali oni, ze bardziej bezpiecznie dla nich bedzie w czesci Polski zajetej przez Niemcow.

Po kilku dniach oczekiwania na pociag przyszedl oficer radziecki i przemowil do tlumu ludzi czekajacych na stacji:

- Ci ktorzy chca jechac do Warszawy niech stana po prawej stronie placu.

- Ci ktorzy chca jechac w glab Zwiazku Radzieckiego winni stanac po lewej stronie placu.

Babcia z moja mama chcialy jechac jak najdalej na wschod.

Wsrod tlumow rozeszla sie blyskawicznie informacja, ze Rosjanie w podobnych sytuacjach wprowadzaja swiadomie oczekujacych w blad i w koncowym efekcie ci, ktorzy chce wyjechac z terenow zajetych przez ZSRR, kierowani sa do pociagow jadacych na wschod. Na stacji kolejowej powstalo zamieszanie. Wszyscy biegali zdezorientowani, chcac dowiedziec sie gdzie zatrzyma sie pociag, ktory odjedzie pozniej w oczekiwanym przez nich kierunku. Kiedy moja zdezorientowana babcia bezradnie rozglada sie, stojacy na stacji 8-letni chlopczyk zapytal sie, gdzie chce jechac. Gdy babcia powiedziala, ze w glab terenow zajetych przez Rosjan, chlopczyk kazal stanac jej po prawej, czyli wsrod tych, ktorzy wedlug informacji radzieckiego oficera mial przyjechac pociagiem odjezdzajacym pozniej w kierunku Warszawy. Babcia przez chwile zastanawiala sie - czy uwierzyc temu 8-letniemu malcowi.

Wiedziala, ze od tej decyzji zalezy jej zycie, zycie jej corki. Jeszcze raz powtorzyla pytanie. Chlopczyk jeszcze raz powiedzial - z prawej strony. Babcia natychmiast zdecydowala sie postapic zgodnie z rada chlopczyka i ustawila sie z prawej strony placu.

Po lewej stronie ustawili sie zgodnie z informacja radzieckiego oficera ludzie, ktorzy chcieli pojechac w glab terenow zajetych przez Rosjan. Po pewnym czasie zjawil sie oddzial zolnierzy radzieckich, otoczyl te bardzo liczna grupe, ktorej duza czesc stanowili Zydzi - uciekinierzy z terenow po zachodniej stronie owczesnej granicy. Oddzial zolnierzy doprowadzil te grupe do przejscia granicznego z Niemcami i zmusil uciekinierow do przekroczenia granicy.

Pociag, na ktory czekala moja babcia i mama nadjechal po dwoch dniach. Odjechal on wraz z moja babcia i mama na wschod. Wedrowka rodziny po ZSRR (z odnalezionym w tym czasie we Lwowie moim dziadkiem) zakonczyla sie w miescie Wyksa w Gorkowskoj Oblasti. Tam rodzina biednie, ale bezpiecznie mieszkala do 1946.

W 1946 roku wrocili do Polski, gdzie najpierw mieszkali w Pieszycach, moja mama uczyla sie i mieszkala w Dzierzoniowie, nastepnie we Wroclawiu. W 1949 przyjechali do Warszawy, gdzie do dzisiaj mieszka moja babcia i mama. Gdy mama, przebywajac wielokrotnie sluzbowo w ZSRR chciala odwiedzic Wykse, miasto w ktorym przezyla prawie 5 wojennych lat, nigdy nie dostala zgody wladz radzieckich na przejazd do tej miejscowosci - strefa zamknieta dla cudoziemcow.

Opis okolicznosci, ktore spowodowaly, ze moi dziadkowie i mama przezyli wojne przedstawilem Wam aby wskazac jakie wydarzenia wplywaja na moja odpowiedz na pytanie - jak przezycia koszmaru wojny przez moich rodzicow wplynely na mnie, jakich mnie dostarczylo doswiadczen.

Do dzisiaj babcia, ktory ma obecnie 91 lat i cieszy sie doskonalym zdrowiem oraz moja mama, podczas skladania zyczen urodzinowych lub noworocznych, zycza nam najpierw abysmy nigdy nie zaznali doswiadczen wojny. Urodzony po wojnie zaznalem szczescia nie przezywania osobiscie tych koszmarnych doswiadczen. Wojenne przezycia mojej rodziny uksztaltowaly we mnie tylko przekonanie, ze swiat codzienny przez nas budowany, moze nagle zostac zniszczony, wszystko co bylo rezultatem naszej pracy moze zostac natychmiast stracone.

Przezycia mojej rodziny wyrobily we mnie przekonanie, ze o naszych losach decyduje w ogromnej mierze przypadek - przyniesie smierc lub pozwoli przezyc. W mojej swiadomosci tym szczesliwym przypadkiem, ktory dzisiaj pozwala mi pisac ten jest e-mail, jest 8-letni chlopczyk ze stacji kolejowej Zareby Koscielne.

Mam nadzieje, ze on tez przezyl wojne. Przykro mi tylko, ze chyba niemozliwe jest odnalezienie go i wyrazenie wdziecznosci za jego zbawienna rade. Ta postac i jego zbawienna rada czesto odzywaja sie mojej swiadomosci.

Z wyjatkiem brata, ktory zmarl w Polsce pod koniec lat szescdziesiatych, cale pozostale rodzenstwo dziadka zginelo podczas wojny, babcia byla sierota juz w wieku kilkunastu lat.

Fakt uratowania sie tylko rodziny moich dziadkow przyczynil sie do tego, ze wiezi rodzinne w naszej malej rodzinie sa bardzo silne. Kiedy po Marcu 68 bylo wiadomo, ze cala rodzina, w tym urodzona w ZSRR podczas wojny siostra mojej mamy, nie bedzie mogla wyjechac z Polski, byla to jedna z najistotniejszych przyczyn pozostania. Na poczatku lat siedemdziesiatych w mojej rodzinie bylo tylko 5 osob, a poza Polska nie mamy zadnych krewnych.

Bylem wychowywany w taki sposob, ze swiadom jestem ulotnosci stanu w jakim w danym okresie czlowiek zyje. Ze osiagniecia, szczegolne te materialne, nie sa jedyna miara dokonan czlowieka, bo dzisiaj sa, a jutro moga nagle przestac istniec. Jakkolwiek obecnie moje warunki materialne na pewno nie sa dla mnie powodem dla jakiejs troski, zyje ze swiadomoscia, ze jest to stan, ktory jest czyms bardzo ulotnym i w czasach niebezpiecznych moglby byc szybko utracony. W sytuacjach zycia codziennego lub zawodowych, wywolujacych stres, czesto sobie uswiadamiam, ze moje dzisiajsze klopoty i rozterki sa niczym w porownaniu do przezyc, ryzyk i dylematow, z ktorymi miala do czynienia moja rodzina w okresie wojny. Takie spojrzenie na swiat ugruntowaly rowniez przezycia wojenne mojego tescia, ktory przezyl kiluletni koszmar obozu Auschwitz.

Ja nie zyje z uczuciem ciezaru koszmaru wojny. Rowniez dlatego, ze naleze do tego szczesliwego pokolenia urodzonego po wojnie w Europie, ktory moze mieszkac w tej czesci tego kontynentu, ktory nie doswiadczyl bezposrednio koszmaru wojny. Gdy widze relacje z obszarow objetych wojna, szczegolnie gdy widze cierpienia ludnosci cywilnej, mam odczucie, chyba nawet zazenowania, ze przypadkiem, bo urodzilem sie i mieszkam w w czesci Europy nie objetej konfliktami, nie jestem ofiara tego koszmaru.

Pisze o moich osobistych odczuciach, wynikajacych z doswiadczen okresu wojny mojej rodziny i wychowania przez moja mame i dziadkow (moi rodzice rozwiedli sie kiedy bylem kilkuletnim chlopcem).

Przezycie wojenne wplynely chyba rowniez na okazywana przez moja rodzine radosc w faktu, ze naleza do tej bardzo przeciez nielicznej czesci narodu zydowskiego mieszkajacego w Polsce, ktorej udalo sie przezyc wojne. Ta radosc z przezycia plynela miedzy innymi na obecna pogode ducha mojej rodziny. Moja opinie o pogodzie ducha i poczuciu humoru mojej mamy na pewno potwierdzaja doswiadczenia tych z Was, ktorzy zetkneli sie z nia i pamietaja ja z kolonii w Srodborowie (1959), Michalinie (1960), Poroninie (1961), Tczewie (1962).

Kiedy odnajduje w swietlicowej korespondencji na temat np. kto jest Zydem? "Nowozydi w Polsce", nute kategorycznego pouczenia zawsze przypominam sobie anegdote mojej mamy - W latach 50-tych wyswietlano polski film "Uczta Baltazara". Na plakacie reklamujacym film "Uczta Baltazara" ktos dopisal: "Uczta sie sami".

Serdecznie pozdrawiam

Wlodek Leszczynski

P.S. Aniu, dziekuje za zachete do napisania tej refleksji.

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 18 Oct 1999 16:35:37 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Ortografuja

Lucjan domaga sie odwolania ambasadora RP:

> Pisze Jurek Karczmarczuk:

JK>>    I na wiencu pisalo Frederique Chopin.
JK>>    Malo kto widzial...

JK>>    Moja szwagierka ma dobre oko, zdenerwowala
JK>>    sie i zatelefonowala do ambasady, ale nikt
JK>>    nie wiedzial kogo nalezy objechac.

LF> Jak to kogo. A m b a s a d o r a ! THE BUCK STOPS THERE.

LF> Metafizycznie rzecz biorac ktos —najprawdopodobniej
LF> ten kto zamowil wieniec w kwiaciarni i nie przeliterowal
LF> imienia przez telefon— dopuscil sie aktu antypolonizmu.

LF> Przez swe niechlujstwo bowiem (jesli nie umyslnie! co
LF> powinny natychmiast sprawdzic Odpowiedznie Czynniki)
LF> zakwestionowal, i to w obecnosci Zagranicznych Gosci,
LF> Post-Mortem Prawo Chopina do bycia Wylacznie Polakiem,
LF> niewazne jakiej (czy wiecej niz jedna) plci i masci.

LF> Za to ow osobnik powinien byc odwolany z placowki, albo
LF> przynajmniej napietnowany, najlepiej w formie nagonki
LF> prasowej do Le Monde, Les Temps Moderne i Zycia Wolka.

Spoko, spoko. Ambasadorem jest Stefan Meller, najlepszy z najlepszych, swoj czlowiek. Wstydzilbys sie, Lucjan.

Henryk

To: chawerim@XXXxxxxxxx.com
Date: Thu, 28 Oct 1999 15:30:14 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: Jesien 1968/my polscy Zydzi/zydzi

Marek pisze ciekawe rzeczy. Mnie osobiscie Warszawa moich szczeniecych lat zdawala sie malo romantycznym miastem, pozbawionym tradycji i oderwanym od niej. Mysle, ze kwestia tego czy ktos jest romantykiem to bardziej indywidualne predyspozycje niz miasto. Natomiast zgodzilbym sie bez protestu, ze w Warszawie, w naszym pokoleniu, tendencje asymilacyjne i akulturacyjne byly silniejsze niz gdzies indziej.

To chyba Marysia napisala kiedys, ze w Warszawie byly pewnie lepsze szkoly. Faktem jest, ze komunizm byl systemem maksymalnie centralistycznym i w Warszawie dostep do kultury - kiermaszy, festiwali teatralnych i filmowych, kabaretow - byl niewspolmiernie bogatszy i latwiejszy niz w innych miastach. To sie zreszta po 89 roku bardzo zmienilo. W Warszawie po upadku komunizmu nie powstaly prawie zadne ciekawe inicjatywy kulturalne, a w innych miastach - bardzo wiele. Najlepsze polskie wydawnictwa sa dzis w Poznaniu i we Wroclawiu, periodyki - w Lublinie i Krakowie, a dobry teatr - w Bialymstoku. Ale w latach 50 i 60 w Warszawie rzeczywiscie latwo bylo sie w to zycie kulturalne wciagnac.

To, mysle, byl fenomen komunizmu, ale i wywodzacy sie z okresu przedwojennego, kiedy Warszawa stala sie bardzo silnym centrum zycia kulturalnego. Przedtem to wygladalo troche inaczej. Jesli popatrzyc, gdzie sie wychowali pisarze i poeci urodzeni w pierwszej cwiartce stulecia, Zydzi piszacy po polsku, to warszawiacy wcale nie grali tam szczegolnie znaczacej roli. Tuwim i Brandysowie byli z Lodzi, Hemar i Stryjkowski ze Lwowa, Wittlin i Schulz z kresow, etc.

Aha, Marek - w Warszawie nie calowali w reke. W reke calowali w Ciechocinku.

Henryk

Marek>    Na temat tej ostatniej fali nostalgii ktora
Marek>    na nas splynela i czesciowa zalala, podtopila,
Marek>    mialem takie sobie rozne skojarzenia. Np. ze
Marek>    jak w literaturze i na wysepce wyczuwalne sa
Marek>    (przynajmniej dla mnie) rozne hm.... prady
Marek>    literackie powiedzmy wplywy, powiedzmy rozne
Marek>    wrazliwosci. Ja w tym nurcie romantycznym
Marek>    widze wplyw polski z tad i dodalem do naglowka
Marek>    "polscy". To zupelnie co innego niz drapieznosc
Marek>    intelektualna Zorskiego Jozia czy powiedzmy
Marek>    Azima (moze to Litwackosc tak na niego dziala?)
Marek>    i mnie sie to kojarzy bardziej z wyostrzonym
Marek>    intelektem Zydow/zydow niz z ta miekkoscia
Marek>    romantyczna i slowianskim wdziekiem (w naj-
Marek>    lepszym przpadku). Nie ma co mowic my zydzi/
Marek>    Zydzi polscy zafascynowalismy sie polska
Marek>    miekkoscia a takze takimi rzeczami ktore mnie
Marek>    do dzisiaj smiesza niezmiernie jak cmokanie
Marek>    kobiet w reke i sposob w jaki kobiety do
Marek>    dzisiaj ta raczulke podaja do calowania.

Marek>    Przyznam sie ze i mnie to specyficzne
Marek>    napiecie miedzy niewinna buzka dziewczecia
Marek>    polskiego /czy tez mlodej kobiety/ a jej
Marek>    wiedza calkowita o erotyce fascynuje.

Marek>    Bo takiego napiecia nie "uwidzisz" ni
Marek>    w Skandynawii, gdzie dziewczeta konsumuja
Marek>    seks jak sniadania lub kolacje i wszystko
Marek>    jest po protestancku bezgrzeszne, czy tez
Marek>    w Niemczech gdzie w tych sprawach nie ma
Marek>    napiecia i dozwolone sa chwyty bezposrednie,
Marek>    "dorzeczowe".

Marek>    Jednym slowem nasza pierwsza ojczyzna
Marek>    Polska jest pod tym wzgledem niezrownana.
Marek>    Tak ze mysle sobie, ze oczekujemy na prozno
Marek>    poza Polska w szerokim swiecie podobnej
Marek>    wrazliwosci bo zostalismy skondycjonowani
Marek>    wlasnie na taka.

Marek>    Mozna powiedziec, ze grupa warszawska, bardzo
Marek>    polska (taK MI SIE wydaje niech mnie ktos
Marek>    poprawi i zaprotestuje) najbardziej przejawia
Marek>    sklonnosci do tego slowianskiego wdzieku
Marek>    w nadwislanskim wydaniu. Podczas gdy ja,
Marek>    prowincjusz z Wroclawia, tylko czesciowo tym
Marek>    zostalem przenikniety, ale rozumie jeszcze na
Marek>    tyle, ze wiem o co chodzi. Z pozdrowieniami
Marek>    dla wszystkich Romantykow/czek.
Mariana Solan schrieb:

MS>>    Ba! Ciebie nie bylo kiedy to Julek przesylal
MS>>    nam historyjki. Do wyboru do koloru, pare
MS>>    z nich dynamitowych. Ja do dzis jeszcze nie
MS>>    oprzytomnialam z tych o bezzebnych babach
MS>>    o ktorych pisali. Potem jednak nadeszla era
MS>>    pracy i Julek zajety pacjentami.
MS>>    Marysia

To: chawerim@XXXxxxxxxx.com
Date: Sat, 30 Oct 1999 00:17:20 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: Prof. Mommsen

Ludwik>    Nie znam pana Mommsena, ale jego poglady przedsta-
Ludwik>    wione przez Ciebie bardzo mnie przekonuja. Nie on
Ludwik>    pierwszy zreszta twierdzi, ze na szczycie hierarchii
Ludwik>    nazistowskiej bardzo malo bylo ideologii. Podobnie
Ludwik>    zreszta jak i na wierchuszce komunistycznej. Ludzie
Ludwik>    byli dobrze ustawieni, zyli wygodnie, no to robili
Ludwik>    to, co nalezalo robic na ich stanowisku. I moze
Ludwik>    Niemcy nie byli takimi strasznymi antysemitami.

Drogi Ludwiku, trudno o bardziej niesluszne slowa. Tereska polemizuje z Toba przy pomocy argumentow moralnych, tj. kwestii odpowiedzialnosci, ale ja, czlowiek pedantyczny, chcialbym Ci napisac, ze to, co glosisz mija sie z prawda historyczna.

W wyborach z roku 1932 glosowalo na NSDAP blisko 14 milionow Niemcow, liczba oszalamiajaca. Nie bylo mowy o jakichs niejasnosciach czy niedopowiedzeniach - Hitler swoje poglady na temat Zydow wyjasnil szczegolowo w Mein Kampf, powstalym w polowie lat 20- tych, a propaganda jego partii powtarzala te slowa wszedzie i przy kazdej okazji. Antysemityzm nie byl jedynym elementem programu Hitlera, ale byl jej czescia nieodlaczna. Nie kazdy Niemiec glosujacy na Hitlera czynil to wylacznie czy glownie ze wzgledu na swoja nienawisc do Zydow, ale kazdy z nich byl z definicji antysemita.

Chociaz hitleryzm doszedl do wladzy w wyniku wyborow parlamentarnych, byla to bezsprzecznie rewolucja, oparta o konkretna i precyzyjna ideologie. Ta ideologia ingerowala we wszystkie przejawy zycia, wliczajac gospodarke, nauke, sposob spedzania wolnego czasu, sprawy spoleczne, rodzinne, nawet intymne. Rezim trwal krotko, a dobor kadry kierowniczej opieral sie przede wszystkim na wiernosci ideologii. Sila tej wiary byla tak potezna, ze w Niemczech do konca nie udalo sie odsunac Hitlera od wladzy, pomimo samobojczej strategii militarnej poczawszy od r. 1941.

Wszelkie proby minimalizowania roli ideologii nazistowskiej, a zatem takze i polityki wyniszczenia Zydow, jasno wyjawionej juz w 1925 roku, mijaja sie z rzeczywistoscia historyczna. Nie jestem wielbicielem Goldhagena i nie przypisuje Niemcom niemal genetycznego antysemityzmu, jaki on propaguje - ale ksiazka o 101 Batalionie ma inna wymowe, niz piszesz. Ilustruje (moim zdaniem lepiej niz Goldhagen) akceptacje zbrodni przez owych "zwyczajnych Niemcow" wlasciwie bez protestu. Nie ma danych, dotyczacych stopnia indoktrynacji ideologicznej w Niemczech hitlerowskich, ale jest historia i sa zrodla z tamtych lat. Nie mozna zarzucic wszystkim Niemcom udzialu w Zagladzie, nie mozna minimalizowac roli wewnetrznego terroru - ale stopien przyzwolenia spolecznego na zredukowanie Zydow do stanu podludzi nie jest kwestia dyskusji.

Polemizowalbym tez z Toba odnosnie roli wiary w komunizmie. Oczywiscie, ze w czasach Gierka, Kani czy Rakowskiego ideologia grala role stosunkowo niewielka. Ale tego sie z Niemcami hitlerowskimi porownac nie da, bo Trzecia Rzesza istniala 13 lat, a system komunistyczny ciut dluzej, i inne fazy rozwoju przechodzil. Jesli jednak cofniesz sie do ZSRR w czasach WILJWS to zaangazowanie ideologiczne ludzi, ktorzy byli u wladzy, rowniez nie podlega watpliwosci. Wystarczy spojrzec na pierwsza dekade powojennej Polski, tj. na nasze wlasne, pogodne, stalinowskie dziecinstwo.

Moc serdecznosci, Henryk

Ludwik>    To nie sa usprawiedliwienia. To sa oskarzenia. Bo
Ludwik>    brak przekonania wcale nie przeszkodzil w perfek-
Ludwik>    cyjnym wykonywaniu nakazow, lacznie z mordowaniem
Ludwik>    wlasnymi rekami. Pamietacie takie studium
Ludwik>    o oddziale, ktory zabijal Zydow na wschodzie.
Ludwik>    Nie bylo tam nazistow, a wszyscy dobrze pracowali
Ludwik>   i z solidarnosci kryli jeden drugiego. I podobne
Ludwik>    rzeczy - na rozna skale i szczesliwie czasem bez
Ludwik>    Zydow zdarzaja sie we wszystkich spoleczenstwach.
Ludwik>    Caluje L
-----Original Message-----
> From: W.T. Pollin [SMTP:pollin@xxx.com]
> Sent: 29 pazdziernika 1999 22:12
> Subject: Prof. Mommsen

  Halina, Marek i kogokolwiek to jeszcze interesuje,

  Po dwoch wykladach mam mocne wrazenie, ze prof.
  Mommsen niewatpliwie stara sie "wyprac" niektore
  wydarzenia historyczne i przedstawic je w swietle
  lagodniejszym dla narodu niemieckiego.

  Juz podaje przyklady:

  1. W NSDAP tylko niewielu mialo bardzo antysemickie
  poglady. Przykladem na to jest: "Göring nie podporzad-
  kowal sie bojkotowi i kontynuowal kupowac obrazy
  i rzezby od zydowskich art dealers"; antysemityzm
  nie byl popularny elektoralnie w Niemczech, byc moze
  w Bawarii bardziej niz w innych "landach". Antysemicka
  propaganda nie dodawala glosow elektoratu. Wlasciwie
  tylko elita NSDAP byla antysemicka. W czasie roznych
  kampanii wyborczych ta wlasnie elita postanowila nie
  podkreslac antysemickiej propagandy, bo narod tego nie
  lubil. Po przejeciu wladzy w styczniu 1933 powoli
  zaczeli wprowadzac antyzydowskie prawa, a narod
  niemiecki szanuje prawo, wiec pomimo, ze narod nie byl
  nastawiony wrogo do Zydow, to czuli sie w obowiazku
  honorowac te nowe prawa.

  2. Pogrom listopadowy 1938 nie byl antysemicki w swoim
  charakterze (slowo honoru, ze tak to powiedzial!!!).
  Kilku przywodcow bylo antysemitami a mlodziez poprostu
  szla za nimi i doszlo do ekscesow.

  3. Mlodsze pokolenie nie bylo radykalne wogole, tylko
  wlasnie stara gwardia ich popychala.

  Jednym slowem Nazisci wyladowali w Niemczech chyba
  z Marsa i oni doprowadzili i wykonali Zaglade, a narod
  niemiecki sie nie zorientowal. Nie jestem jedyna osoba,
  ktora zadaje mu ostre pytania i na jedno z nich (pytanie
  dotyczylo badan historycznych i socjologicznych, ktore
  wskazuja na to ze wlasnie mlodziez jest zazwyczaj
  radykalna) odpowiedzial: ja sam bylem w Hitler Jugendt
  i wogole nie wiedzialem o co chodzi. To poprostu byla
  organizacja mlodziezowa.

  Po wykladzie prof. Mommsen podszedl do mnie i podziekowal
  za pytania. Powiedzial, ze te pytania zmusza go do wtornego
  zastanowienia sie. No, no. W pierwszym wykladzie co kilka
  zdan podkreslal, ze jego twierdzenia obalaja argumenty
  Goldhagena - ale musze sie przyznac, ze niewielu z nas
  przekonal. Jeden z moich kolegow, mlody niemiecki historyk,
  jest wstrzasniety jego argumentacja i spekuluje, ze ma to
  niewatpliwie cos wspolnego z jego osobista historia,
  ktora jest nam nieznana. Mam jego obydwa wyklady wydru-
  kowane - takze jestem gotowa poprzec moje obserwacje
  slowami wydrukowanymi czarno na bialym. Zobaczymy co
  nam opowie w najblizsza srode. Caluje, Tereska

Halina Jaworski-Klon wrote:

Halina> Teresko,
Halina>    Prof. Mommsen jest bardzo szanowanym historykiem
Halina>    (nota bene z Duesseldorfu): Jest on jeden
Halina>    z wojujacych dyskutantow w "klotni historykow"
Halina>    POZYTYWNA POSTAC,przyczynil sie bardzo do
Halina>    rozpowszechnienia swiadomosci , ze i Wehrmacht
Halina>    nie tylko wojowala na froncie , ale i maczali
Halina>    swoje paluchy w zabijaniu cywilistow,np.Zydow.
Halina>    (Rassenvernichtungskrieg)

To: chawerim@XXXxxxxxxx.com
Date: Mon, 1 Nov 1999 00:03:08 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Rok Palacow

Nie chcialbym, zebyscie mysleli, ze rok 1968 to w moim zyciu wylacznie martyrologia. Kiedy mnie dobrze postraszyli w Palacu Mostowskich, zabrali mi pasek, zegarek i przez pare nocy kazali spac na zimnej, plugawej pryczy, ucieklem z Warszawy. Moi rodzice, zazwyczaj nie spieszacy sie do finansowania moich rozrywek, rozsuplali sakiewki i trzy tygodnie kwietnia spedzilem w Zakopanem - najpierw we wspolnym pokoju z moim przyjacielem Michalem Komarem i dwiema ponetnymi panienkami, ktore mozna obejrzec na zdjeciach z dworca. Na Dworcu Gdanskim Kiedy Komar wbrew moim namowom wrocil do Warszawy, aby wkrotce zajac moje miejsce w w/w Palacu, a panienki powrocily na wydzial romanistyki UW, ja, juz ze znacznie nadwerezonymi zasobami, dzielilem kwatere z popularnym pisarzem G., podowczas dusza warszawskich kawiarni, a dzis cenionym dramaturgiem amerykanskim. Swiecilo slonce, topnial snieg, do pisarza G., otoczonego legenda pierwszego samca Rzeczypospolitej, walily tlumy ochotniczek, a ja szybko zapomnialem o rewolucji.

Wrocilem pod koniec kwietnia. W instytucji, gdzie pobieralem nauki, nieco na wyrost nazywanej Wyzsza Uczelnia, wkrotce odbyly sie posiedzenia komisji dyscyplinarnej, do zludzenia przypominajace metodologia (choc nie wyrokami) radzieckie procesy z lat 30. Sadzono historycznie wyprobowanym skladem "trojki", zas uczelniany ubek, elegancko nazywany "rzecznikiem oskarzenia", mial pelnic zarazem funkcje obroncy z urzedu. Rzetelne wykonywanie obu funkcji groziloby schizofrenia, ale rzecznik takich dylematow nie mial i w deszczowe popoludnie opuscilem mury instytucji wraz z Michalem Komarem (Warszawa), Jozkiem Kligerem (Izrael) i Stefkiem Bekierem (Francja) z kartka zoltawego papieru, potwierdzajaca, iz przez trzy lata dalszych nauk pobierac nie bede. Uprzejmy rzecznik stwierdzil na zakonczenie procedury, iz moja dalsza edukacja niechybnie zajmie sie wojsko. Jak sie wkrotce mialo okazac, mylil sie, choc powolanie istotnie dostalem - o tym kiedy indziej.

Przed marcem mieszkalem glownie w domu, ale dorabialem sobie pisaniem i tlumaczeniami w paru redakcjach. O dalszej pracy w tzw. "froncie ideologicznym", czyli w srodkach przekazu, nie moglo byc mowy. Urzad Zatrudnienia na ulicy Karowej potraktowal mnie z uprzejmym zaklopotaniem, po czym zaoferowano mi posade magazyniera (studiowalem ekonomie) w skladzie materialow budowlanych. Ojciec moj, czlowiek doswiadczony i przezorny, byl zdania, ze lepiej trafic za kraty za sprawy polityczne niz jako kryminalista z wyrokiem za pospolite przestepstwa gospodarcze, wiec pracy nie podjalem. Na pytania znajomych odpowiadalem, ze jestem bezrobotny.

Jacek N-ski. byl moim kolega z liceum. Lubilem go. Byl chlopcem odwaznym - na lekcji wychowania obywatelskiego spytal kiedys osobnika nazwiskiem Harczuk, ktoremu powierzono uczenie nas historii, kiedy wreszcie opowie nam o Katyniu i o sledztwie Gomulki. W dziewiatej klasie stal sie posiadaczem reglamentowanego magnetofonu "Tonette", palil "Pall Malle" i ubieral sie amerykanskie marynarki w pepite, ktore kupowal na ciuchach, albowiem jego ojczym, trudniacy sie handlem iglami do maszyn do szycia, wzbogacil sie na tym jak nabab i rodzina N-skich mieszkala w przedwojennej willi na Dolnym Mokotowie, z widokiem na Park Lazienkowski i tarasem z kolumienkami. Bylismy w przyjazni. N-ski byl jednym z najgorszych uczniow w szkole, mial inklinacje artystyczne i po maturze, ktora dano mu, aby sie go wreszcie pozbyc (byl ode mnie starszy) postanowil zdawac na historie sztuki, wydzial elitarny, gdzie o jedno miejsce ubiegalo sie kilkunastu kandydatow. Z dowodem osobistym Jacka pisalem za niego egzamin wstepny z polskiego ("Dzielo literackie w przekazie wizualnym") o "Wojnie i pokoju" Bondarczuka. Przepadl na ustnym i wyladowal w Szkole Glownej Gospodarstwa Wiejskiego, ktory interesowal go tak samo, jak mnie moja uczelnia, polozona naprzeciw. W marcu 68 uznal szkolnictwo wyzsze za zhanbione i z ulga przestal chodzic na zajecia.

Spotkalismy sie w maju 1968. Jacek, z zamilowania fotoamator (mial Praktisixa, niemiecka lustrzanke jednoobiektywowa duzego formatu) pracowal w Lazienkach, gdzie robil dokumentacje fotograficzna rzezb i budynkow. Do Palacu Lazienkowskiego, powiedzial, przyjmuja przewodnikow do oprowadzania wycieczek na prace zlecone, bez dokumentow i opinii. Kuratorem muzeum byl Marek Kwiatkowski, pozniejszy szef Muzeum Narodowego, swietny historyk sztuki, sarmata, varsavianista i jedna z najbarwniejszych postaci, jakie w zyciu spotkalem. Mial cieply, naturalny usmiech i miekkie serce, oba wlasciwe cynikom. Zapytal bez wstepow, skad mnie wyrzucono, powiedzial, ze od dawna ma pelny sklad ludzi i nikogo nie potrzebuje, po czym dal mi prace.

Biuro przewodnikow miescilo sie w skrzydle palacu, w sali o mansardowym suficie i lukowych oknach, dokad wchodzilo sie kreconymi schodami. Bylo nas z dziesiecioro, a Kwiatkowski prowadzil cos w rodzaju przytulka dla zwierzat. Holubil dziewczyny z Bialegostoku, marzace o studiach architektonicznych, bez zameldowania w Warszawie, dorabiajace nocami jako barmanki w spelunkach na Brodnie w zamian za lozko i jeden posilek dziennie, i awangardowe rzezbiarki na urlopie dziekanskim z ASP, ktorym prace w Lazienkach zaliczano jako praktyke. Przygarnal Hanie Reszetko, marzaca o karierze malarki i Ele Chorosz z mojej klasy maturalnej, piekna, ruda, szalona i nie noszaca bielizny, siadujaca w popoludniowym sloncu na parapecie sali przewodnikow ze zwieszonymi za okno nogami i rozpieta do pasa bluzka. Przygarnal Jacka, bez nowych pomyslow na zycie, przygarnal paru innych niedobitkow z marca, i przygarnal mnie.

Bylo piekne, cieple lato 1968. Skrypt dla przewodnikow napisano jezykiem instrukcji do pralki: "w supraportach putta w tondach unosza plody ziemi", etc. Wycieczki emerytowanych przedzarek z Pabianic wybaluszaly oczy i wpatrywaly sie w nas z tepym, bogobojnym przerazeniem, a pod koniec godzinnej tury wygladaly, jakby grozil im udar mozgowy. W ciagu dwoch nocy przelozylismy instrukcje, skrocona do 25 minut, na ludzka mowe, a znajoma przetlumaczyla tekst na angielski. Po czym zaczelismy robic wielkie pieniadze.

Palac otwarty byl od 10-tej do 14-tej, ale faktycznie zamykano go o 13:30, albowiem gruba Adela, kasjerka, o ktorej mowiono, ze jest rezydentka UB w muzeum, spieszyla sie do domu. Park zamykano poznym wieczorem, kolo 22-giej, a prawdziwe tlumy, zglodniale kontaktu z dziejami, zwalaly sie juz zamknieciu swiatyni. Bilet u Adeli kosztowal zlotowke, u nas, po godzinach - 10 zl. Dwoch umundurowanych straznikow palacowych zbieralo pieniadze od 40-osobowych grup. Kelnerki z sasiadujacej z Palacem kawiarni "Trou Madame" dostawaly dwa zlote prowizji od napedzonego lebka, wozne - po dwa zlote do podzialu, straznicy tyle samo. Zostawalo ok. 5 zl od osoby na przewodnika, a w cieple popoludnie mozna bylo oprowadzic szesc i wiecej grup. Prawdziwa frajda zaczynala sie przy wycieczkach rosochatych starcow z Polonii amerykanskiej, licznie wtedy odwiedzajacych Ojczyzne i szarpanych za slowianskie dusze widokiem pomnika francuskiego kompozytora usadowionego pod stylizowana wierzba, polozonego pare minut od Palacu Lazienkowskiego. Szarmancko wpuszczalismy ich za darmo, a choc szczodrosc nie byla ich naturalna cecha, malo ktora grupa nie zostawiala osmiu, dziesieciu czy dwunastu dolarow w napiwkach. Rodowici, choc rzadko wtedy spotykani Amerykanie byli jeszcze hojniejsi. Barman z "Trou Madame", ktory zmonopolizowal handel waluta na terenie Parku Lazienkowskiego, wyplacal nam natychmiast, po 100 zl. za dolara w papierku, po 80 - w bilonie.

Byly to sumy ogromne, jako ze dzielilismy je pomiedzy niewielka grupke zaufanych. Kazalem wymalowac mieszkanie rodzicow, kupilem im w prezencie wycieczke do Rucianego, a sobie sprawilem nowa garderobe. Choc zdarzaly mi sie w pozniejszym zyciu momenty niezlych zarobkow, nigdy nie czulem sie rownie zamozny co podczas owych dziesieciu tygodni beztroskiego lata 1968. Lazienki, odgrodzone parkanem od miasta, przeniosly mnie w inny czas i w inny swiat. W cieple wieczory, juz po zamknieciu parku, na szerokich stopniach z czerwonego piaskowca kolo slonecznego zegara pilismy wisniowke pod pieczone karpie, ktore straznicy lowili w stawie. Urzadzalismy calonocne bale przy blasku swiec w Starej Pomaranczarni, przebrani w osiemnastowieczne kostiumy i peruki, skladowane w magazynie teatralnym. Kiedys, juz o swicie, E., sinolog i romanistka (slyszalem, ze mieszka w Kopenhadze), czytala glosno Stendhala na scenie Teatru na Wyspie. Prawie nie bywalismy w domu, a dziewczeta pachnialy tak, jak pachna dziewczeta.

Kwiatkowski wezwal kilkoro z nas bez uprzedzenia, pod sam koniec lipca. Palac byl filia Muzeum Narodowego i Kwiatkowskiego zapytano czy wie, komu pozwala na kontakt z cudzoziemcami. Zachowal sie wobec nas wspaniale, bez wykretow i zalamywania rak. "Palac jest wazniejszy" - powiedzial i wiedzielismy, ze ma racje. Dziewczetom dal papiery potwierdzajace, ze przepracowaly cale lato, mnie wypisal piekna opinie, na jaka nie zaslugiwalem. W rok pozniej przyszedlem sie z nim pozegnac. "A dokad ja mam wyjechac?" - zapytal.

Dasko z kociakami a.d. 1968
(pierwsza z prawej na fotografii stoi Basia Hessel - dzis Sztokholm).

Wasz, Henryk

To: "wysepka" <chawerim@XXXxxxxxxx.com>
Date: Mon, 1 Nov 1999 12:59:37 +0100
From: Lewin <xxxxx@xxxxxxxx.fr>
Subject: RE: Rok Palacow

Heniu,

Czy pozwolisz, ze dolacze wstep do Twej epopei, ktorej jestem niejako prekursorem?

Decyzje wyjazdu podjalem w czerwcu 67, po piatej kolumnie Gomulki i zaplanowalem na jesien. Moja owczesna malzonka wziela prace w Lazienkach, ale poniewaz miala skonczyc prace magisterska, to ja tez sie zapisalem do tej roboty i oprowadzalem za nia i za siebie.

Pisze niejako prekursorem, bo nie starczy chciec by moc.

Jako czlowiek w swiecie bywaly szybko zrozumialem, ze trzeba sie posluzyc zachodnimi wzorami by do symbolicznej pensji dodac jakies pieniadze. Na wabia uzywalem kolege. Gdy byla jakas, jak mi sie wydawalo bardziej szmalowa grupa zagraniczna, to po zakonczeniu tury moj przyjaciel ostentacyjnie wyjmowal 50 zlp i wreczal mi. Niestety sugestia dzialala slabo. Lepiej natomiast szlo z wpuszczaniem ludzi w porach gdy Palac byl nieczynny. Oczywiscie z pomoca straznikow, z ktorymi zylem w wielkiej komitywie. Bardzo sie bralem na serio w palacowej roli. Kazalem do siebie listy na Palac Krolewski, Lazienki. Wszystkie doszly, ale chamstwo na poczcie przekreslalo ten wspanialy adres i dopisywalo Lazienkowska 1, co juz wyglada o wiele mniej prestizowo.

Mialem zaszczyt oprowadzac pania Eleanore Roosevelt i nawet zjesc na jej koszt lody w wymienionej przez Ciebie kawiarni. Najwspanialsza jednak byla wycieczka towarzystwa przyjaciol Louvre'u z Paryza. Dwoje Rotschildow, de Rochefoucault, jednym slowem sama Gotha. Oprowadzac ich miala moja zona Magda bo dobrze znala francuski.

A ja zadzwonilem do swego przyjaciela Jedrusia Zaka, ktory byl fotoreporterem i zaproponowalem mu, ze zrobimy reportaz z tego zwiedzania i sprzedamy do Przekroju, to zdobedziemy slawe i troche pieniedzy.

Puknij siew ten glupi leb - odpowiedzial mi Jedrus.
- Sprzedamy nie do zadnego Przekroju, ale wycieczce.

Trzasnelismy ze cztery filmy, szybko taryfa pojechali do jego ciemni, wywolali i powiekszyli 13x18 - ile lebkow na zdjeciu, tyle odbitek. I ze zdjeciami do Europejskiego, gdzie towarzystwo kwaterowalo. Stal tam jakis stolik, ulozylismy ponumerowane fotografie i czekamy bo oni jeszcze nie wrocili z Nieborowa czy innej Zelazowej.

Jak wrocili, to sie rzucili na fotografie - po dwa zielone za sztuke. Zarobilismy ponad dwie stowy - prawdziwa fortuna. Troche sie balem, bo o zadnej dyskrecji nie bylo mowy, banknoty fruwaly na oczach calego foyer hotelu, w ktorym, jak bylem przekonany, roilo sie od UB. A ja czekalem na paszport. Potem w pociagu - to znaczy we wrzesniu - bardzo sie balem rewizji, jak zwykle niepotrzebnie.

W tym okresie zadarzalo mi sie po knajpach konczyc wieczor w Palacu. Ktoregos wieczoru spotkalem w Szanghaju - UWAGA DONOS! - Jeana Meretika (wtedy nazywal sie Rubinstein) z dwoma panienkami. Czy pamietasz lozko Stanislawa-Augusta, otoczone tasiemka, przy ktorym zabraniano nieomal oddychac. A mysmy na tym lozu cwiczyli fikolki. I ten - nie znajduje odpowiedniego slowa - nawet tego nie pamieta. Zaluje, ze go zabralem.

Szczegolna melancholie wywolal we mnie Twoj opis spozywania karpia. Moja nieudacznosc wyszla juz wtedy na wierzch z cala ostroscia.

Pewnego wieczora wraz z Zakiem wybralismy sie na ryby. Oczywiscie wszystko bylo umowione ze straznikami. Mamom kazalismy juz kroic cebule. Rozbilismy pol litra i zarzucamy.

Pamietasz ze Zmierzchu Babla ten monolog - Gdybym zaczal sprzedawac swiece, to slonce znieruchomialoby w zenicie, a gdybym zaczal sprzedawac caluny to ludzie staliby sie niesmiertelni. To o mnie. Wszystkie ryby-kurwy spaly i nie chcialy sie obudzic, choc zdesperowany straznik wrzucil do stawu cala walowe, ktora mu zona przygotowala. Wraclismy upokorzeni. Caluje Ludwik Mydlo

To: Exlibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Tue, 2 Nov 1999 10:47:53 -0500 (EST)
From: Jurek Krzystek <jurek@xxxxxxxx.xxxxxx.xxx.edu>
Subject: [ExL] Tabu i niewinnosc

Dawno temu, w 1986 r. Aleksander Smolar zamiescil w emigracyjnym wowczas "Aneksie" esej pt. "Tabu i niewinnosc". Jest to — w mojej osobistej opinii — najlepszy, powtarzam: NAJLEPSZY teskt, jaki kiedykolwiek kto napisal na temat gmatwaniny stosunkow polsko-zydowskich. (Aneks 41-42, 1986)

Ten sam esej zostal nastepnie wydrukowany w krajowej "Res Publice" w pierwszych latach wolnosci od cenzury (Res Publica 3/1991), z paroma niewielkimi dodatkami odnoszacymi sie do nowej rzeczywistosci.

Oba jednak te teksty byly w jezyku polskim, co znacznie ograniczalo ich zasieg. Dopiero teraz i przypadkiem trafilem na wersje angielskojezyczna, o tytule "Jews as a Polish Problem", ktora pojawila sie w zupelnie mi dotad nieznanym periodyku "Daedalus" bedacym, jak sie wlasnie dowiedzialem, the Journal of the American Academy of Arts and Sciences. Konkretnie, jest to vol. 116 no. 2 (1987), pp. 31-73.
            [...]

Jesli kogos interesuja te tematy, a nie zna eseju, goraco polecam. Odswiezajaca intelektualnie lektura, zwlaszcza po Abrahamie Brumbergu.

Jurek K_ek

To: SERIO@SMULTRON.XXXX.XXXXXXX.SE
Date:        Tue, 2 Nov 1999 21:47:51 +0100
From: Leszczynscy <leszcze@XXXXXXX.XXXXX.LU>
Subject:      Re: [SERIO] Wieczor autorski Agaty Tuszynskiej

W ksiazce Agaty Tuszynskiej "Dlugie zycie gorszycielki. Losy i swiat Ireny Krzywickiej" w czesci "Podziekowania" mozna przeczytac nastepujaca wypowiedz autorki:

"Podziekowania szczegolne kieruje do Henryka Dasko,
pierwszego i uwaznego czytelnika tej ksiazki. Jego
krytyczne uwagi i komentarze stanowily kluczowa czesc
procesu redakcyjnego
".

Wlodek Leszczynski

To: Exlibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Wed, 3 Nov 1999 07:10:03 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: [ExL] Re: Tabu i niewinnosc

Czuje sie w obowiazku podziekowac Jurkowi za niezwykle ciekawe teksty, jakie nam tu podsuwa. Mysle, ze nie ja jeden czekam z niecierpliwoscia na jego kolejna liste lektur waznych.

Tekstu Smolara nie znalem, choc staram sie byc na biezaco w dyskusjach polsko-zydowskich (Jurek, czy jest dostepna polska wersja?) Wiekszy rozglos zyskal blyskotliwy szkic Jana Tomasza Grossa "Ten jest z ojczyzny mojej... ale go nie lubie", rowniez drukowany w "Aneksie", a nastepnie w jego zbiorze "Upiorna dekada".

Wsrod polsko-zydowskich obszarow sprzecznej pamieci znajduje sie czesto poruszana sprawa zachowania Zydow po wkroczeniu Armii Czerwonej. Smolar pisze o tym obszernie, temat porusza tez Gross w "Upiornej dekadzie", ktorej nie mam pod reka. Czytalem szkic Grossa po raz pierwszy nieco wczesniej, w opublikowanym przez Zydowski Instytut Historyczny tomie "Holokaust z perspektywy polwiecza". Wydal mi sie defensywny, zaprzeczajacy powielekroc powtarzanym swiadectwom. Gross udowadnia, ze masowy udzial Zydow w popieraniu wladzy sowieckiej jest mitem, spowodowanym przewartosciowaniem roli Zyda, ktory mogl teraz podjac prace np. urzednika, poprzednio dlan niedostepna. Moze.

Moj ojciec byl przedwojennym komunista, lodzkim Zydem, pod koniec lat 30. mieszkajacym w Warszawie. Po wybuchu wojny poszedl na wschod, do Bialegostoku. Za wladzy sowieckiej pracowal jako buchalter w handlu hurtowym, czyms w rodzaju polskiej spoldzielni "Spolem". Nazywalo sie to "Gospiszczepromtorg". O przesladowaniach Polakow nigdy nie mowil i sadze, ze mogl byc ich nieswiadom, zreszta Bialystok ominela fala najgorszych represji. Wraz z nim powedrowali do Bialegostoku jego krewni i koledzy, od komunizmu odlegli, albowiem dla Zydow w 1939 roku wladza sowiecka, nawet jesli nie witali jej jako wyzwolicielki, byla lepsza opcja niz Hitler. Podejmowali prace. Do Wilna uciekl Leopold Tyrmand, od komunizmu odlegly, przywiazany do zachodniej tradycji, Sowietom malo przyjazny. Bialostockim sasiadom, jesli zdawali sobie sprawe, ze ojciec jest Zydem (mial tzw. dobry wyglad i swietna polszczyzne), musial sie wtedy, bioracy udzial w pierwszomajowym pochodzie, jawic jako potwierdzenie stereotypu zydokomuny. Przepraszam za dygresje.

Chcialbym tu napisac kilka slow o zrodle nienaukowym, czesto pomijanym, a mianowicie o pamieci zbiorowej. Nie mam watpliwosci, ze zbiorowa pamiec Zydow, stale przywolujaca okupacyjne zagrozenie denuncjacji, w jakims stopniu odzwierciedla owczesna rzeczywistosc. Swiadectw tych jest moc, a obraz, jaki stwarzaja jest spojny, niesposob im zaprzeczyc, czy zarzucic, ze sa falszywym stereotypem. Nie da sie tego zagrozenia okreslic ilosciowo - ale istnienie takiej pamieci oznacza, ze grozba denuncjacji byla realna i trwala.

Otoz podobnie ma sie rzecz z doswiadczeniem na Kresach. Obraz Zyda, przyklaskujacego nowej wladzy, rozszedl sie po okupowanej Polsce szybko i szeroko. Transmisja ta dokonala sie nie dlatego, ze rozpowszechnialy ja srodki masowego przekazu czy wzorce artystyczne, ale dzieki zbiorowej pamieci. Nie da sie zastosowac tu innych kryteriow wiarygodnosci niz w odniesieniu do ukrywajacych sie Zydow; obraz zostal zarejestrowany w polskiej psychice zbiorowej, albowiem byl odbiciem pewnej rzeczywistosci. Miast zaprzeczac stereotypowi (Gross), warto sie nad nim glebiej zastanowic (Smolar).

Nie podzielam natomiast opinii Smolara w sprawie pogromu kieleckiego, gdzie prezentuje skomplikowany i malo przekonywujacy wywod n/t przetrwania w Polsce ideologii nacjonalistycznej. Uwazam to za malo przekonywujace, bo w przedwrzesniowej Polsce, niezaleznie od antysemityzmu i napiec spolecznych, Kielce sie nie odbyly, a zapewne i zdarzyc sie nie mogly. Tu znow chcialbym siegnac do zbiorowej pamieci.

Fala antyzydowskich gwaltow lat 45-46 (Kielce, najbardziej krwawe, nie byly jedyne) nie ograniczala sie do Polski. Pogromy i zabojstwa mialy miejsce na Ukrainie, na Slowacji, na Wegrzech. W Polsce bylo ich najwiecej, ale do Polski wracalo tez najwiecej Zydow.

Zbiorowa pamiec zydowska zapisala okres powrotow z ukrycia lub ze wschodu jako rozpaczliwe doswiadczenie konfrontacji zydowskich niedobitkow z pelnym efektem zaglady. Zapisala takze zetkniecie z polskimi sasiadami, i to w sposob wyjatkowo negatywny.

W zbiorowej pamieci Zydow przechowalo sie pytanie, przytaczane w niemal identycznej formie przez wielorakie zrodla: "Mosiek, jeszcze zyjesz?" Nie "zyjesz", ale wlasnie "jeszcze zyjesz". Nie ma powodu, aby poddawac te swiadectwa w watpliwosc.

U podloza tego, mysle, leza dwie sprawy. Pierwsza to absolutne, totalne, historycznie bezprecedensowe odczlowieczenie Zyda podczas szesciu lat okupacji. Mozna sie tylko domyslac jakie to zostawilo slady na psychice swiadkow zaglady, bo podobnego doswiadczenia przedtem nie bylo.

Druga sprawa to kwestia majatku. Zydzi wracali do swojego - ale w tych domach, czesto lepiankach zaledwie, mieszkal juz ktos inny, ktos inny przykrywal sie dziurawa zydowska koldra, gotowal zupe w drutowanym zydowskim garnku. Pozydowskie dobro warte tego miana szlo do Niemiec albo sprzedawano je na miejscu. Pozostaly ochlapy, ktore rzucano najbiedniejszym. Lek przed zydowska restytucja mienia musial byc ogromny, przetrwal zreszta do dzis. We wspolczesnych relacjach dziennikarskich czesto przytaczane sa wypowiedzi ulicy: "Zydzi przyjechali, zeby zabrac swoje, ew. nasze".

Smolar pisze, ze jednym z elementow Kielc byl stereotyp Zyda jako nowej wladzy, zas nastroje antysemickie z niewiadomych powodow przygasly w r. 1947. To tez mnie nie przekonuje. W polskiej literaturze nie zachowal sie przekaz Zyda-aparatczyka, choc da sie z niej odczytac niemal wszystko inne. Zapisano doswiadczenie lagrow i przesladowan sowieckich, zapisano terror NKWD lat 44-45, ale nie pamietam, aby w sposob znaczacy pojawiala sie postac Zyda jako przedstawiciela wladzy. Mam wrazenie, ze to jest teoria dorobiona ex post. Wizerunek wladzy w latach 45-46 byl jeszcze mocno rozmyty, Kiernik i chyba Witos byli ministrami, Bierut skladal przysiege "Tak mi dopomoz Bog", a premierem pierwszego rzadu byl Osobka-Morawski. Prawdziwy stalinizm zaczal sie dopierow w 1948.

To by tlumaczylo tez zanikniecie demonstrowanych zewnetrznie przejawow antysemityzmu w r. 1947. Wiekszosc Zydow wyjechala po Kielcach, a reszta wtopila sie w otaczajaca ich rzeczywistosc, co pomoglo przytlumic lek przed odebraniem wlasnosci.

Chcialbym jeszcze napisac o marcu, ale to juz kiedy indziej. Jeszcze raz dziekuje Jurkowi za ciekawe materialy.

Pozdrawiam, Henryk D.

To: Exlibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl, ExL@xxxxxxx.com
Date: Wed, 3 Nov 1999 23:37:26 +0100
From: ____Textpert Alert____ <ianf@xxxxxx.se>
Subject: Re: [ExL] Re: Tabu i niewinnosc

[ Jestem teraz zajety pisaniem recenzji pewnej ksiazki wiec nie moge wlaczyc sie do dyskusji. Rezerwuje sobie jednak prawo powrocenia do niej przy okazji. Tutaj chcialbym tylko wetknac krotki komentarz tyczacy jednego aspektu tekstu Henryka. Przepraszam za wysylka na oba adresy. ]

Henryk IMHO zbyt pochopnie zestawia doswiadczenia "pamieci zbiorowej" Polakow i Zydow jako rownowazne, rownowazace sie, czy wrecz symetryczne. Tekst wstepny piora Jakuba Karpinskiego w tym samym epokowym numerze Aneksu #41-42 (1986) w ktorym ukazal sie artykul Smolara —epokowym dlatego ze musi jest to pierwsza i jak dotychczas jedyna polska publikacje ktora pozwolila sobie powiedziec na glos, nawet uzyc tego jako motta numeru:

"Zydzi jako Polski Problem"

— zwie sie wrecz "Asymetria" i traktuje o a-priori nieporownywalnosci doswiadczen obu "nacji". W kazdym tego slowa znaczeniu.

Takze tutaj... zauwazcie bowiem panstwo ze pierwsze z podanych przez Henryka przykladow traktuje o czyms z domeny przezywalnosci, samego sedna istnienia Homosa Sapiensa; drugie odnosi sie zaledwie tylko do kwestii przynaleznosci —formalnej i emocjonalnej— do takiej czy innej panstwowosci, nie niesie samo w sobie aspektu zagrozenia dla zdrowia i zycia. Zeby bylo ciekawiej, to pierwsze doswiadczenie —grozba tego co w 50 lat pozniej eufemistycznie nazwano czystka etniczna— ze strony dominujacej grupy etnicznej, dzielone bylo W ROWNEJ MIERZE przez Zydow i ukrywajacych ich Polakow.

Chociazby wiec z tego powodu winno to (stac sie) byc przedmiotem jakichs rozliczen(?), lustracji czy przynajmniej uznania-jako-problem w swiadomosci narodu. Tymczasem jest to jednym z bardziej przemilczanych aspektow okupacji, zagrozenie Echt-Polakow ze strony innych Echt-Polakow. Natomiast w nielicznych przypadkach, kiedy jest to napomykane, chetnie sie przypomina "symetryczne" zagrozenie dla tych ostatnich plynace ze strony _zydowskich_ szmalcownikow.

Dla odmiany, ta druga pamiec zbiorowa, w skrocie: "witanie przez Zydow wkraczajacej Armii Czerwonej staropolskim zwyczajem chleba i soli" jest niewatpliwie, w romantycznej i tesknota za niepodlegloscia przesyconej mentalnosci Polakow, czyms obrzydliwym, nielojalnym, "nie-polskim". Nie jest to jednak doswiadczenie ktorego bezposrednim nastepstwem byloby wyniszczenie, anihilacja jednostki i grupy; a potem, kiedy zaczely sie wywozki i inne upodlenie populacji za Bugiem, przypominam ze dotknely one w rownej mierze WSZYSTKIE grupy etniczne — o ile z powodow czysto demograficznych znowu nie proporcjonalnie bardziej samych Zydow (pisze o tym Gross).

(Co do pozniejszej "kolaboracji": do czasu zapoznania sie z lepiej udokumentowanym wizerunkiem tych lat niz ten w "Upiornej Dekadzie" Grossa, “Ja za takie wyzwolenie im dziekuje i bardzo prosze zeby to ostatni raz”, jakby nie bylo zbioru solidnie opracowanych tez i zalozen. pozwalam sobie polegac na nim az do odwolania).

Ale rowniez to szczegolne doswiadczenie zbiorowe nie jest calkiem Pamiecia z Krysztalu. Dla rownowagi nalezaloby bowiem pamietac chociazby o tych chmarach Zydow ktorzy po 17-tym wrzesnia 1939 faktycznie uciekali przed bezboznym bolszewikiem w objecia "bardziej kulturalnego zaborcy" (w koncu Goethe itp). To bowiem tez jest udokumentowane, i bynajmniej nie wyjatkowe, ale jakos wygodnie przemilczne podczas wyliczanek zydowskich win i wykroczen.

[Henryku, pamietasz zapewne tekst Wlodka Leszczynskiego na SERIO 16:go pazdziernika, o tym jak jego mama i babcia czekala w Zarebach Koscielnych na Bialostocczyznie na pociag w glab Rosji, a po drugiej stronie peronu koczowala taka sama ilosc ludzi chcacych wracac do Polski? Jakis chlopczyk kazal im stanac nie tam dokad zamierzali. Przyszli krasnoarmiejcy, zaladowali tych "Polakow" do wagonow idacych na wschod, a tych co _chcieli_ spieprzac od Szwabow, na bagnetach zaprowadzili do granicy z Niemcem; bylo wsrod nich sporo Zydow. No tak, ale pamiec zbiorowa wie lepiej.....]

Na koniec jest jeszcze jeden nigdy nie wzmiankowany aspekt tych czasow: a mianowicie ten, ze znamienna data 17 IX 1939 r znaczy wiele dla Polakow; ale wiecej dla Zydow. W tym bowiem dniu ci ostatni nie tylko, podobnie jak reszta rodakow, utracili niepodleglosc. W tym dniu zostali oni tez wywlaszczeni z polskosci.

Nie zamierzam tu dyskutowac problemu spychania Zydow na margines spoleczenstwa miedzy wojnami, zbyt obszerny to temat, ale chyba nikt nie zaprzeczy ze pod koniec lat trzydziestych przybral on rozmiar wrecz legalistycznie eliminacyjny (Madagaskar etc; Goldhagen sie klania). Zydzi jako narod, pelnoprawni obywatele polscy, "tam urodzeni", stali sie anatema polskosci. Obojetnie co by nie robili, jak by sie nie zachowywali, asymilowali sie czy nie, nie bylo dla nich miejsca.

Wojna, najpierw na jeden, a potem na dwa fronty, dala po 17 IX tym, ktorzy tego potrzebowali, ostateczny pretekst do tego by Zydow wywlaszczyc z przynaleznosci do (tez ich) ojczyzny.

Nie sa to czcze slowa. Historyk Jozef Lewandowski wynotowal taka owo wypowiedz przyslana orzez kuriera z kraju do Londynu (cytaty z pracy Lewandowskiego [*]. Pisal to ktos wysoce postawiony w jednym ze stronnictw, nie byle kto.) Pozostawiam waszej spekulacji jak symptomatyczna czy —obrzydliwe slowko— "zwykla" byla ona, czy mogla byc:

"W 'Sprawozdaniu' [Sytuacyjnym Delegatury Rzadu na Kraj, periodycznym zbiorze raportow liczacym czasami po kilka tysiecy zmikrofilmowanych stron] z marca 1942 roku (od 1 listopada 1941 do 15 stycznia 1942) znajdujemy wywod, nie odbiegajacy do nazistowskiego, ze wszyscy Zydzi to bolszewicy, przynajmniej od wkroczenia Sowietow na teren Rzeczpospolitej (s.80). Zaglada byla w toku, ale nie otrzezwila [nieujawnionego __L] autora, akcentujacego, ze 17-go wrzesnia 1939 "zniknely ostatecznie luzne juz i przedtem zwiazki Zydow ze spoleczenstwem polskim" (s.81).

Rozpisalem sie, a mialem nie. Zaraz koncze. Ale wpierw chcialbym postawic takie oto, przyznaje ze teoretyczne (czy -ujace), pytanie: jesli przyjmiemy teze ze takie "powszechne" wywlaszczenie Zydow z polskosci mialo de-facto miejsce, to czy nie logicznym sie staje, ze wnet znajda sie "dowody" na, i okolicznosci, potwierdzajace "wlasciwosc" i "nieuchronnosc" takiego biegu dziejow?

__L

[*] Jozef Lewandowski _Wezel sztokholmski: szwedzkie
      koneksje polskiego podziemia IX 1939 — VII 1942_;
      Acta Sueco-Polonica #4, Bokserie #4; Uppsala 1999.
      ISSN 1401-1786 ISBN 91-506-1364-2. Zupelnie nowe
      wydanie, nie dostepne jeszcze w bibliotekach
      uniwersyteckich. Recenzja w trakcie.

To: ExL@xxxxxxx.com
Date: Wed, 3 Nov 1999 20:31:30 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Re: Tabu i niewinnosc

LF>    Henryk IMHO zbyt pochopnie zestawia doswiadczenia
LF>    "pamieci zbiorowej" Polakow i Zydow jako rownowazne,
LF>    rownowazace sie, czy wrecz symetryczne. [...]

Nie bylo moja intencja zestawianie, porownywanie czy jakiekolwiek inne wartosciowanie martyrologii narodowych. Najwyrazniej napisalem niejasno, albowiem Lucjan odczytal moje slowa jako probe znalezienia znaku rownosci. Nie. Jestem jak najdalszy od tego typu rozwazan, ktore uwazam za jalowe i do niczego nie prowadzace. Co znowu nie oznacza, ze kwestionuje wyjatkowosc sytuacji Zydow w czasie wojny. Nie kwestionuje. Cala moja rodzina, etc.

Interesuje mnie natomiast historia, a w tym konkretnym kontekscie - stosunek Zydow do wladzy radzieckiej po 17 wrzesnia. Argumenty Grossa, bedace w sprzecznosci ze zbiorowa pamiecia Polakow, uwazam za nieprzekonywujace. Co wiecej, zbiorowa pamiec Zydow, z ktorymi sie zetknalem, a takze ich wspomnienia, nie przyswiadczaja teorii Grossa, ze Zydzi traktowali Rosjan jako okupantow (niezaleznie od pozniejszych doswiadczen owych Zydow w ZSRR, czesto ciezkich i tragicznych). Wydaje mi sie to skadinad naturalne, co znacznie lepiej ode mnie wyrazil Smolar.

Nigdzie nie sugerowalem jakiejkolwiek "symetrii" pomiedzy szmalcownikami polskimi czy zydowskimi a witaniem Rosjan chlebem i sola. Uwazam natomiast, ze mechanizm pamieci zbiorowej jest jednakowy i przenosny, niezalezny od grupy etnicznej czy rodzaju doswiadczenia.

Idac dalej tym tropem - wydaje mi sie rowniez, ze 17 wrzesnia nie byl i dla Polakow w 1939 roku tym, czym stal sie pozniej. Wiekszosc swiadectw dotyczy czasow nieco pozniejszych, czyli terroru. Znam oczywiscie wiersz Wladyslawa Sebyly o "tupocie nog soldackich", ale zdaje mi sie, ze powstal pozniej, kiedy wiesci o zbrodniach sowieckich staly sie juz szeroko znane. Czytalem ostatnio (nie pamietam gdzie, moze w Gazecie Polskiej) jakies wspomnienia batalistyczno-martyrologiczno z 17.IX, jednak wydawaly mi sie niewielkiego kalibru. Jest taki slynny, oskarzycielski wiersz Hemara "Do generala", pisany w marcu 1940 w Rumunii, autorstwa czlowieka zdecydowanie wrogiego Sowietom. Adresatem wiersza jest Smigly-Rydz. Wiersz ten, dla tych, ktorzy go nie znaja, jest dramatycznym katalogiem polskich klesk we wrzesniu. Sowietow w nim nie ma, sa tylko Niemcy. Poniewaz jest pisany krotko po klesce wrzesniowej przez poete ogromnie zawsze czulego na nastroje spoleczne i umiejacego je wyrazic, wydaje mi sie waznym swiadectwem czasu.

Innymi slowy, niewykluczone, ze pomimo pamieci roku 1920, we wrzesniu takze i Polacy nie witali wkraczajacych Rosjan ze zdeklarowana wrogoscia. Mysle, ze dopiero bezposrednie doswiadczenie z brutalnoscia systemu sowieckiego, a przede wszystkim terrorem NKWD, skierowanym glownie przeciwko Polakom (co Gross pomija), zaowocowalo taka, a nie inna pamiecia tego, co sie dzialo na Kresach.

Moze znowu pisze niejasno. Moj szczegolny problem z tekstem Grossa o Kresach nie polega na tym, ze u niego Zydzi sa cacy, a kogos innego sa be. Chodzi mi o to, ze Gross kwestionuje zbiorowa pamiec poszczegolnych wydarzen i stara sie jej zaprzeczyc. Ja natomiast uwazam, ze traktowac tego wybiorczo nie mozna, i jesli np. wiezniowie Majdanka pamietaja, ze czesc straznikow mowila ze soba po litewsku czy ukrainsku, to zapewne rzeczywiscie tak bylo. Proba udowodnienia, ze mamy uprzedzenia wobec Ukraincow i Litwinow i dlatego ich w taka scenerie wstawiamy wydaje mi sie mocno naciaganym argumentem.

Henryk

LF>    Nie jest to jednak doswiadczenie ktorego bezposrednim
LF>    nastepstwem byloby wyniszczenie, anihilacja jednostki
LD>    i grupy;

To: ExL@xxxxxxx.com
Date: Sat, 6 Nov 1999 13:23:00 +0100
From: ____Textpert Alert____ <ianf@xxxxxx.se>
Subject: Re: [ExL] Re: Tabu i niewinnosc

Nie planowalem pisac o tym wiecej, ale zlapawszy sie na powracaniu do tego myslami, zdecydowalem podzielic sie nimi z wami.

Pisze Henryk, ze nie przekonywuja go argumenty Grossa "bedace w sprzecznosci ze zbiorowa pamiecia Polakow". Co wiecej, "zbiorowa pamiec Zydow [..,] nie przyswiadcza teorii Grossa, ze [ci w rownym co Polacy stopniu __L] traktowali Rosjan jako okupantow."

To ostatnie jest bezsprzeczne, bo jasne jest ze w obliczu nowej rzeczywistosci, owi obywatele II Rzeczpospolitej II kategorii uwierzyli retoryce. Lakonicznie potrafil to wyrazic Henryk Grynberg w "Drohobycz, Drohobycz" [Warszawa, WAB, 1997]:

"[...] U nas jewriej, nie jewriej, odin chuj,
mowili Sowieci, a Zydzi z zachwytem sluchali,
bo jeszcze nigdy nie doswiadczyli takiej
rownosci. A antysemici nie mogli nam tego
wybaczyc, bo oni najbardziej nienawidza
rownosci z Zydami
." (s. 28)

[Zauwacie prosze i docencie jak podstepnie wplatam tzw  ObLitRefs zeby podniesc Wasz i Nasz Poziom Intelektualny dygresju kaniec.]

__L

To: ExL@xxxxxxx.com
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Date: Sun, 7 Nov 1999 02:58:08 -0500
Subject: Re: [ExL] Zart?

Magda, o Polandelu:

> Mnie nie ma juz czas jakis na Polandelu, ale
> niekiedy tam zagladam, szczegolnie kiedy Exlibris,
> do ktorego wrocilam po poltorarocznej przerwie,
> milczy :-)

Milczenie ludzi inteligentnych opowiada nieskonczenie barwniejsza historie niz gadulstwo polglowkow.

Henryk

To: ExL@xxxxxxx.com
Date: Mon, 8 Nov 1999 17:10:57 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Salatka owocowa

Szef pisze:

AR> Zwazcie nadto, ze ExL przezywa niejaki renesans,
AR> byly przeciez okresy posuchy, tylko do pewnego
AR> stopnia rekompensowane "milczeniem osob inteligentnych"
AR> (bo zbyt bylo ono glebokie) i bylbym niepocieszony,
AR> gdybysmy sie zaczeli (renesansowo) klocic.

Nie bedziemy sie klocic. Od klocenia sie sa inne listy, ktorych nazw przez grzecznosci nie wymienie.

Henryk

To: Exlibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Sun, 14 Nov 1999 21:04:34 -0500 (EST)
From: Jurek Krzystek <jurek@xxxxxxxx.xxxxxx.xxx.edu>
Subject: [ExL] Tabu i niewinnosc

Jestem wlasnie w trakcie lektury ksiazki "Wartime Lies" piora Louisa Begleya (New York: Alfred A. Knopf, 1991). Niewiele przeczytalem, zaledwie 30 stron, ale juz zauwazylem charakterystyczny szczegol, ktory nawiazuje do niedawnej dyskusji jak w tytule. Autor, jak pisze, byl jedynym synem zamoznego zydowskiego lekarza w miejscowosci T. odleglej o 50 km od Drohobycza, czyli we Wschodniej Galicji.

Rozdzial pierwszy jest opisem, sielankowym nieledwie, lat 30-tych spedzonych w T. Nawet lata 1935-39, szczegolnie dla polskich Zydow niedobre, nie maca idyllicznego obrazu calosci i sa ledwo wspomniane jednym zdaniem. Rozdzial konczy sie nastepujacym fragmentem (s. 29): "Less than one year later came September 1939, and it was all over".

Przewrocilem wiec strone zaczynajac rozdzial drugi. Nie zaczalem jeszcze czytac, kiedy w oczy moje rzucil sie na s. 31 nastepujacy fragment: "Catholic population had come out into the streets to greet the German soldiers". Ludnosc polska witajaca entuzjastycznie Niemcow w 1939 roku??? Tego jeszcze nigdzie nie widzialem. Gdzie to mialo miec miejsce? Moze we Lwowie i przyleglych obszarach, ktore istotnie we wrzesniu 1939 zostaly na krotko zajete przez Niemcow, zanim zostaly odstapione Sowietom na mocy paktu R-M?

Zanim skonczylem sie dziwowac, przeczytalem poczatek rozdzialu II dokladniej i zauwazylem z niemniejszym zdziwieniem, ze dotyczy on... czerwca 1941. Czyli dwa lata: od wrzesnia 1939 do czerwca 1941 przezyte na terenie Galicji Wschodniej nie zasluzyly sobie w pamietniku Begleya na najmniejsza wzmianke. Hmmm...

Jesli ktos pamieta film "Shtetl" Marzynskiego, pokazywany w publicznej TV USA okolo czterech lat temu, a dotyczacy miasteczka Bransk, to tam rowniez okresu 1939-1941 nie bylo, a konkretnie informacji, ze w tamtych latach Bransk byl okupowany przez Sowietow.

Czyli mozna jak Gross, negowac, mozna jak Smolar zajac sie (jak sadze) uczciwie problemem, ale najwygodniej jest pominac.

Chce tu powrocic do "pamieci zbiorowej" wspomnianej przez Henryka. Jak najbardziej sie z tym pojeciem i jego rola zgadzam. Na swoj uzytek ukulem niezaleznie termin "percepcja zbiorowa" co sie sprowadza mniej wiecej do tego samego. Przy czym ja rozrozniam dwa rodzaje takiej zbiorowej percepcji: "bezposrednia" i "historyczna". "Percepcja bezposrednia" jest udzialem zbiorowosci, ktora sama badz przez najblizszych przeszla przez dane wydarzenia.

Tym samym obraz okupowanej Polski z denuncjujacymi Zydow Polakami, z wszystkimi szmalcownikami, z chlopami sprzedajacymi Niemcom Zydow za worek cukru i litr samogonu, jest percepcja bezposrednia dla tych, ktorzy to przezyli, badz przezyli to ich najblizsi i nikt uczciwy nie bedzie prawdziwosci tej percepcji negowal, niezaleznie od rozwazan, jak dalece ogolne byly te zjawiska i czy (jesli w ogole) byly rownowazone przypadkami przeciwnymi.

Ale oprocz tego istnieje tez percepcja historyczna, wedle ktorej spora (wieksza?) czesc Zydow, glownie (choc nie tylko) amerykanskich odnosi sie do Polski i wszystkiego co polskie w sposob raczej charakterystyczny. Nie bede tu przytaczal przykladow typu anegdotycznego, ktorych sam mialbym w zanadrzu dziesiatki, a dotyczacych glownie choc nie jedynie okresu okupacji. Nawet jednak obraz Polski przedwojennej, w ktorej, jak napisal Henryk, Kielce sie jednak nie wydarzyly i raczej wydarzyc nie mogly, wedlug tej percepcji historycznej jest brutalny i krwawy, a co wazniejsze, zdolal trafic rowniez do prac typu prawdziwie historycznego. Przykladem jest ksiazka Celii Heller-Stopnickiej "On the Verge of Destruction" (New York: Columbia University Press, 1977), bedaca na wielu uniwersytetach obowiazkowym zrodlem na kursach Holocaustu.

Tyle wiec na razie o percepcjach. Jak slusznie zauwazyl Henryk, bazuja one na konkretnych i prawdziwych wydarzeniach, ktorych powszechnosc jednak bardzo trudno obiektywnie ocenic. Co do percepcji historycznych jednak jestem zdania, ze zaczynaja one zyc wlasnym zyciem, ktore miewaja bardzo luzny zwiazek z historyczna prawda. Odnosi sie to w mniej wiecej rownym stopniu do percepcji polskiej lat 1939-41 na Kresach, jak i percepcji zydowskiej lat 1939-47 w Polsce samej. Uprzedzajac Lucka nie zamierzam twierdzic, ze istnieje tu pelna symetria, ale analogie jednak zauwazyc sie dadza.

Recenzja samej ksiazki, jak skoncze.

Jurek K_ek

To: ExL@xxxxxxx.com
Date: Sun, 14 Nov 1999 23:52:19 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Re: Tabu i niewinnosc

Jurek Krzystek pisze:

> [...] Jesli ktos pamieta film "Shtetl" Marzynskiego,
> pokazywany w publicznej TV USA okolo czterech lat
> temu, a dotyczacy miasteczka Bransk, to tam rowniez
> okresu 1939-1941 nie bylo, a konkretnie informacji,
> ze w tamtych latach Bransk byl okupowany przez
> Sowietow.

Jurek, to jest nieporozumienie. Ksiazka nie jest "pamietnikiem Begleya" i nie "autor", ale narrator byl synem lekarza z T. "Wartime Lies" jest powiescia. Slowo to (lub jego synonimy) znajduje powtorzone z tuzin razy na obwolucie tego samego wydania, ktore masz w reku. Begley (urodzil sie jako Ludwik Begleiter) mowil o tym wielokrotnie, m.in. w polskiej prasie, a takze podczas wizyty w Polsce, indagowany z rozmaitych pozycji. Cytuje za Renata Gorczynska: "Pisarz nie zgadza sie z zaszeregowaniem powiesci do gatunku zaszyfrowanych biografii. Nie znaczy to jednak, by losy jego i Macka nie mialy punktow stycznych."

Powiesc to powiesc. Realia "Wartime Lies" zbiezne sa z realiami dziecinstwa autora w podobnym stopniu jak - czy ja wiem? losy bohaterow Hlaski, Stasiuka albo Phillipa Rotha. Ich autobiograficzni bohaterowie katuja kobiety, kopuluja ze swiniami, ew. z kawalkiem watroby, przeznaczonym na rodzinna kolacje. Do glowy by nam nie przyszlo doszukiwac sie w tym historycznej prawdy, pomimo nader konkretnych realiow. Luc Sante, nowojorski pisarz, urodzony w Belgii, wydal ostatnio "The Factory of Facts", autobiograficzna proze, tak przez niego samego sklasyfikowana. Jest tam dziewiec roznych wersji jego wlasnej autobiografii. Konwicki w "Rojstach" zamiescil nieprawdopodobnie drastyczna scene gwaltu dokonanego na dziecku przez porucznika AK, ale nie slyszalem, zeby ktos wybral sie do Puszczy Nalibockiej i sprawdzal, czy tak rzeczywiscie bylo.

Z Marzynskim bym wiec tego nie porownywal, bo "Sztetl" jest filmem dokumentalnym, a nie fabula. Mam do tego filmu zasadnicze zastrzezenia bynajmniej nie dlatego, ze uwazam "Sztetl" za antypolski. Nie uwazam. Nie podoba mi sie jego metodologia, wedlug mnie naginajaca rzeczywistosc dokumentalna do przyjetej z gory tezy. Umieszczenie w "Sztetlu" Yaffy Eliach, zdyskredytowanej w amerykanskim swiecie historykow Holocaustu, oraz Ejszyszek, od Branska odleglych o nie wiem ile kilometrow, uwazam za sprzeczne z zasadami sztuki i nierzetelne.

Przepraszam, ze tak skrotowo, ale pozno, a chcialem odpisac bez zwloki.

Serdecznosci, Henryk

To: Exlibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Mon, 15 Nov 1999 09:31:27 -0500 (EST)
From: Jurek Krzystek <jurek@xxxxxxxx.xxxxxx.xxx.edu>
Subject: [ExL] Begley

HD>    Jurek, to jest nieporozumienie. Ksiazka
HD>    nie jest "pamietnikiem Begleya"
          [...]

Oops. Nabralem sie. Na usprawiedliwienie: ksiazka nie ma obwoluty, wiec tez zadnego komentarza czy informacji o autorze.

Pozytki z ExLibrisa widac jednak jak na dloni: reszte ksiazki przeczytam juz pod innym katem. Sadzilem, ze to jedno z N wspomnien, o roznej wartosci literackiej i historycznej, ktore dosc obficie pojawily sie na rynku w latach 90-tych.

Porownanie ze Sztetlem Marzynskiego w tej sytuacji istotnie bez sensu. A co do opinii o tymze, to znowu sie zgadzam w 100%. Nie cierpie zreszta okreslenia "antypolski", pewnie na slutek dlugotrwalej obecnosci na innej liscie, nazwy ktorej juz nie wymienie, czy tez lektury sporej czesci polskiej prasy.

Tez na goraco i skrotowo.

Dzieki, Jurek

To: ____Wasz Interferment____ <ianf@xxxxxx.se>
Date: Tue, 16 Nov 1999 14:42:07 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: Tu Wonie Prawdziwa Polskoscia!

Luc, o Galczynskim / Endecji / PZPR patrz "Traktat poetycki" Milosza. Tam to jest wyjatkowo lapidarnie ujete. h

# To: poland-l@listserv.acsu.buffalo.edu
# Date: Sun, 14 Nov 1999 11:41:06 +0100
# From: ____Wasz Interferment____ <ianf@xxxxxx.se>
# Subject: Tu Wonie Prawdziwa Polskoscia! (bylo Re: Donosicielstwo)

        [....] ps. dla
        bibliomaniakow: pelen zapis niniejszego
        watku na Polandelu, tak dlugo jak nikt
        radykalnie nie zmieni tematu, odnalezc
        mozna pod tym uskrzydlonym adresem:

http://listserv.acsu.buffalo.edu/cgi-bin/wa?S2=poland-l
&s=%28Wonie+Polskoscia%29+OR+%28czyli+po+owocach%29
&f=NOT+%28%77%67%6c%6f%77%61%40%29&a=1999-11-14

To: Exlibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Tue, 16 Nov 1999 17:19:39 -0500 (EST)
From: Jurek Krzystek <jurek@xxxxxxxx.xxxxxx.xxx.edu>
Subject: [ExL] Y. Eliach?

HD>    [...] Umieszczenie w "Sztetlu" Yaffy Eliach,
HD>    zdyskredytowanej w amerykanskim swiecie
HD>    historykow Holocaustu, oraz Ejszyszek, od
HD>    Branska odleglych o nie wiem ile kilometrow,
HD>    uwazam za sprzeczne z zasadami sztuki
HD>    i nierzetelne.

Czy p. Eliach jest zdyskredytowana? Wyglada, ze trzyma sie niezle.

"Yaffa Eliach, There Once Was a World: A 900-Year
Chronicle of the Shtetl of Eishyshok, finalist in
the 1998 National Book Award contest."

http://w3.nai.net/~wla/nba1998.html )

Gdzie indziej (choc moze to autoreklama):

"Dr. Yaffa Eliach, Professor of Judaic Studies at Brooklyn College, is a pioneer scholar in Holocaust Studies and the creator of the acclaimed "Tower of Life" at the United States Holocaust Memorial Museum in Washington."

http://www.interlog.com/~mighty/valor/yaffa.htm )

Nawet flegmatyczni Anglicy w czasopismie "New Statesman", choc lagodnie krytykuja ksiazke Y. Eliach "Distant Voices, Other Lives" w nastepujacy sposob:

"By far the most detail is devoted to the fatal interaction of the 1940s. So is there, then, in reality no shared history of Jews and Poles beyond that of anti-Semitism and murder? It seems unlikely. Yet for Eliach the history of Eishyshok is synonymous with the history of its shtetl. If this was once a world, then there was another, Christian world just next door to and down the street from it. Until we have a clearer sense of how these worlds intermeshed, entangled and then broke apart, it will be harder for us to see our century for what it is."    "Najbardziej detaliczne opisy poswiecone sa fatalnym interakcjom lat 40. Czy wiec rzeczywiscie nie istnieje zadne wspolne losy i Zydow poza historia antysemityzmu i morderstw? To malo prawdopodobne. Ale dla Eliach dzieje Ejszyszek sa rownowazne z dziejami jej sztetlu. Jesli ow byl kiedys jej swiatem, to istnial tez inny, chrzescijanski swiat tuz obok, dalej w glab ulicy. Do chwili, kiedy bedziemy miec wyrazny obraz jak swiaty te wspoldzialaly, byly splecone i potem sie rozlamaly, bedzie nam trudno zrozumiec jakie bylo nasze stulecie."

pisza rowniez (krytyk Mark Mazower):
 
"The final chapters on the 1940s have provoked much controversy in Poland, where there is still difficulty in accepting that the wartime Home Army did not only battle gallantly against the Nazis (and later against the Russians), but also killed many Jews."    "Ostatnie rozdzialy tyczace lat 40. sprowokowaly ogrom kontrowersji w Polsce, ktorej trudno zaakceptowac ze Armia Krajowa podczas wojny nie tylko dzielnie walczyla z nazistomi (a potem z Rosjanami), ale tez zabila sporo Zydow."

No, ale tu dotykamy znowu problemu percepcji zbiorowych i to w ogole temat na inny raz.

Jurek K_ek

To: ExL@xxxxxxx.com
Date: Fri, 3 Dec 1999 23:45:43 -0500
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] Nobody, Blake i Jarmusch

> From: Aleksandra Omirska <orthe@xxxxxxx.net>

> Apokalipsa teraz
> The Goodfather I
> Lot nad kukulczym gniazdem
> A clockwork orange
> L'Avventura (Antonioni)
> A Streetcar named desire
> Ikiru (Kurosawa)

Strasznie jestescie intelektualni. Oto filmy, ktore uwazam za najwazniejsze, albowiem odpowiedzialne sa za obszar mojej estetyki:

- Zakazane piosenki
- Sadko
- Czapajew
- Rio Escondido
- Winchester '73
- Cena strachu.

Ogladalem te filmy w warszawskim kinie "Moskwa", juz nieistniejacym, w latach 1953-56. Nie musze dodawac, ze cala pozniejsza produkcja filmowa wydaje mi sie tylko marnym ersatzem tamtych niezapomnianych doznan. Kochalem sie kolejno w Danucie Szaflarskiej, Lidii Wertynskiej, proletariuszce Ance, Marii Felix, Shelley Winters i Yvesie Montandzie. Marzylem, aby dokonac zycia na taczance z maximem, a moze w siodle, z Winchesterem w olstrach.

Tak sie nie stalo. Zamiast tego niedawno znalazlem sie przypadkiem na wyrafinowanym intelektualnie przyjeciu, gdzie rozmawiano o wspolczesnej sztuce filmowej. Ktos z obecnych zachwycal sie filmem "The Red Violin". Jest to wlosko-kanadyjsko-amerykanska koprodukcja, opowiadajaca historie skrzypiec, ktore na przestrzeni wiekow przechodza z rak do rak. Moj interlokutor, modny ostatnio pisarz, tlumaczyl mi nieco protekcjonalnie, ze to subtelna metafora o przemijaniu czasu i trwalosci swiata. Powiedzialem, ze ten sam film ogladalem w wieku lat dziewieciu, tyle, ze traktowal o karabinie i Dzikim Zachodzie, poza tym byl ciekawszy i lepiej zrobiony. Przestali mnie zapraszac na przyjecia.

Wasz, Henryk

EpistoChronologia  1967 
 1989 
 i   x   1990 
 ii   iii   v   vi   vii   viii   ix   x   xi   1991 
 ii   iv   v   vii   viii   ix   xii   1992 
 i   ii   iii   iv   vii   ix   1993 
 iii   v   1994 
 i   v   ix   1995 
 iii   v   ix   xi   1996 
 v   viii   ix   x   xi   xii   1997 
 i   ii   iii   iv   v   vi   vii   viii   ix   x   xi   xii   1998 
 i   ii   iii   vii   viii   ix   x   xi   xii   1999 
 i   ii   iv   v   vi   vii   viii   ix   x   xi   2000 
 i   iii   iv   v   vi   ix   x   xi   xii   2001 
 ii   iii   viii   xi   xii   2002 
 xii   2003 
 iii   vi   v   vii   viii   ix   x   xii   2004 
 ii   iii   iv   vii   viii   ix   x   xi   2005 
 i   iii   iv   v   vii   ix   2006 
                                                                                          

EgoTurfSurf  •  Daskografia  •  Dalej : 2000