Epistochronologia  •  EgoTurfSurf  •  Daskografia  •  Wczesniej : Czerwiec 1998

To: ExLibris@xxxx1.xxxx.xxx.pl
Date: Wed, 8 Jul 1998 17:33:39 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: [ExL] donosze ministrom

> From: Jaroslaw R. Romaniuk <jrr3@xx.xxxx.edu>

>    EUROPEANS PENISES HAVE GROWN

>    Following years of research by a standardization
>    committee, the European Union has increased the
>    length of its "standard" condom from 16 centimeters
>    (6.3 inches) to 17 centimeters (6.7 inche).

Siedemnascie centymetrow??? To chyba Hlasko napisal w jednym z opowiadan ("Osmy dzien tygodnia"?)

"...czlowiek dziekuje Bogu, ze ma sie czym odlac..."

Henryk Dasko

To: chawerim@XXXxxxxxxx.com
Date: Thu, 16 Jul 1998 02:59:15 +0200
From:<J.S.Bielicki@xxxx.xxxxxx.de>
Subject: Ku pamieci Henia Dasko

Cum memoriam Henia Dasko, naszego kolegi, ktory gdzies nam tu zaginal i nie wiadomo gdzie go szukac, chybe ze w (zcenzurowano) u (zcenzurowano).

Heniu, wroc!

Julek - liczacy dusze

POWROT LEOPOLDA TYRMANDA

[Ex Libris, dodatek Zycia Warszawy, kwiecien 1992, przytoczyl Zbyszek Pasek]

Henryk Dasko    www.info.unicaen.fr/%7Espojrz/ascii/spo.29

To: chawerim@XXXxxxxxxx.com
Date: Thu, 16 Jul 1998 00:52:22 -0400
From: Leon Rozenbaum <irony@xxxxxxxx.xxx.net>
Subject: Re: Ku pamieci Henia Dasko

Dzieki Ci Julek za "Powrot Leopolda Tyrmanda" piora Henka Daski. Chetnie bym w tym znalazl cos o flircie (a moze milosci) z katolicyzmem (jako narzedzie konserwatyzmu). Rockford Institute, jesli mnie pamiec nie zawiodla, nie byl instytucja swiecka. LeonR.

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Wed, 22 Jul 1998 10:43:19 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Encyklopedia rasistowska

Edek, raz jeszcze, o "Encyklopedii Wyd. Gutenberga":

ES>    Wiecie co , ja bym napisal do Walesy, ze:
ES>    1) jego w tej encyklopedji nie ma
ES>    2) nie ma tez Jaruzelskiego - zdrajcy
ES>    Zobaczycie, jak szybko to wycofaja.

Na ekrany kin w USA i Kanadzie wszedl niedawno film zatytulowany "Polish Wedding". Jest to, jak czytam w recenzjach, nienajlepsza komedia obyczajowa, debiut amerykanskiej rezyserki Theresy Connelly, ktora dorastala w Detroit w dzielnicy, zamieszkalej przez lokalna Polonie. Widzialem tylko zapowiedzi czyli forszpany, ale wiem, ze "Polish Wedding" opowiada historie kolejnych pokolen polskiej rodziny emigranckiej, o plebejskich korzeniach i takiejz terazniejszosci. Gatunkowo, jak sadze, mialo to byc cos podobnego do "Moonstruck".

Otoz organizacje polonijne w USA i Kanadzie rozpoczely kampanie nawolujaca juz to do bojkotu filmu "Polish Wedding", juz to do wycofania go z ekranow jako utworu antypolskiego. Rez. Connelly jest wprawdzie proweniencji nienagannie anglosaskiej, ale producent nazywa sie Tennenbaum, zreszta o Hollywood wiadomo. Rozgloszono wiec z ambon, wydrukowano w gazetach i przygotowano odpowiednie petycje.

Film jest antypolskim paszkwilem, godzacym w dobre imie Polakow na kontynencie polnocnoamerykanskim. Polacy znani sa z uczuc romantycznych i porywow wznioslych, zas film pokazuje, jak kopuluja w sposob animalny. Polacy w Detroit (osobny podgatunek biologiczny, ale to inna historia) maja historyczne i udokumentowane zaslugi, a w filmie pija wodke i wala sie po mordach. Nie ma ani slowa o powstaniach narodowych, wozie Drzymaly i Okopach Sw. Trojcy.

Zastanawiam sie, kiedy ktos z Polonii wystosuje list do Helsinki Committee.

Henryk D.

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Fri, 24 Jul 1998 01:42:03 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: szeroka dygresja

Leon R., w odpowiedzi Jozkowi, na temat zapoczatkowany listem czytelnika do "Zycia Warszawy":

At 20:06 98-07-23 +0200, Jozek Z. napisal:

JZ>> "...Jezeli idzie problematyke "Zydzi i UB" to doskonale
JZ>> przeanalizowal to ojciec Krajewskiego w jakiejs gazecie
JZ>> ktorej nazwy zapomnialem,a oryginal wyslalem Wlodkowi
JZ>> Rozenbaumowi b.dawno temu...Wydaje mi sie,ze naprawde
JZ>> nadszedl czas aby nie wpadac w histerie, jak tylko porusza
JZ>> sie kwestie duzego udzialu Zydow w terrorze komunistycznym
JZ>> 1945-53. Dla Polakow jest to problem ciagle swiezy
JZ>> i niemalze obsesyjny, blokujacy logiczne myslanie.Podobnie,
JZ>> jak dla niektorych z nas kwestia Holocaustu i w ogole
JZ>> historii Zydow,nota bene czesto znieksztalconej nie do
JZ>> poznania przez komunistycznych historykow,czesto samych
JZ>> Zydow.(Przykladem takiej tragicznej falszywki jest
JZ>> zatuszowanie faktu, ze to Zydzi byli celem niemieckiego
JZ>> mordowania,a nie wszystkie sily postepu" ani tez nie
JZ>> "wszystkie milujace pokoj ludy".)"

LR>    Zacznijmy od tego, ze analiza starszego Krajewskiego
LR>    jest dalece nie "doskonala" przede wszystkim dlatego,
LR>    ze sam tez jest osoba zainteresowana w udowodnieniu
LR>    swojego punktu widzenia. Jak tylko wyciagne ten artykul
LR>    z "WIEZI" to chetnie sie to tego ustosunkowuje. Po
LR>    drugie, Twoje porownanie "niemalze" obsesji Polakow
LR>    na temat udzialu Zydow w terrorze komunistycznym lat
LR>    1945-53 z podobnym stosunkiem do holokaustu niektorych
LR>    z nas jest w najlepszym wypadku dosc niezreczne.
LR>    Kwestia udzialu mniejszosci narodowych (nie tylko
LR>    Zydow) w terrorze stalinowskim jest jeszcze niedobadana
LR>    do konca a takiej niepewnosci na temat zaglady Zydow
LR>    nie ma. Kazdy z nas stracil rodzine w zagladzie a nie
LR>    kazdy Polak cierpial w latach 1945-53. Zachowajmy
LR>    jakies proporcje. LeonR.

Mnie tez, Leon, zaskoczyla argumentacja Jozka, ale polemizowalbym z tym nieco inaczej niz Ty. Po pierwsze, kwestia - jak piszesz - udzialu Zydow w terrorze stalinowskim jest moze i niedobadana do konca (nie rozumiem tego wyrazenia), ale nie sadze, zeby pozostawiala znaczace watpliwosci. Wysoki procent Zydow zarowno w ruchu komunistycznym, jak i w jego aparacie przemocy jest faktem historycznym, ktorego kwestionowac nie mozna i nie nalezy.

Natomiast postrzeganie komunizmu czy terroru stalinowskiego jako dziela Zydow jest czescia arsenalu wspolczesnego antysemityzmu. Zacytowany przez Julka B. list czytelnika "Zycia Warszawy", klasyfikujacego stalinizm jako okres rzadow Bermana, Minca i Zambrowskiego jest pisany wlasnie z takich pozycji i co do tego nie ma watpliwosci. To jest, jak pisze Jozek, istotnie obsesja - ale wcale nie obsesja narodowej pamieci. Jest to obsesja antysemicka, owocujaca wizja komunizmu - i zapewne nie tylko komunizmu - jako zydowskiego spisku. Owe szczegolne polaczenie trzech zydowskich nazwisk to takze - trudno tego nie przypomniec - sygnatura propagandy Marca 68 i pozniejszych organizacji polskiego nacjonalkomunizmu, kiedy to nazwisko m.in. Zambrowskiego odmieniano ze szczegolna luboscia.

Sprawa druga to "obsesje" Holocaustu i narodowej tragedii Polakow. Oczywiscie, Leon, ze proporcje strat sa rozne (szacunki mowia o stratach rzedu 300-500 tys. Polakow z rak sowieckich), ale unikalbym licytowania sie liczba ofiar. Jozek ma tu racje - dla Polakow jest to rana szczegolna, dzis bardziej bolesna niz straty z rak niemieckich. Mysle, ze chodzi glownie o brak jakiejkolwiek ekspiacji ze strony sowieckiej - niedawno ktos przytoczyl artykul z prasy rosyjskiej o dziesiatkach tysiecy jencow wojny 1920 roku, ktorzy mieli zginac w Polsce w nieludzkich warunkach. Ma to stanowic niejako rewers Katynia, a pewnie takze i pozniejszego, masowego terroru lat 44-45, kiedy NKWD wywozilo do Rosji dziesiatki tysiecy Polakow, z ktorych ogromny procent nigdy nie wrocil. Doceniam w pelni niezaleczona rane Polakow. To istotnie narodowa trauma i tragedia - tyle, ze nie z reki czy winy Zydow. Nie kupuje, Jozku, argumentow o "blokowaniu logicznego myslenia", bo tu nie o brak logiki chodzi, tylko o nienawisc. Polacy nie sa w tym jedyni: zdanie "Polacy byli gorsi od Niemcow" budzi we mnie dokladnie takie same reakcje.

Pozdrowienia, Henryk D.

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Sat, 25 Jul 1998 17:38:16 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: Nasi w prasie

Tereska, entuzjastycznie, o moich reakcyjnych pogladach na temat feminizmu i pseudoscjentyzmu w naukach o Holocauscie:

TP>    Godzine temu moj egzemplarz "Commentary" zostal
TP>    dostarczony przez milego listonosza. Rzucilam sie
TP>    na to wydanie aby podenerwowac sie na wiekszosc
TP>    listow do redakcji po artykule Gabe Schoenfelda
TP>    (czerwiec 1998) na temat: Auschwitz and the Professors.
TP>    Wielu z moich  wspolpracownikow jest zamieszana
TP>    w ta najnowsza "awanture". Prawde mowiac spodziewalam
TP>    sie, ze wiekszosc korespondentow  wyrazi swoje
TP>    niezadowolenie i brak satysfakcji z punktu  widzenia
TP>    i argumentow Gabriela Schoenfelda - a tu  nagle co
TP>    ja widze: list Henry Dasko. Pozwole sobie przepisac
TP>    po angielsku:
COMMENTARY MAGAZINE • HOLOCAUST STUDIES 
 
Re: Gabriel Schoenfeld and his critics
 
Gabriel Schoenfeld's eloquent and, on occasion, hilarious "Auschwitz and the Professors" brought back vivid memories of my childhood and adolescence spent in post war Poland. Substitute Marxist-Leninist gobbledygook for Holocaust pseudo-science Mr. Schoenfeld cites, replace "feminist" with "working class", and you end up with a rather accurate description of the excesses of ideology-infused education as i knew it. View the word in "gender" categories, and it will not differ much from the vision of those who once looked at it through the lens of "class origin". It would be wrong to suggest that there are similarities between the post-Stalinist institution i attended in Warsaw and modern American universities. There are not. There is however, an indisputable lesson to be learned: when harnessed to a political agenda, scholarship ceases to be worthy of its name.    Elokwentne i chwilami przesmieszne "Auschwitz a profesorowie" Gabriela Schoenfelda przywolaly wspomnienia mego dziecinstwa i lat mlodosci przezytych w powojennej Polsce. Zastapmy marksistowsko-leninowski belkot pseudo-nauka Holocaustu cytowana przez pana Schoenfelda, zmienmy "feminist" na "klase robotnicza", i otrzymamy dosc dokladny opis ekscesow ideologicznie zabarwionej edukacji, jakiej przyszlo mi doswiadczyc. Spojrzmy na slowo w kategoriach "gender" [filozoficzne, w odroznieniu od klinicznego, pojecie "plci", (dopisek erudycyjny red. dyz.)], i nie bedzie wiele sie roznilo od wizji tych, ktorzy niegdys oceniali je przez pryzmat "klasy robotniczej". Bledem bylaby sugestia, jakoby istnialy zbieznosci miedzy poststalinowskimi instytucjami mej edukacji w Warszawie, i wspolczesnymi uniwersytetami amerykanskimi. Takowych nie ma. Jest natomiast niezaprzeczalna lekcja do zapamietania: przyczepiona do politycznej agendy, dzialalnosc naukowa przestaje byc warta swej nazwy.
HENRY DASKO 
TP>    Brawo Heniek - nie moglabym sie bardziej z Toba
TP>    zgodzic. Orginalna i ciekawa mysl w bardzo waznej
TP>    dyskusji, ktora jest niestety prowadzona w nie-
TP>    licznych i wlasciwie malo widocznych forum
TP>    (pewnie ma byc fora, ale juz niech bedzie tak).

TP>    Heniek, czy moglbys dostarczyc tlumaczenia swojego
TP>    listu na polski? Odpowiedz Schoelfelda jest oczywiscie
TP>    warta tlumaczenia tez. [--]

Dzieki, Teresko. Tlumaczenie listu z czasem zrobie, bo obiecalem Schoenfeldowi, ze przeloze jego szkic na polski i wydrukuje w ktoryms z warszawskich miesiecznikow.

Henryk

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Tue, 28 Jul 1998 07:49:45 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: O pepegach; nie calkiem na serio

Elizabeth Sachs wrote:

At 8:05 AM 7/28/98, Anita Burg wrote:

AB>>    Ja tez to PPG gdzies slyszalem, do tego z dumna
AB>>    nazwa Polski Przemysl Gumowy. Jezeli juz jestesmy
AB>>    w temacie: wprawdzie prezerwatywy zydowskim
AB>>    wynalazkiem nie sa, ale tez byly w zydowskich
AB>>    rekach (pun intended). Najwiekszy przedwojenny
AB>>    producent, Olla-gum (nie jestem pewien pisowni),
AB>>    slogan reklamowy "Predzej ci serce peknie" tez
AB>>    byl zydowska firma.

ES>    Pisownia (przynajmniej Olla, bo tej drugiej
ES>    czesci w ogole nie pamietam) sie zgadza.
ES>    W 67 roku mieszkalam, dzieki zbiegowi szeregu
ES>    okolicznosci, z 3ema innymi osobami, w naleza-
ES>    cej do wlascicieli Olla willi pod Paryzem...
ES>    Byl to dla nas nieslychany luksus bo wszyscy
ES>    przenieslismy sie tam z jakichs obskurnych
ES>    sluzbowek na 6ym pietrze bez windy czy
ES>    lazienki, z ubikacja na korytarzu...

PPG znaczylo dwie rzeczy: Polski Przemysl Gumowy, jak slusznie pisze Stefan, oraz Przedsiebiorstwo Przemyslu Gumowego, w odniesieniu do poszczegolnych fabryk tegoz przemyslu.

Slogan "Predzej ci serce peknie" ulozyl ktos z bardzo znanych, ile dobrze pamietam, Wankowicz. Olla-Gum doczekalo sie tez uwiecznienia w innych rodzajach tworczosci:

Przed apteka wielki tlum,
Bo przywiezli Olla-Gum.
Olla-Gum to guma co nie peka,
Olla-Gum naklada sie na seka...

Henryk D.

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Wed, 29 Jul 1998 09:26:07 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Smierc Herberta

Umarl Zbigniew Herbert, poeta bardzo wybitny, choc nie moj. Poniewaz nie umiem sie modlic, staram sie zegnac ludzi piora, czytajac ich slowa.

Jego twarz grozna w chmurze nad wodami dziecinstwa..
tak rzadko trzymal w reku moja ciepla glowe
podany do wierzenia win nie przebaczajacy
karczowal bowiem lasy i prostowal sciezki
wysoko niosl latarnie gdy weszlismy w noc

myslalem ze usiade po jego prawicy
i rozdzielac bedziemy swiatlo od ciemnosci
i sadzic naszych zywych
- stalo sie inaczej
        (Rozmyslania ojcu)

Gdybym tam wrocil
pewnie bym nie zastal
ani jednego cienia z domu mego
ani drzew dziecinstwa
ani krzyza z zelazna tabliczka
lawki na ktorej szeptalem zaklecia
kasztany i krew
ani tez zadnej rzeczy ktora nasza jest
(...)

stoje w srodku
nieruchomy jak pomnik
na jednej nodze
przed skokiem w ostatecznosc
kredowe kolo rudzieje
tak jak stara krew
wokol rosna kopczyki
popiolu
do ramion
do ust
        (Pan Cogito mysli powrocie do rodzinnego miasta)

Ci ktorzy przegrali tancza z dzwonkami u nog
w kajdanach smiesznych strojow w piorach zdechlego osla
unosi sie kurz wspolczucia na malym placyku
i filmowy karabin strzela lagodnie i celnie
(...)

oddali historie i weszli w lenistwo gablotek
leza w grobowcu pod szklem obok wiernych kamieni
        (Ci ktorzy przegrali)

Henryk D.

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Wed, 29 Jul 1998 23:01:35 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: Smierc Herberta

Czesc, Jozek, dziekuje za list.

Nie calkiem po kolei. Pytasz, dlaczego nikt z polsko-zydowskich historykow nie odpowiedzial Gerlachowi. Nie pamietam jego tekstu, przejrzalem go pobieznie - ale wydal mi sie tendencyjny i nienaukowy. W Polsce pisze wielu jemu podobnych.

Naukowcy, jak wiesz, raczej nie zajmuja sie polemika. Ludzie pokroju Gerlacha to ludzie nawiedzeni, piszacy z motywacji ideologicznych, a z tym nie sposob podjac rzetelna dyskusje, z nadzieja na wypracowanie nowej wiedzy. Nie mysle konkretnie Gerlachu, ale takie rzeczy nie sa przez powaznych historykow traktowane serio. Rozumiem natomiast, ze psuja Ci krew.

Swiatlo. Ksiazka jest oczywiscie wazna, jego podstawowych informacji na ogol nikt nie kwestionowal. Byla to przy tym postac arcyplugawa i nikczemna, wiec ile mozna ksiazke traktowac jako zrodlo dotyczace pewnych konkretnych faktow, tyle konkluzje i oceny sa tym, czym sa - tj.konkluzjami i ocenami Jozefa Swiatly. Dzis, kiedy ujawniono tyle dodatkowych materialow, nie mozna na tym bazowac w kategoriach badania zjawisk. Swoje zdanie moge opierac tylko na sprawach, ktore znam szczegolowo - zazwyczaj z nowszych danych, czasami z prywatnych zrodel. Jego celem, zawsze i bez wyjatku, bylo oplucie innych, bo taki mial charakter i mentalnosc. Ta ksiazka, Jozek, to w znacznej mierze p o r n o g r a f i a  h i s t o r y c z n a, a ja, jak niedawno pisalem, jestem czlowiekiem przywiazanym do faktow.

Podobnie ze sprawa Jozwiaka i Korczynskiego. Sa rozne pozniejsze interpretacje tej historii, nalezaloby zapytac kogos z ZIH-u. Swiatlo na pewno nie jest tu autorytatywnym zrodlem, z ktorego mozna wyciagac wnioski - poza oczywistym faktem, ze

w bratobojczych walkach rozmaitych formacji partyzanckich w centralnej i wschodniej Polsce w latach 43-44 gineli takze Zydzi. Prawda jest taka, ze oni w s z y s c y  strzelali do siebie nawzajem i nie ma takiej formacji, ktora nie ponioslaby strat z reki przeciwnikow politycznych, a czasem nawet z powodow zwyklej walki terytorialnej. To sie odnosi nie tylko do ALNSZ, ale nawet do AKBCh.

Ja, Jozek, nie jestem historykiem. Trudno mi sie oprzec uwadze, ze Twoje uwagi znacznie inteligentniej skomentowaliby Marek czy Wlodek, i to oni powinni byc adresatami tych pytan. Zwrocilem tez uwage ktoregos dnia na pare szczegolow w Twoich listach: pisales "wojnie domowej 45-53" i o tym, ze kiedy Twojego Ojca przesluchiwano w bytomskim UB, przez sciane slychac bylo, "jak rozstrzeliwano bez przerwy".

To nie jest, Jozek, prawda. Mysmy sie wszyscy wychowali w systemie, gdzie ukradziono nam prawdziwa przeszlosc - historie - i ja sie teraz bardzo staram, zeby tego nawet nieswiadomie nie kontynuowac, zeby umiec oddzielic emocje od faktu. Innymi slowy - zeby prawda byla prawda.

Pozdrawiam Cie serdecznie,

Henryk

Josef Zorski wrote:

ZH>>    oddali historie i weszli w lenistwo
ZH>>    gablotek leza w grobowcu pod szklem
ZH>>    obok wiernych kamieni

JZ> Tak,on pisal piekne wiersze.Twoja opowiesc UB itp byla
JZ> (jak zawsze )doskonala. Co niektorych nazwisk (lacznie
JZ> z Luna)kraza naturalnie rozne legendy,ale chyba dosych
JZ> autorytatywnym zrodlem jest sam Swiatlo. Wypisy z jego
JZ> audycji (np w ksiazce Zbigniewa Blazynskiego) swiadcza
JZ> raczej tym,ze Brystygierowa slusznie nazywana byla
JZ> "piatym ministrem bezpieczenstwa" (nota bene co sadzisz
JZ> tej ksiazce ? Powaznym zgrzytem w moim skromnym obrazie
JZ> historii byl opis mordowania dwoch oddzialow zydowskich
JZ> partyzantow przez AL.Nie bylo tam wlasciwie nic nowego
JZ> dla mnie,poza nazwiskiem Franciszka Jozwiaka "Witolda",
JZ> ktory jest we wspanialym swietle przedstawiony przez
JZ> Antka Zukiermana jako prawdziwy przyjaciel Zydow
JZ> i prawdziwie zaangazowany w zydowski los. czyzby
JZ> Zukierman nie wiedzial o tym epizodzie,gdzie to ponoc
JZ> sam Jozwiak wydal rozkaz masakry?? i czy wiesz dlaczego
JZ> do niej doszlo wlasciwie? Kiedys odpowiedzialem
JZ> (m in)polskiemu antysemicie,Gerlachowi na jego
JZ> paszkwil w Zeszytach Historycznych,gdzie on wlasnie
JZ> opisywal jak zydowska partyzantka w nieludzki sposob
JZ> meczyla chlopow itp itp!!(to bylo na marginesie
JZ> napasci na ZOB i historie powstania) Nie jestem
JZ> historykiem,tylko lekarzem, i nie pojmuje dlaczego
JZ> nikt z polsko- zydowskich historykow na ten podly
JZ> paszkwil (o bojowcach getta (nie odpowiedzial)
JZ> (dyskutowalem na ten temat z dr Felicja Karay
JZ> w Izraelu,specjalistka od Holocaust.Przyrzekla
JZ> porozmawiac z Krakowskim i Bauerem,ale nigdy nie
JZ> dostalem odpowiedzi, zdaje sie,ze ona tez
JZ> rozmawiala z Gutmanem(Felicja to najmlodsza
JZ> sistra mojej mamy)

JZ> Wiec to bylo a propos tego dziwnego diskrepansu
JZ> w sprawie Witolda,z drugiej strony moze to
JZ> sfabrykowano,bo wlasnie ta sprawe chciano wykorzystac
JZ> w procesie Gomulki (ze niby Jozwiak i Gomulka dali
JZ> ten nrozkaz) Pisze tym, bo ksiazka Swiatle jest
JZ> kopalnia ciekawych szczegolow tych nazwiskach ktore
JZ> wymieniasz,m.in Brystygierowej. Ale przeciez sa
JZ> i zyja jej krewni, potomkowie,nie wiadomo wlasciwie
JZ> co pisac,a co nie..(Pamietasz jak to Milosz
JZ> w Prywatnych obowiazkach zaczyna od "co wolno mowic,
JZ> czego nie wolno mowic?To pytanie zadaje sobie tu
JZ> w Berkeley.."itd. O`key,to byla troszke za szeroka
JZ> dygresje Henku. do uslyszenia Jozek

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Wed, 29 Jul 1998 01:57:41 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: O UB, ale nie tylko (Dluuuuuugieeee)

Henio Brandys, o Zydach w UB:

HB>    Ta duza (procentowo) liczba zydowskich nazwisk
HB>    ktorymi byly osadzone najwyzsze stanowiska nie
HB>    pomaga uspokoic tej obsesji. Dodaj do tych
HB>    trzech nazwisk jeszcze jedna z naszych Lune
HB>    Brystygier. Mialem okazje pare dni temu ogladac
HB>    w Polsce reportarz na jej temat. Autor reporta-
HB>    rzu wyraza opinie ze Luna Brystygierowa byla
HB>    ciemna eminencja bezpieki i defacto jej nie-
HB>    oficjalnym szefem. Wybawiona przez Bermana po
HB>    rozwiazaniu KPP, a pozniej (podobno) kochanka
HB>    Szyra miala pod swoja opieka bezposredni nadzor
HB>    nad Kosciolem (oficjalnie zostala dyrektorem
HB>    dept. V do ktorego nalezaly sprawy kleru oraz
HB>    srodowisk tworczych)

Czesc, Heniu. Zaluje, ze tego programu nie widzialem, ale u nas nie uswiadczysz.

Luna Brystygierowa nalezy do najbardziej zmitologizowanych postaci tamtego okresu. Zapewne nie bez znaczenia jest fakt, ze byla kobieta w aparacie calkowicie zdominowanym przez mezczyzn (wyjatek stanowila Wanda Wasilewska, ktora odegrala kluczowa role w stworzeniu polskiej wladzy komunistycznej). Brystygierowa istotnie byla pupilka Bermana, ktory ja cenil za inteligencje. Przypisywano jej moc kochankow, w tym Boleslawa Piaseckiego, Hilarego Minca i tegoz Bermana.

Czy istotnie byla szara eminencja i nieoficjalnym szefem bezpieki? Na pewno nie, to wlasnie czesc owej legendy. Z racji obszaru swojej wladzy i bezposredniego kontaktu z Bermanem miala znaczne wplywy - ale do "nieoficjalnego szefa bezpieki" jeszcze daleko. Byli takze inni szefowie departamentow (Rozanski, Fejgin) - ktorzy znaczyli wiecej.

Legendzie pomaga tez popularna wizja ministra bezpieczenstwa, Stanislawa Radkiewicza. Uchodzil powszechnie za czlowieka biernego, malo zainteresowanego wlasnym resortem i fanatyka polowan (na zwierzeta - bez kiepskich dowcipow, prosze). Ale w Polsce, w czasach stalinizmu, istotnie byl "nieoficjalny szef bezpieki". Sluzba bezpieczenstwa faktycznie rzadzil wiceminister resortu, general Roman Romkowski.

Romkowscy mieszkali na ulicy Flory. Jest to niewielka uliczka pomiedzy Belwederem i Placem Unii Lubelskiej, nieopodal Sztabu Generalnego, ambasad brytyjskiej i szwedzkiej, a co wazniejsze, rzut kamieniem od zenskiego niegdys i elitarnego Liceum im. Narcyzy Zmichowskiej, komunistycznego odpowiednika przedwojennych pensji dla panien. Wspomnienie balu maturalnego rocznika 48, konczacego Zmichowska, ktory to bal odbywal sie w dawnym Klubie Oficerskim przy Alei Wyzwolenia, nalezy do najcenniejszych klejnotow mojej pamieci. W szkole tej mozna bylo spotkac dziewczeta nalezace do najbardziej interesujacych w Warszawie, niektore z nich wczesnie wchodzace w zycie, i to nie zawsze frontowymi drzwiami.

Drobna, szczupla i gietka G., o urodzie i mimice radosnego psa, juz wtedy przyjaciolka zlotego medalisty olimpijskiego w eleganckim sporcie rycerskich tradycjach. Przelatywala kolo mnie w kurzawie sniegu, kiedy ze steknieciem konajacego bawolu walilem sie raz po raz na stok Gubalowki. Egzotyczna L., o figurze kariatydy, z nieprawdopodobna grzywa czarnych wlosow, jaskolka zrosnietych brwi i oczami jak wegle. Za towarzysza swoich najpiekniejszych lat obrala P., slynna postac marginesu Warszawy, znanego z handlu waluta i straszliwych blizn, zdobiacych jego tors (na moscie Poniatowskiego jadaca przed nim ciezarowka z przyczepa pogubila stalowe prety uzywane do produkcji strunobetonu, ktore najpierw przebily Morrisa prowadzonego przez P., a nastepnie jego samego. Kierowca ciezarowki pojechal dalej, w blogiej nieswiadomosci hekatomby, jaka zostawial za soba, zas P. ocalil zycie dzieki szybkiej akcji spawacza, sprawnie wladajacego acetylenowym palnikiem). Latem L. mozna bylo pozerac wzrokiem na basenie warszawskiej Legii, gdzie P. gral w pokera na wysokie stawki w twardej walucie. O L. mowiono takze, iz prawdziwe blaski doroslego zycia odslanial przed nia nie zamozny cinkciarz, lecz starszy od niej trzydziesci piec lat pisarz, czlowiek wielkiego talentu i uroku i znacznie mniejszych skrupulow, przez wiele lat jeden z filarow literackich PRL-u. Niezapomniane lata szescdziesiate. Odbiegam od tematu.

Po zachodniej stronie ulicy Flory stoi kilka starych, secesyjnych kamienic, jakich niewiele przetrwalo wojne w Warszawie. Cechowaly je mieszkania obszerne i wygodne, o wysokich, zdobionych stiukami sufitach, lukowo zwienczonych oknach, wejsciach od frontu i od kuchni i pokojach dla sluzby. W takich mieszkaniach mieszkaja dzis ludzie zamozni w paryskiej szesnastce, poludniowych dzielnicach Monachium, czy okolicach nowojorskiego Central Parku. Podobnie pomieszkuje w Sztokholmie moj przyjaciel z naszej wycieczki, Misza Borowski, czlowiek niedbalej powierzchownosci i szczegolnie wyrafinowanego smaku architektonicznego. Dzis na ulicy Flory, w lokalach wielokrotnie dzielonych jak moskiewskie komunalki, mieszcza sie przedstawicielstwa zagranicznych firm, produkujacych sztuczne futra z nylonu w lamparcie ciapki i zydowskie przedszkole Kostka Geberta - ale w latach, do ktorych wracam pamiecia, byly to budynki podlegajace specjalnemu rozdzielnikowi. Mieszkali w nich wyzsi funkcjonariusze wojska (jeszcze kilka lat temu spotykalem na Flory zdziwaczala generalowa Nowicka, wdowe po sowieckim oficerze, szefie wojsk samochodowych WP, codzien karmiaca stada dzikich, podworzowych kotow, ocierajacych sie jej kolana. Wojsko, instytucja przywiazana do tradycji, pozostawila samotna i na wpol slepa staruszke w ogromnym mieszkaniu. Poza kotami nikt sie do niej nie lasil), a takze wyzsi funkcjonariusze Urzedu Bezpieczenstwa, wiceminister Romkowski i pozniejszy wiceminister Alster (Andrzej wie).

Wychowywalem sie na ulicy, przylegajacej do Parku Lazienkowskiego. W miejscu, gdzie skrecala w strone ambasady zaprzyjaznionego mocarstwa (ambasade postawiono, wyburzywszy koncowa stacje waskotorowej kolejki wilanowskiej), ulice odcieto, ogradzajac wydzielona czesc murem z jasnej cegly, z wcementowanym na szczycie tluczonym szklem. Przed metalowa brama stanal wartownik w pelerynie i oficerkach, z granatowym otokiem Korpusu Bezpiecznstwa Wewnetrznego na czapce i przewieszonym przez piers peemem. Nikt z nas nie wiedzial na pewno, co jest za murem.

Mieszkalismy w budynku bedacym czescia osiedla, ktore przetrwalo wojne bez wiekszych zniszczen. Wybudowala je pod koniec lat trzydziestych pracownicza spoldzielnia mieszkaniowa wielkiej instytucji centralnej, istniejacej do dzis pod ta sama nazwa. Osiedle skladalo sie z niskich, modernistycznych blokow, projektowanych z cieniem wplywow Bauhausu i rozrzuconych na sporym terenie. Mialo wlasna kotlownie, nowoczesne mieszkania z obszernymi kuchniami, biale kafle i sprawna armature w lazienkach. Pomiedzy domami zasadzono zielen, ustawiono drabinki i wbudowano piaskownice, a przy trzepakach staly laweczki. Piec blokow przejelo po wojnie wojsko; nasz, ostatni, na tzw. trzecim podworku, byl budynkiem cywilnym.

Na naszej ulicy, dziwnym trafem w calosci niemal nietknietej wojna, dogorywalo Powstanie Warszawskie. Wystarczylo dobrze pogrzebac patykiem w ziemi pod lazienkowskim murem, by znalezc przerdzewiale fragmenty broni czy tasme amunicyjna, pelna dlugich pociskow do IMG. W chwilach szczegolnej odwagi zapuszczalismy sie w glab piwnicznego korytarza, gdzie na wybielonym suficie widnial zrobiony kopciem swiecy znak krzyza, wraz ze slowami Tu lezy szesciu zolnierzy - powstancow. Zgineli za Polske?. Wieczorami, kiedy lezalem w lozku, swiatla samochodow wedrowaly po suficie jak smugi reflektorow przeciwlotniczych.

Bloki wojskowe naszego osiedla odznaczaly sie pewna egzotyka: z okna pokoju stolowego widzialem balkony, na ktorych jesienia wisialy za tylne lapy kruszejace zajace o zdziwionych pyskach. Czasem ktos sprawial dzika lub sarne. W niedzielne poranki z drugiego podworka dochodzilo strzelanie zle wyregulowanego silnika: to pewien kapitan walczyl ze zdobycznym i opornym Zündappem. W naszym bloku bylo to raczej nie do pomyslenia: trudno bylo sobie wyobrazic Irene Tuwim, siostre poety, dosiadajaca motocykla, albo malenkiego pana Altmana, dyrektora archiwow panstwowych, z dubeltowka na ramieniu. Pamietam tez dzieci z wojskowych podworek, mowiace miedzy soba po rosyjsku, by za chwile, z nieskonczona latwoscia, przerzucic sie w rozmowie z innymi na bezbledna i calkowicie naturalna polszczyzne. Nasz blok zawieral zaledwie osiemnascie mieszkan. Nieczeste przeprowadzki sasiadow stanowily cos w rodzaju kataklizmu: dlugie rozstania, obietnice czestych spotkan. Pewnego lata, nieoczekiwanie i bez pozegnania, zniknal nagle moj sasiad z przeciwka i towarzysz pierwszych zabaw, Jas Luczynski, zachowala sie tylko wspolna fotografia z podworka. Chyba w czterdziesci lat pozniej w jakichs dokumentach znalazlem nazwisko Luczynska?. Byla czlonkiem grupy operacyjnej Jozefa Swiatly.

Pozostalo nas jednak sporo, w bliskiej sobie grupce. Nadal trwaly wojny z wojskowymi podworkami, kiedy to obdzierano mnie regularnie ze skory, poniewaz nie umialem wdrapac sie na dajacy schronienie plaski dach smietnika. Szajba Lerski, syn oficera z pobliskiej ulicy Spacerowej, z sadystyczna satysfakcja cial mnie po nogach kolczastym pretem, wycietym w Lazienkach z krzewu dzikiej rozy. Jedrek Jedrychowski (dzis swietny lekarz w Australii) kladl pokotem zyjace w piwnicach koty strzalami z wiatrowki. Na wirazu kolo dzikiej sliwy zderzylem sie na rowerze z moja przyjaciolka Agnieszka O., towarzyszka pierwszych intymnych zabaw na strychu.

Agnieszka wyladowala w szpitalu ze zlamanym obojczykiem. Szofer plka Oskara K. (Wlodek Roz. wie), jeden z wielu czekajacych w sluzbowych Pobiedach naprzeciw muru Lazienek, demonstrowal nam, jak mozna spowodowac eksplozje pocisku z kbks-u, rozgniatajac splonke podkutym obcasem. Pocisk istotnie strzelil, przebijajac udo stojacej obok, dziewiecioletniej Kasi Drozdz z pierwszej klatki. Ojciec Kasi, wiceminister przemyslu chemicznego, wpadl w szal, ale zorientowawszy sie, kim jest pryncypal nieprzezornego ordynansa (Marek W. wie), uspokoil sie bardzo szybko. "Ania Piec Groszy w Szafie" nazywano nie calkiem normalna, rudawa i wielka dziewczyne z ostatniej klatki; na haslo "pokaz piec groszy w szafie" reagowala w sposob szczegolny, co wkrotce zaowocowalo pielgrzymkami z calej okolicy na nasze podworko, a takze chwilowym zawieszeniem broni. Niestety, rodzice nieszczesnicy zorientowali sie wkrotce, co sie dzieje i zamkneli ja na dobre, a nekanie mnie znow stalo sie ulubionym zajeciem tabunow, pojawiajacych sie na podworku.

Nie mielismy pojecia, ze mieszkanie pietro nad nami, po drugiej stronie klatki schodowej, zwolnilo sie pewnego dnia. Mieszkala tam uprzednio para wiekowych ludzi (przynajmniej wtedy wydawali mi sie wiekowi, niewykluczone, ze mieli ok. 40 lat) z malym, laciatym, obrzydliwym pieskiem, ktory sikal nam pod drzwiami. Nie sadze, zeby ten fakt mial jakikolwiek zwiazek z wysiedleniem staruszkow, albowiem ojciec moj nie byl czlowiekiem msciwym ani wplywowym. Wkrotce do oproznionego mieszkania wprowadzila sie kobieta z dwojgiem dzieci - corka Ewa, rok mlodsza ode mnie, i synkiem Karolem, mlodszym kilka lat. Byla to rodzina wiceministra UB, generala Romana Romkowskiego.

Romkowski nazywal sie naprawde Grünszpan. Pochodzil z Krakowa, mial za soba bogata i wieloletnia dzialalnosc w podziemnych organizacjach komunistycznych II RP. Siedzial w jednej celi z Gomulka (a moze i ojcem Andrzeja), z tymze Gomulka dzielil pokoj w Moskwie, gdzie obaj studiowali w tzw. leninowce. Romkowski skonczyl rowniez inna szkole radziecka, zwana eufemistycznie "szkola wojskowa". W czasie wojny byl wysokim oficerem sowieckiej partyzantki na Polesiu, dowodzil brygada ze stanem osobowym 2300 ludzi. Partyzantka radziecka wygladala inaczej niz polska - jej zgrupowania kontrolowaly ogromne obszary, mieli wlasne lotniska, regularna lacznosc i zaopatrzenie. W lipcu 1944, tuz po ogloszeniu Manifestu Lipcowego, Romkowski, podowczas kapitan, organizowal w Chelmie Lubelskim pierwsza dzialanosc sluzb specjalnych. Wkrotce, juz w stopniu kombriga, byl wiceministrem Bezpieczenstwa. Podlegal mu caly pion operacyjny, a wiec w praktyce - wszystko. To on, poczawszy od roku 1949, odpowiedzialny byl za organizowanie w Polsce wielkich procesow pokazowych; on nakazywal aresztowania i decydowal metodach sledztwa. Jak wielu jego podwladnych, slynal z brutalnosci i okrucienstwa.

Kiedy uciekl Swiatlo i we wrzesniu 1954 zaczal w Wolnej Europie wyglaszac swoje enuncjacje, Romkowski jako jego szef polecial po kilku miesiacach. Z poczatku nie aresztowano go, tylko usunieto z KC i partii. Wkrotce zeslano go do rodzinnego Krakowa, na podrzedne stanowisko w lokalnym zarzadzie elektrowni. W kwietniu 1956, po smierci Bieruta w Moskwie, Romkowski zostal aresztowany. Juz za Gomulki, 11 listopada 1957, skazano go na 15 lat wiezienia. Jak przypuszczam, wlasnie wtedy - a moze troche wczesniej - usunieto rodzine Romkowskiego z apartamentow przy ulicy Flory i przeniesiono do naszego budynku. (Gomulka okazal sie wladca lagodnym - Romkowska z dziecmi przeniesiono do ladnego i wygodnego mieszkania w dobrej dzielnicy. Generala Waclawa Komara, eks-dowodce miedzynarodowej brygady w Hiszpanii, szesciokrotnego uciekiniera z obozow jenieckich, a pozniej szefa wywiadu komunistycznej Polski, aresztowano w listopadzie 1952, niespelna cztery miesiace przed smiercia Stalina. Nastepnego dnia jego zone, corke i szescioletniego syna wysiedlono z mieszkania do jednego, ogrzewanego koza pokoju w baraku na Pradze. Corke Komara, podowczas szesnastoletnia, zmuszano w szkole, do ktorej wkrotce mnie zapisano, do publicznego wyrzekniecia sie ojca. Michal Komar byl moim kolega z przedszkola i towarzyszem zabaw - mieszkali po drugiej stronie placyku, gdzie bawilismy sie w wojne. Zniknal nagle, by wrocic po kilku latach, kiedy gen. Komara wypuszczono i zrehabilitowano, a rodzinie oddano mieszkanie, zajmowane w miedzyczasie przez sowieckiego doradce.)

Ewa Romkowska byla przesliczna. Miala delikatne, lagodne rysy, chmure popielatych wlosow i swietliste oczy. Jej matka, kobieta szczupla i elegancka, nosila obcisle, szare kostiumy i buty na wysokim obcasie. Przez podworze przechodzila szybko, z opuszczona glowa, nie rozmawiajac z nikim. Nie pamietam, abym ja kiedys widzial w towarzystwie innym niz wlasnych dzieci. Nie wiem tez, czy gdzies pracowala.

Ewa trzymala sie od nas z daleka. Wychodzila za furtke osiedla i spacerowala pod murem Lazienek, trzymajac za reke malego Karolka. Milczala. Wydawala mi sie krucha i balem sie zapytac tytul ksiazki, jaka czytala, siedzac na kamiennym murku. Sluchala dzwiekow fortepianu, dobiegajacych z otwartych okien mieszkania na parterze, gdzie z mlodziutka zona mieszkal znany pianista, Wladyslaw Kedra, spedzajacy polowe roku w Wiedniu. Ukrywalem sie pod drzwiami, w ciemnosci naszego korytarza, czekajac, az uslysze kroki Ewy na schodach. Wpatrywalem sie w jej okna, rzadko uchylone, zawsze zasloniete firanka. Agnieszka O., ktora pozwalala mi na wiecej, niz nalezalo pozwalac, na widok Ewy obracala rower i najezdzala na nia calym pedem. Inne dzieci udawaly, ze jej nie dostrzegaja - ale ja tez publicznie udawalem to samo.

Co wiedzielismy? Co wiedziala Ewa? Bylem dzieckiem nieskonczenie naiwnym, zyjacym w swiecie barwnych ilustracji z radzieckich albumow Arteku i opowiesci lodolamaczu "Czeluskin". W trzeciej i czwartej klasie w lawce przede mna siedzial niewysoki, pelen wdzieku blondynek o urodzie cherubinka i chlodnym wejrzeniu nozownika. Jego ojciec, oslawiony kpt. K, poszedl wreszcie siedziec za torturowanie wiezniow w wiezieniu mokotowskim. Blondynek wyjasnial ochoczo, ze jego ojciec siedzi w wiezieniu, bo za dlugo zostawal w pracy. Wierzylem mu bez reszty i obawialem sie, ze mojego ojca, czlowieka pracowitego i sumiennego, spedzajacego wieczorne godziny na pisaniu referatow, takze zamkna. Moje dzisiejsze, obsesyjne przywiazanie do faktow ma swoje korzenie w naiwnosci tamtego czasu. Wkrotce, pewnej czerwcowej niedzieli, przeprowadzilismy sie do gorszej dzielnicy i gorszego mieszkania. Na podworku zegnali nas sasiedzi. Wsrod watahy dzieci nie bylo Ewy.

Decyzja Rady Panstwa Roman Romkowski zostal wypuszczony z wiezienia w pazdzierniku 1964 roku. Zmarl w cztery lata pozniej. Nie wiem, co stalo sie z jego rodzina.

Henryk D.

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Thu, 30 Jul 1998 15:07:50 +0400
From: Maria Dworzecka <dmaria@XXX1.XXX.EDU>
Subject: Re: Zydzi w GL, mordy NSZ, historia falszowana

Ukrywalam sie z matka w Tykocine, u dwoch siostr Zawistowskich (prawdobodobnie AL). Byla tam oprocz nas jeszcze jedna Zydowka. Moja mama nie wygladala na Zydowke i byla tam jako sluzaca. Ktoregos dnia przyszli z NSZ, mama mnie schowala, pozostale osoby zabili, a mamie powiedzieli zeby wiecej nie pracowala u komunistow i Zydow. To nie byl oddzial partyzancki. Groby tych kobiet sa na cmentarzu w Tykocinie. I takich teraz rehabilituja

Maria Dworzecka

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Fri, 31 Jul 1998 00:36:22 EDT
From: HBDB1997@xxx.com
Subject: Re: O UB i nostalgja

hdasko@total.net writes:

<< czy istotnie [Luna Brystygierowa] byla
szara eminencja i nieoficjalnym szefem bezpieki?
Na pewno nie, to wlasnie czesc owej legendy >>

Jeden z jej wspolpracownikow wspominal sposob ktory ona uzywala by rozmawiac z ludzmi. Znana Luna byla z tego ze zapraszala ludzi na herbate z herbatnikami.

Duzo ludzi strasznie sie balo tych zaproszen bo wielu po tej herbacie wyladowalo we wiezieniu. Z drugiej strony przypisywano jej ze wybawila wielu od pewnej smierci miedzy innymi znanych pisarzy. Podobno tez byla czesciowo bezposrednio odpowiedzialna za areszt Wyszynskiego.

Reszta twojego listu to wspaniale wspomnienia ktore przynosza ze soba lze nostalgli. [...]

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Fri, 31 Jul 1998 15:10:06 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Slady

Henio Brandys, o podrozy do Polski:

HB>    Po Aszkelonie bylem w Polsce, glownym celem
HB>    podrozy bylo pokazanie dzieciom Oswiecimia. [--]

HB>    Pozniej, po drodze z Katowic do Krakowa wpadam
HB>    do Oswiecima by zobacyc o ktorej otwieraja. Jest
HB>    juz pozno i postanawiam zostac tam na noc. Wiesz,
HB>    moja rodzina jest z Gornego Slaska. Z tego co wiem
HB>    Zydow z tych okolic brano prosto go gazu. Nawet
HB>    nie mieli czasu by sie zorientowac co sie z nimi
HB>    dzieje. Nie zostalo po nich ani sladu, zadnych
HB>    numberow na rekach, zadnej inwentaryzacji. Tylko
HB>    te stosy walizek i wlosow na wystawie.

Czesc, Heniu. W jakim wieku sa Twoje dzieci? Tylko Oswiecim im pokazales, czy inne rzeczy tez?

To chyba Jozek Zorski pisal ktoregos dnia o "religii Holocaustu" - nie wiem, czy to mozna tak nazwac, ale na mnie cien Zaglady lezal i lezy bardzo ciezkim i codziennym kamieniem. Moj ojciec wyprowadzil moja matke z getta warszawskiego przez slynna dzis drabine, rozciagnieta poziomo miedzy oknami dwoch domow. Za murem zostala cala jej rodzina. Z Umschlagplatzu pojechali jednym z pierwszych transportow do Treblinki.

W Treblince sa tylko kamienie, duzo kamieni. Na pomniku Umschlagplatzu wyryto setki nazwisk, ale nazwiska moich dziadkow tam nie ma. Pochodzili z Lodzi i kiedy bylem w tym roku w Yad Vashem, szukalem ich adresow w spisach ludnosci lodzkiego getta, wylozonych do publicznego wgladu. Tam takze ich nie ma, bo wyjechali do Warszawy bardzo wczesnie, kiedy lodzkie getto bylo jeszcze w miare otwarte. Nie przetrwal dom, w ktorym mieszkali. Zachowala sie tylko jedna fotografia z konca lat 20-tych - upozowane, retuszowane zdjecie, w odswietnych strojach i nie calkiem naturalnych pozycjach, w jakich ustawil ich lodzki fotograf. Poza relacjami mojej matki nie pozostal, jak i w przypadku Twojej rodziny, zaden materialny slad ich zycia.

Przyszedl taki czas w moim zyciu, ze zaczelo mi tego sladu bardzo brakowac. Nie mam rodzenstwa, moi rodzice nie zyja od wielu lat, a moje zycie osobiste zawsze bylo pelne komplikacji. Pare lat temu szukalem aktywnie jakichs fotografii, pisalem do odleglych krewnych, ktos z moich znajomych zrobil kwerende w lodzkich archiwach. Znalazla sie fotografia klasy maturalnej mojej matki, ale poza tym nic.

Przed dwoma laty Fundacja 'Shalom' wydala album z wystawy "I ciagle widze ich twarze..." Przywiozlem to z Polski i dzis uwazam za album mojej wlasnej rodziny, obszerny, bo tam jest 450 fotografii. To, mysle, najcenniejsza ksiazka jaka mam.

Troche tak jak z tym woreczkiem ziemi z Ponar, ktory trzyma Julek.

Pozdrawiam Cie,

Henryk D.

HB>    To zupelnie surrealizm. Wygladam z okna
HB>    hotelowego, ktore wychodzi na stacje kolejowa.
HB>    Te same tory, ten sam widok.

HB>    Zamykam oczy i widze tych ludzi, wychodzacych
HB>    z wagonow, pedzonych jak bydlo prosto na zaglade.

HB>    Nastepny dzien jestesmy na terenach obozu.

HB>    W baraku 11 jakas wycieczka. Przewodniczka
HB>    opowiada cos o Zydach. Mlody, moze dzesiecioletni
HB>    chlopak, pyta mamy: Mamo, a co to byli Zydzi.

HB>    pozdrawiam
HB>    Heniek Brandys

To: ianf@xxxxxx.se
Date: Fri, 31 Jul 1998 17:52:58 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: mam zaszczyt polecic

LF>    [Fri, Jul 31 1998 22:53:32 +0200]
LF>    Henryku, od jakiegos czasu "podczytuje" pamietnik
LF>    pewnej panienki o pseudonimie Lizzie, dwudziesto-
LF>    osmlatki z Sacramento, CA, prawnika, ktora ma
LF>    wyjatkowy talent do wyrazania sie zwiezle i ko-
LF>    herentnie i, jak przystalo na rodowita Amerykanke,
LF>    bez wiekszej zenady w sprawach calkiem i zupelnie
LF>    intymnych.

http://www.spridget.net/lizzie/jackie/98july/31jul98.htm

LF>    Przyznam Ci sie, ze malo ktora "kobieca" proza
LF>    tak mnie porusza jak ta (kumulatywnie rzecz
LF>    biorac, a przeczytalem dotychczas zaledwie
LF>    cwierc jej archiwum od listopada 1997 r.)

Czesc, Gambrinusie. Dzieki za pamiec. Ja tego regularnie nie czytuje (prawie nie zagladam na Net), ale oczywiscie znam. Wydaje mi sie, ze widzialem cos na ten temat w jakims amerykanskim pismie - to jest chyba powiesc w odcinkach. A moze nie o tym? Ale chyba jednak tak. Rzeczywiscie, swietnie napisane.

I ja nie jestem wielbicielem prozy kobiecej. W ogole, przyznam Ci sie, prozy prawie nie czytam, nie mam czasu. Jesli juz czytam, wpadam w depresje, bo Amerykanie pisza genialnie. Dzis, wyobraz sobie, szukajac kalendarza imprez w 'Toronto Life', marnym lokalnym miesieczniku, natrafilem na jakas nowelke. Autorka - lokalna dziennikarka, Carol Corbeil. Spojrzalem na jeden akapit, a moze nawet jedno zdanie. Wciagnelo mnie natychmiast, nie moglem sie oderwac. Wlasnie, jak to nazywasz, proza kobieca. Chce Ci poslac. Zeskanowac i e-mailem (szesc stron druku) czy fotokopie w kopercie?

Best, H.

To: reunion-serio@xxxxxxx.se
Date: Fri, 31 Jul 1998 19:25:00 -0400
From: Henry Dasko <hdasko@total.net>
Subject: Re: Do Julka B.

Andrzej, do Julka B:

AK>    Albo nieuwaznie przeczytalem, albo sie
AK>    zgubilem... Gdy piszesz o "Mordzie w Drzewicy"
AK>    -- co do tego ma Rozlubirski? i kto to jest
AK>    Zebrowski? Czy Rozlubirski jest apologeta NSZ?
AK>    Ktory z nich napisal ten artykul?

Odpowiem za Julka.

General Edwin Rozlubirski ('Gustaw') to bardzo ciekawa postac. Mial 13 lat kiedy wybuchla wojna, a w wieku 16 lat byl juz w partyzantce GL na kielecczyznie. Jako osiemnastoletni porucznik w AL- owskim batalionu 'Czwartakow' do ostatniej chwili oslanial wyjscie AK z plonacego Starego Miasta. Bor- Komorowski odznaczyl go za to Virtuti Militari, co bylo bodajze bez precedensu. Po wojnie Rozlubirski zostal zawodowym wojskowym.

W 1956, po dojsciu Gomulki do wladzy i odsunieciu Rokossowskiego, Rozlubirski dowodzil zmechanizowanym pulkiem Pierwszej Dywizji Warszawskiej. Pulk ten, wraz Korpusem Bezpieczenstwa Wewnetrznego gen. Komara, stanowil niejako wojskowa rezerwe Gomulki, ktory nie czul sie pewnie wobec korpusu oficerskiego, zdominowanego przez stalinowska kadre. Wkrotce Rozlubirski objal dywizje powietrzno- desantowa, czyli komandosow, 'czerwone berety' stacjonujaca w Krakowie. Na tym stanowisku zaslynal jako znakomity dowodca.

W 1968, w okresie czystki w wojsku, Rozlubirskiego chciano za wszelka cene usunac. Krazyly uporczywe pogloski - nie wiem, czy prawdziwe - ze jest Zydem. Wybronil go Gomulka, ktory poczawszy od poczatku lat 60-tych promowal calkowite podporzadkowanie polskiej armii Sowietom. Rozlubirski polecial w koncu w 1971, kiedy Gomulki juz nie bylo.

Rozlubirski jest pisarzem, autorem wielu ksiazek, i niezwykle aktywnym publicysta, specjalizujacym sie w sprawach wojskowych. O ile wiem, jest jednym z nielicznych, ktorzy deklaruja sie jako wierni komunizmowi, a przynajmniej daleko posunietej lewicy.

Wielkim plusem Rozlubirskiego jest to, ze jako jeden z nielicznych prowadzi walke historycznym rewizjonimem, i stad jego pojedynki z Zebrowskim.

Leszek Zebrowski to historyk mlodego pokolenia, specjalizujacy sie w historii Narodowych Sil Zbrojnych, a takze komunistycznej partyzantki. W Polsce wyroslo cale pokolenie nacjonalistycznych historykow i publicystow historycznych, a ich misja jest przedstawienie NSZ, formacji [o] bardzo niejednoznacznej karcie okupacyjnej (udokumentowane mordowanie Zydow i Ukraincow, wyjscie Brygady Swietokrzyskiej z Polski u boku Niemcow) jako ugrupowania prawdziwie patriotycznego. Rownoczesnie odmalowuja GL/AL jako organizacje skladajaca sie prawie wylacznie z kryminalistow, Zydow, straznikow zbieglych z Treblinki etc. Rzeczywistosc podziemnych organizacji w czasie wojny byla zlozona i na pewno nie taka, jak nas uczono - ale Zebrowski et al uprawiaja falszerstwo historyczne na skale nie mniejsza od stalinowskiej, tyle, ze a rebours. Od jego publikacji idzie ostry zapaszek narodowy i antysemicki.

Nasi przyjaciele aktywni na sciepie znaja go [Zebrowskiego (red.)] dobrze, bo sie tam swego czasu udzielal. Wlodek Richter krzyzowal z nim swego czasu piora.

Henryk D.
EpistoChronologia  1967 
 1989 
 i   x   1990 
 ii   iii   v   vi   vii   viii   ix   x   xi   1991 
 ii   iv   v   vii   viii   ix   xii   1992 
 i   ii   iii   iv   vii   ix   1993 
 iii   v   1994 
 i   v   ix   1995 
 iii   v   ix   xi   1996 
 v   viii   ix   x   xi   xii   1997 
 i   ii   iii   iv   v   vi   vii   viii   ix   x   xi   xii   1998 
 i   ii   iii   vii   viii   ix   x   xi   xii   1999 
 i   ii   iv   v   vi   vii   viii   ix   x   xi   2000 
 i   iii   iv   v   vi   ix   x   xi   xii   2001 
 ii   iii   viii   xi   xii   2002 
 xii   2003 
 iii   vi   v   vii   viii   ix   x   xii   2004 
 ii   iii   iv   vii   viii   ix   x   xi   2005 
 i   iii   iv   v   vii   ix   2006 
                                                                                          

EgoTurfSurf  •  Daskografia  •  Dalej : Sierpien 1998